Nie zgadzam się - to nie jest książka dla dzieci. A przynajmniej nie tylko dla nich.
„Informacje o domowych duchach zebrałam obserwując życie mieszkańców mojej kamienicy” - pisze Ugrešić. Ale nie tworzy katalogu budzących trwogę upiorów, opisuje duchy oswojone, raczej złośliwe niż złowieszcze, których przodków możemy szukać w europejskich wierzeniach i mitologiach. Domowe złodziejaszki Huncwoty, gliglusie (zajmują się wzajemnym łaskotaniem i dlatego wykształciły im się tylko dwa palce - kciuk i wskazujący), Cuch - zaszywający się w koszu z brudną bielizną, zamieszkują z pozoru zwyczajną kamienicę w Zagrzebiu. Uwierzyłam w ich istnienie od momentu, kiedy przeczytałam o duchu, który z całą pewnością pojawiał się na poddaszu domu, w którym mieszkałam w dzieciństwie. W tej książce nosi on imię Indianin zza fotela. Czym się zajmuje? Przeczytajcie sami.
Mieszkańcy kamienicy w Zagrzebiu toczą z domowymi duchami nierówny bój. Pani Widawska budzi się rano z wałkami na głowie spryskanymi lakierem (robota Paskud) a inżynierowi agronomii Pucko Kajzerkowi wciąż ginie jedzenie (sprawka Chowańców). Ale są też tacy, którzy potrafią z istotami współpracować. Tym żyje się lepiej.
Ilustracje Iwony Chmielewskiej to odbrębna opowieść. Za ich sprawą do kamienicy, która wygląda jak przeniesiona z onirycznego obrazu czy filmu, wkradają się nowe duchy: postaci z obrazów dawnych mistrzów, twarze autorki i ilustratorki, dawne etykiety, czyjeś zdjęcia z dzieciństwa, winiety starych gazet. Każdy szczegół ma znaczenie, zabawa w rozszyfrowywanie zajmie mnóstwo czasu. Od atmosfery panującej w tej kamienicy po plecach przechodzi mi dreszcz. Ale to taki strach, jak przy filmach Hitchcooka czy Lyncha. Nie sposób przestać oglądać. I czytać.