o książkach dla dzieci i młodzieży
Wpisy z tagiem: klasyka literatury dziecięcej
niedziela, 11 marca 2012
Pisanie na blogu zaczęłam trzy lata temu od recenzji "Malutkiej czarownicy" Otfrieda Preusslera. Dziś przedstawiam "Rozbójnika Hotzenplotza" - pozycję klasyczną (pierwsze niemieckie wydanie pochodzi z 1969 roku), tegoroczną nowość w polskim tłumaczeniu.
W książce Otfrieda Preusslera para przyjaciół (w głupich czapkach) będzie próbowała odzyskać skradziony przez zbója młynek do kawy babci. Zbója nie byle jakiego. Bardzo nieokrzesanego, którego bali się wszyscy nawet policjanci (w tym wachmistrz Głąbaliński). Przeczytajcie, jak o tym rzezimieszku opowiada narrator: "Rozbójnik Hotzenplotz bardzo poważnie podchodził do swojego rzemiosła. Latem wstawał codziennie punktualnie o szóstej, a najpóźniej o wpół do ósmej opuszczał swoją jaskinię i szedł do pracy. Dzisiaj również już od ósmej leżał na czatach ukryty na skraju lasu za krzakiem jałowca, i przez lunetę obserwował drogę. Lecz chociaż dochodziła już dziesiąta, wciąż jeszcze nikogo nie obrabował.
- Przeklęte czasy - mamrotał pod nosem. - Jak tak dalej pójdzie, będę się musiał rozejrzeć za jakąś inną pracą. Rozbój na dłuższą metę przynosi zbyt marne dochody, poza tym to dość stresujące zajęcie."
Lubię, kiedy bohaterowie książek dla dzieci nie przypominają figur z szachownicy. Kiedy nie są cali biali, cali czarni i nie poruszają się w sposób na wskroś przewidywalny. Rozbójnik Hotzenplotz nie zacznie w tej książce przeprowadzać staruszek przez jezdnię, nie zostanie pogodnym, miłym człowiekiem - nie jest to jednak powód, by po drodze parę razy nas nie zaskoczył przymiotami charakteru. Roztropnością, wytrwałością, talentem do interesów i poważnym traktowaniem obowiązków.
Cudowna jest ironia, którą Preussler operuje z niezwykłą lekkością ("jednak rozbójnicy często nie są takim głupcami, na jakich wyglądają").
A ilustracje? Majstersztyk. Kreska z charakterem i poczuciem humoru. Moim zdaniem te z środka ciekawsze niż kolorowa okładkowa. Polecam.
Wydawnictwo Bona, 2012
wtorek, 06 marca 2012
Ta książka to było moje pierwsze spotkanie zarówno z jej autorem jak i ilustratorem. Od "Alicji..." zaczęła się moja miłość do rysunków Pawła Pawlaka i tekstów Gianniego Rodariego. Włoska klasyka (autor urodził się prawie sto lat temu) trafiła do nas w roku 2003, kiedy dział książki dla dzieci w księgarni nie wyglądał tak ciekawie, jak teraz. Książeczka wydana wówczas przez Wydawnictwo Muchomor była prawdziwą perełką.
Historyjki o Alicji ujęły mnie lirycznym poczuciem humoru, choć uczciwie przyznam, że bawiłam się nieco lepiej niż moje dziecko przy ich czytaniu. Ilustracjami zachwyciłyśmy się obie. Wpadki maleńkiej, jak Tomcio Paluch, dziewczynki na obrazkach mają mnóstwo uroku. Alicja z wdziękiem wpada na nich do kałamarza, tortu czy bańki mydlanej.
Wydawnictwo Bona zapowiada nową książkę Gianniego Rodariego. "Bajki przez telefon", którą zilustrowała Katarzyna Bajerowicz. Cieszę się na samą myśl.
Wydawnictwo Muchomor, 2003 rok
niedziela, 27 listopada 2011
I jeszcze raz Karolina o ulubionej lekturze córki:
Moja córka Marianka zakochała się w Panu Tralalińskim mając jakieś 10 miesięcy. Nie wiem, czy urzekło ją brzmienie wiersza Juliana Tuwima, czy może stylowe, nieco abstrakcyjne formy ilustracji Katarzyny Boguckiej. Innea książki ilustrowane przez Bogucką nie robiły na małej tak wielkiego wrażenia, do innych wierszy Tuwima też jakoś nie miała ucha. A więc chyba zadziałało połączenie tekstu i obrazu. Tytułowy Pan Tralaliński to słynny śpiewak, zamieszkały w pięknym mieście Śpiewowicach. Ma wokół siebie grono wyznawców (składające się z żony Tralalony, córki Tralalurki, synka Tralalinka, a także kucharki Tralalarki, pokojówkę Tralalówki, szofera Tralalofera i innych postaci o równie pięknie brzmiących imionach), które na cześć artysty wyśpiewuje jego ulubioną melodię. I tu otwiera się pole do popisu dla czytających dziecku ten wierszyk – trzeba śpiewać. Fraza piosenki jest prosta – trala trala tralalala – ale muzykę należy stworzyć samemu. Nam zrodziła się naturalnie, wyrosła po prostu z rytmu samego tekstu. Marianka bardzo szybko ochrzciła książkę książką „lala” i nie pozwala mi odejść od ustalonej już melodyki.
