Nie jestem pewna, czy wydawca wiedział, do kogo skierować tę książkę. Tytuł, morały niektórych wierszy i wyraziste ilustracje Tomasza Brody, podpowiadają, że adresatem są dzieci. W takim razie dlaczego autor szpikuje wiersze zwrotami trudno zrozumiałymi dla najmłodszych (np. dolce vita, a rebours czy łagier)? Gdyby to była jedyna wada tej twórczości, to pal licho, niech od maleńkości dzieci poszerzają zasób słów. Mój sprzeciw budzi jednak opracowanie pewnych tematów.
Bohaterami tej książeczki są zwierzęta. Zbigniew Machej lubi przedstawiać świat przyrody w odwróconej perspektywie - oddaje np. głos wilkowi z Czerwonego Kapturka lub pochyla się nad robakiem wydziobywanym przez dzięcioła. Ale z wielu wierszy przebija makabreska i okrucieństwo. Co powiecie na przygodę wróbelka, który zginął uduszony w plastikowym worku? Opisaną frazą jak z księdza Baki:
„Serce wróbla tłucze,
dech zamiera
a wszystko wyje
jak cholera.”.
Albo na opowiastkę o krowie w zimie, która czeka na ubój i czuje się jak w „łagrze przemysłowym”? Lub robaczku, którego dzięcioł łupie „seriami jak z kałasznikowa”? Po tych historiach ślimaki, pozostawiające smarkowe ślady, kocie siki, które spaskudziły ogródek, czy śmierdzące wody Wisły nie zrobiły już niemal na mnie wrażenia. Chyba rozumiem zamysł autora - chodziło o stworzenie niezakłamanego obrazu świata przyrody. Doceniam filozoficzne przesłanki i cytaty z literatury dziecięcej. Ale szczerze odradzam tę lekturę dzieciom.
Szkoda tych kilku wierszy, w których Machej po mistrzowsku bawi się słowem i autentycznie zabawnych fraszek. Jak ta:
„Trzy wszy przyszły
do przedszkola
lecz wykryła je
kontrola grzebieniowa”