Trudno wyobrazić sobie kogoś mniej
nadającego się na detektywa niż Ture Sventon. Człowiek, który
zamiast „pistolet” mówi „piftolet”, naprawdę nazywa się
Sture Svensson (rzecz jasna, nie umie tego wymówić) i jest
wielbicielem psysi. To znaczy – ptysi. A jednak to właśnie Ture
Sventonowi udaje się złapać wciąż wymykającego się policji
Wilhelma Łasicę i jego wspólnika. Nie byłoby to jednak możliwe,
gdyby pewnego razu w sztokholmskim biurze detektywa nie pojawił się tajemniczy człowiek, oferujący sprzedaż pachnącego wielbłądami
dywanu. Uściślijmy – latającego dywanu.
W tej klasycznej książce jest
wszystko co uwielbiam literaturze dla dzieci: przygoda, dowcip,
charakterystyczni bohaterowie, wątki fantastyczne, świetna kreska ilustratora. W idealnych proporcjach. Czyta (i
słucha) się jednym tchem. „Latający detektyw” ukazał się w
serii „Mistrzowie ilustracji” już trzy lata temu, ale nie ma to
żadnego znaczenia. Książka jest ponadczasowa. O czym najlepiej
świadczyły wypieki na twarzy 6-letnich Ignasia i Poli, przysłuchujących się
perypetiom Ture Sventona i towarzyszącej mu grupki dzieci.
Od razu
po skończeniu książki zaczęłam szukać w internecie kolejnych
części cyklu. W Polsce ukazała się jeszcze tylko jedna -
„Detektyw na pustyni”, lata temu. Oto wyzwanie dla
ambitnych polskich wydawnictw dla dzieci.