Czy polskie i szwedzkie dzieci żyją w dwóch różnych światach? To pytanie wracało do mnie kilkukrotnie podczas lektury tej książki. Zrozumiałam pod koniec: w Polsce po prostu takich książek, poruszających ważne problemy, a jednocześnie ciepłych i dowcipnych się nie pisze.
Rodzina Tsatsiki - Tsatsiki Johannsona nie należy do typowych, nawet jak na szwedzkie warunki. Wychowuje go tylko mama, zakochana w Grecji (stąd imię), która na co dzień gra w zespole rockowym. Mieszka z nimi również Jens, żołnierz, ciepło traktowany przez mamuśkę i chłopca, a czasem również Morten Zasikany Szczur - 13-latek, który w poprzedniej części nieźle dał się we znaki Tsatsiki.
Tsatsiki i mamuśka wybierają się na jedną z greckich wysp, by chłopiec mógł poznać swojego tatę, poławiacza ośmiornic. Tsatsiki nagle dowiaduje się, że oprócz taty ma również babcię, dziadka i kuzynostwo. Wzruszająco i ciepło robi się, gdy chłopiec odkrywa, że „tatuś w dotyku był tatusiowaty”. Podoba mi się, jak Moni Nilsson bez skrępowania, w naturalny sposób pisze o seksualności. Otóż Tsatsiki, widząc śpiącego, gołego tatę, zauważa, że ma on dużego siusiaka. „Bez niego nie byłoby mnie na świecie” - myśli, stwierdzając jednak, że to odrobinę obrzydliwie. I dochodzi do wniosku, że Jezus miał lepiej, bo na pewno siusiaka nie potrzebował - przecież pan Bóg nie musi siusiać. Wyobrażacie sobie taki fragment w polskiej książce dla dzieci?
Tsatsiki ma osiem lat, w jego życiu zdarzają się pierwsze pocałunki (o smaku arbuzowo - kuzynkowym) i nieszczęśliwa miłość. Robi wiele rzeczy, które nie są akceptowane przez dorosłych (np. kradnie arbuzy z kuzynką). Nie we wszystkim zgadza się ze swoją ukochaną mamuśką. Pomimo dziwnego imienia i skomplikowanej sytuacji rodzinnej, jest ośmiolatkiem z krwi i kości. Wydaje mi się postacią jak najbardziej autentyczną, nie książkową.
Dla mnie to wspaniała, wzruszająca historia o poszukiwaniu swojej tożsamości, budowaniu więzów rodzinnych. Nie tylko tych biologicznych.