Do tego dochodzą ilustracje. Bogucka ma niepowtarzalny styl, pięknie nawiązujący do stylistyki graficznej (tej popularnej) lat 60., do tamtej mody czy wzornictwa. Pamiętam tę stylistykę również i ja, urodzona w latach 70., ale przecież zaglądająca do książek czy pism rodziców, moszcząca się w babcinych fotelach, zachwycona kompaktowymi lampami stojącymi ze stolikiem i plecionym koszyczkiem na gazety. W ilustracjach Boguckiej geometryczne elementy składają się na dość umowne sylwetki postaci, pobudzające nie tylko wyobraźnię dziecka, ale i pamięć rodziców. Bogucka starannie dobiera przy tym kolorystykę – w Panu Tralalińskim grają ze sobą jedynie trzy kolory – oliwkowa, zszarzała zieleń, pomarańcz i czerń. To ilustracje wyrafinowane, pełne odniesień, ale dla dziecka zrozumiałe, choć wymagające. Sama autorka tak pisze, że książka ta jest zilustrowana w retro stylu. Pokazuję w niej ludzi, przedmioty i miejsca zapamiętane w dzieciństwie, za którymi tęsknię i które, poprzez ilustracje, choć na moment staram się sobie i, być może komuś jeszcze wrócić. Ja przywracam obrazy sobie, małej pozwalam się w nich rozgościć. Teraz ma rok i 4 miesiące, a Pan Tralaliński nadal jest jedną z jej najukochańszych książek.
Strona ilustratorki: www.bogucka.com
Wydawnictwo Wytwórnia
Flamboy
wtorek, 22 marca 2011
"Przygody rodziny Mellopsów" zostały opowiedziane (słowem i ilustracjami) przez jednego człowieka. Tomi Ungerer wyczarował naprawdę bardzo sympatyczną rodzinę Prosiaków. I to już dawno temu - ta książka to klasyka amerykańskiej literatury dziecięcej. Tata Mellops jest świetnym ojcem, wraz z synami: Ferdynandem, Kazikiem, Izydorem i Feliksem przeżywa fantastyczne przygody. Mellops jest przede wszystkim ciekawy świata, a pasją odkrywania zaraża swoje potomstwo. Jest przy tym nie jakimś marzycielem tylko świnią czynu - uczy swoich synów jak skonstruować samolot, jak poszukiwać skarbów w zatopionym wraku, jak zbudować szyb, w czasie szukania ropy naftowej, jak bezpiecznie zwiedzać jaskinie. Towarzyszy im i przekazuje mądrości. Mama niestety to postać bardzo anachroniczna - jej rola ogranicza się do martwienia o mężczyzn, gdy wyruszają po nową przygodę i gotowania i pieczenia na ich powrót. Nie jest to książka dla feministek. Promuje raczej model rodziny, w którym kobiety siedzą w kuchni a mężczyźni są stworzeni do wyższych celów. Można narzekać, że mama nie bierze udziału w przygodach. Faktycznie są one zarezerwowane dla taty i synów. Trzeba jednak zauważyć, że choć tata i chłopcy z każdej przygody wychodzą cało, to ich świat trzyma się dzięki temu, że zawsze wracają do domu. Domu, w którym czeka ze swoim tortem mama Mellopsowa. Warto docenić, że to właśnie ona jest ich opoką. Jest w tej historii tyle ciepła, że jeśli nie będzie to jedyna książka naszych dzieci, pokazująca model rodziny, nie stanie się im nic złego. Przedszkolak po przeczytaniu powie raczej do mamy: JA bym Cię zabrał ze sobą. Sam autor zadedykował te historie swojej matce.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Gdybym była Mikołajem, to dziewczynkom w wieku przedszkolnym przyniosłabym w prezencie nowość Zakamarków "Słoneczne jajo" - przepięknie zilustrowaną baśń o elfach i ich leśnych przyjaciołach. Brakowało mi takiego obrazu skandynawskiego lasu - świata mchu i paproci, skrzatów, leśnych zwierzaków. Oprócz obrazków mamy w tej książce też sympatyczną przygodę. Leśny ludek zastanawia się, kto zostawił w lesie tajemniczy, złocisty, krągły przedmiot. Córka elfów wyrusza w podróż, by odkryć tajemnicę jaja zniesionego przez słońce. Uzupełniamy półkę ze światową klasyką literatury dziecięcej - to bajka z 1932 roku. Ilustracje Elsy Beskow znamy z klasycznego wydania "Na jagody" Marii Konopnickiej. Pamiętacie te wdzięczne muchomorze czapeczki na głowach mieszkańców lasu? Uwaga, kartki ociekają słodyczą! Ale lukier nie jest różowy.
