Książka zdobyła Grand Prix w Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren.
Jest w niej i liryka i mroczność i daje się ją czytać jak wartką przygodówkę. To jest coś.
Mamy tu obraz zapomnianego miejsca na ziemi - miejsca, z którego już wszyscy, którzy mogli, uciekli. Zostali tylko najsłabsi, którzy uciec nie mają siły, ci którzy uciec nie mają dokąd. W typie postpegeerowskiej wsi - takich miejsc jest w Polsce wiele, warto to sobie uświadomić. Bohaterowie próbują prowadzić normalne życie - dzieci mają wakacje a miejscem ich zabaw są opuszczone gospodarstwa i otwarte przestrzenie. Potem próbują ratować świat przed wdzierająca się anormalnością.
Marcinowi Szczygielskiem udało się opowiedzieć o biedzie lepiej niż autorom "Przewodnika..."Jest to bieda przebrana w kreację literacką i poruszająca.
Moje prywatne Grand Prix przyznałam książce Pawła Beręsewicza, ale Czarny Młyn bardzo mi się podobał. I chyba dlatego tak mnie zirytowało zakończenie. Okropne (nie użyję mocniejszych słów, choć cisną mi się na usta)! Muszę oprotestować. Nie znoszę książek, w których pojawia się niepełnosprawne dziecko i jedynym rozwiązaniem, jakie autor widzi, to jest jego zniknięcie. W finale dziecko z niepełnosprawnością znika (umiera, metaforycznie odchodzi) i wszystkim robi się lepiej (lżej, łatwiej, szczęśliwiej). Pamiętam, jak się zżymałam na Dorotę Terakowską za zakończenie książki "Pczwarka". Musiałam to powiedzieć.