Pamiętacie Brajana, chłopca, który zadzwonił po straż pożarną podczas pożaru kamienicy, w której mieszkał, uratował ojca i sąsiadów, a sam zmarł, zatruty tlenkiem węgla? Ta książka jest o nim. Andrzej Żak nie napisał jednak prostej, hagiograficznej opowiastki. Przedstawił Brajana i jego bohaterski wyczyn w formie bardzo atrakcyjnej – pod płaszczem fantasy.
Początek jest realistyczny. Brajan zaczyna naukę w nowej podstawówce, ma problemy, wspiera go starszy brat. Chłopcami opiekuje się babcia, rodzice pracują za granicą. Pewnej nocy kamienica, w której mieszkają, staje w płomieniach. Brajanowi udaje się podnieść słuchawkę i wykręcić numer – i od tego momentu opowieść wkracza w zupełnie inny gatunek. Pojawiają się smoki, bathy – zagrażające im nietoperze, skrzydlate wierzchowce sekstyle, a oprócz tego stwory zwyczajowo zapełniające karty powieści fantasy, czyli ludzie i krasnoludy. Nie zabraknie też obowiązkowych motywów – konfliktów między rasami, prześladowań, magii, władców, którzy utracili swoje księstwo. W Krainie Riss, do której trafia Brajan, ma on również do wypełnienia pewną misję. Przewija się wątek chłopca – wybrańca. Podoba mi się wątek tęsknoty za domem – chłopiec, choć trafia do fantastycznego świata, przeżywa niesamowite przygody, myśli o swoich bliskich. Nie zdradzę zbyt wiele, jeśli napiszę, że wszystkie jego przygody prowadzą właśnie do ponownego spotkania z nimi (choć Brajan nie zdaje sobie z tego sprawy).
Czyta się tę opowieść bardzo dobrze. Stylowe ilustracje Łukasza Ryłki (choć okładka nie jest rewelacyjna). Mam jednak do tej książki jedno, poważne zastrzeżenie. Prawdziwa historia Brajana skończyła się tragicznie. Autor książkowej wersji losów chłopca zdecydował się na inne zakończenie. Nie rozumiem tego kroku. Ta opowieść, choć to wyzwanie, powinna kończyć się tak jak w życiu.