
Zawsze gdy czytamy tę książkę (czyli niemal codziennie od kilku miesięcy - wielkie dzięki dla ciotki Kot!), zastanawiam się, co było pierwsze: wiersze czy ilustracje. W „Księdze czarownic” współgrają wyjątkowo.
Dość przewrotny pomysł na książkę polega na tym, że autor z ilustratorką nie do końca się ze sobą zgadzają. Autor od początku przekonuje nas o tym, że czarownice są wśród nas: jedne hodują jakieś zioła w ogródku, inne znają się świetnie na dietach i dzięki temu mają godną podziwu figurę, inne znane są wśród sąsiadów jako wyjątkowe fleje. Kataloguje je w kilkunastu zabawnych wierszach, nie przesądzając, czy rzeczywiście są czarownicami, czy mają tylko taką opinię. Ilustratorka nie pozostawia żadnych niedopowiedzeń: jej czarownice są tak sugestywne, że nie można od nich oderwać wzroku. We włosach wiją im się robaki, straszą sękatymi łokciami i szponami (niekiedy pomalowanymi na krwistą czerwień), z brody sterczy im szczecina, spod spódnic wylatują nietoperze. Niesamowita galeria typów jędz i wiedźm. Trudno dziwić się, że:
"z tego względu w okolicy
mam opinię czarownicy.
A niektórzy nawet plotą,
Że na miotle mknę z ochotą"
Może to sugestia, ale dla mnie "Księga czarownic" nawet zapach ma trącący stęchlizną.