poniedziałek, 29 listopada 2010
Klasyka literatury dziecięcej. W bardzo eleganckim wydaniu. Powiedzmy podchoinkowym. Ja mam słabość do "Powiastek" Beatrix Potter w wydaniu kieszonkowym. Kiedy Marysia była małą dziewczynką, miałyśmy kilka "Powiastek" w wersji mini. Zabierały nas w niezwykły świat angielskiej prowincji, domowych i leśnych zwierząt - eleganckich dżentelmenów w surdutach i kamizelkach, pań w koronkach i kapeluszach przy filiżance herbaty. Bardzo polubiłyśmy wdzięczne imiona i przydomki bohaterów książeczek - Ropuch Pan Skrzeczko i Pani Tycia Myszka, Tekla Kałużyńska - kaczka, króliczki - Kłapcia, Sapcia i Puchaty Ogonek, Pani Mrugalska - jeżowa, Kociak Tomek, Jeremi Rybak. Ceniłyśmy sobie ich kulturalne konwersacje i plotki. Dobrze, że tłumaczenie tej książki powierzono komuś tak czułemu językowo (Małgorzacie Musierowicz). Historie powstały pod koniec dziewiętnastego wieku i na początku dwudziestego. Urok tkwi również w ich staroświeckim klimacie. Nie oczekujcie jednak samej słodyczy. Może się zdarzyć, że współczesnym rodzicom spod znaku eko niektóre teksty wydadzą okrutne. Piotruś Królik ucieka przed rzeszotem i grabiami Pana McGregora, bowiem pamięta, że z nieostrożnego ojca Piotrusia, żona farmera zrobiła pasztet. Spotkanie naiwnej kaczki z eleganckim dżentelmenem z rudymi bokobrodami (lisem) nie kończy się dobrze - ma on ochotę na omlet z jej jajek a może nawet i na nią samą, niemądra Tekla niesie mu nawet zioła i cebulki do smaku. Kaczkę ratują z opresji wyżyły, ale i one nie powstrzymają się przed zjedzeniem jajek. Ogólnie Tekla Kałużyńska należy do postaci dość tragicznych i depresyjnych. Przyznam się, że ten duży zbiór powiastek kupiłam dla siebie i to ja przeczytałam je wszystkie i zatrzymywałam się przy każdym narysowanym zwierzaku. Moje dziecko to wydanie kompletnie zlekceważyło. I jeszcze jedna uwaga - te małe książeczki można było czytać młodszym dzieciom, przy dużej te młodsze za wcześnie domagają się przewrócenia strony.
środa, 08 września 2010
W serii Klasyka literatury dziecięcej - perełka dla przedszkolaków. Autorka - Helena Bechlerowa to wielka dama literatury dziecięcej. Dziś nieco zapomniana a szkoda. Marzę (nie tylko ja) o wznowieniu jej "Domu pod kasztanami" z ilustracjami J. M. Szancera. Historia, która sie doczekała wznowienia przez Book Hause to "Koniczyna Pana Floriana". Ta koniczyna ma właściwości magiczne - nie tylko przynosi szczęście ale dodatkowo spełnia marzenia. Marzenia koni. Zarówno tych żwawo biegających po łące i zazdroszczących złotej uprzęży konikom z karuzeli, jak również tych drugich pędzących w kółko w rytm jarmarcznej melodii i marzących o wolności. Bardzo sympatyczna historia o marzeniach dla dzieci w wieku 3-5 lat. Nie wiem, po co wydawać przedszkolakom książkę na lakierowanej tekturze. Przedszkolak to już człowiek, który nie gustuje w papierze i nie zjada kartek. Ilustracje Aleksandry Michalskiej-Szwagierek bardzo tradycyjne. Paradoksalnie, jeśli mamy ochotę na nowoczesną ilustrację warto sięgnąć w bibliotece po wydanie z roku 1966 z ilustracjami Krystyny Witkowskiej. Polecam.
|
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które jeszcze nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione
|