o książkach dla dzieci i młodzieży
piątek, 20 listopada 2015

Moje dzieci nigdy nie wykazywały zaawansowanych zainteresowań sprawami technicznymi. Nie mam w domu młodych konstruktorów, wynalazców, znawców historii uzbrojenia, budowy statków czy kolei. No właśnie, kolei. Nie przypuszczałabym, że wpadnie mi do ręki książka o pociągach, przy której będę się uśmiechać, drapać w głowę ze zdziwienia i studiować ilustracje.

Z „Wielkiej księgi pociągów” (wielka jest raczej formatem, nie liczbą stron) dowiedziałam się dlaczego holenderski pociąg jeżdżący do nadmorskiego kurortu nosił miano „Pchełka”, co dokuczało podróżnym pierwszych składów kolejowych i jak podróżowali królowie.

Plusem są ilustracje, które opowiadają nie tylko historię kolei, ale pokazują również zmiany mody i obyczajów. Wspaniale jest oglądać damy z parasolkami, dzieci ciągnące koniki na kółkach, Indian ścigających się z parowozem, panie unoszące skraj sukni (by nie pobrudzić ich błotem) czy plażowiczów zażywających kąpieli w specjalnych wozach.

Teraz zastrzeżenia: ilustracje są lepsze od tekstu. Niektóre fragmenty napisane są stylem podręcznikowym. Zamiast czytać o „towarach przetworzonych”, „różnych produktach” czy „artykułach spożywczych” wolałabym dowiedzieć się (myślę, że dzieci też) co konkretnie przewoziły pierwsze pociągi w Stanach, Anglii czy Niemczech. Dla prawdziwych pasjonatów tematu kolei na wyklejce książki umieszczono ilustracje różnych typów lokomotyw: parowych, spalinowych i elektrycznych.

Książkę dostałam od Wydawnictwa Muchomor.

piątek, 13 listopada 2015

ROK_W_LESIE1

- O, popatrz Marianna, tramwaje.

- Nie tramwaje tylko kowale bezskrzydłe...

No więc tak. Wiemy, jak naprawdę nazywają się owady z czerwono-czarnym wzorkiem, tak lubiące przyczepiać się jeden do drugiego, jak tramwaje. Wiemy również, co się dzieje z porożem łosia i że biedronki przyjaźnią się z mszycami. Mama nie lubi mszyc, Marianna i Marta lubią biedronki, jest temat do dyskusji.

„Rok w lesie” opiera się na pomyśle dość oczywistym i, jak zawsze, trafionym – dwanaście kart przedstawiających kolejne miesiące w jednym, konkretnym zakątku lasu. Zagęszczenie mieszkańców jest spore: na ziemi, pod ziemią, w norach, w stawie, w dziuplach. Zanim poznamy miejsce akcji, zostają przedstawieni bohaterowie, kilkadziesiąt gatunków zwierząt z krótkim, przystępnym dla dzieci opisem najbardziej charakterystycznych cech (stąd wiemy, że to nie tramwaje tylko kowale...). A potem zaczyna się cykl życia – jedni śpią, inni szukają pożywienia, wiosną towarzystwo się budzi, poznaje, łączy w pary, potem gniazda, potomstwo, mnóstwo jedzenia wokół, powolne szykowanie się do zimy, znów norki, podziemne korytarze, gawry i paśniki pieczołowicie wypełniane przez leśniczego. Czasem oglądamy życie zwierząt w ciągu dnia, czasem w nocy. Każdy zwierzak ma swoją historię, ale fabuła nie jest tu szczególnie rozbuchana. Nacisk położony jest właśnie na ten cykl, na poznanie zwyczajów zwierząt, a nie ich przygód. Wystarczy, by przedstawić fascynującą opowieść. A dzieciom – żeby trenować spostrzegawczość czy zrozumieć zależności rządzące przyrodą.

Emilię Dziubak uważam za jedną z najważniejszych polskich ilustratorek. Bardzo wyrazisty styl, nowoczesny, ale nigdy nie rezygnujący z komunikatywności na rzecz formalnej brawury. Rysunek Dziubak, choć prowadzony mocną kreską, jest jednocześnie miękki, przyjazny, bardzo czytelny dla dzieci. Autorka ma przy tym umiejętność, którą szczególnie cenię: niezwykłe wyczucie koloru. Oczywiście formuła książki opowiadającej o przechodzeniu czterech pór roku przez las wymusza użycie konkretnej palety barw. Ale tutaj ta paleta ma jakieś szczególne nasycenie. Zieleń majowa jest całkiem inna niż lipcowa, czerwcowa noc zanurzona jest w ciemnym błękicie i fiolecie, wrzesień, już złotawy, jednocześnie przebija odcieniami różu. Te ilustracje zdają się aż świecić intensywnością leśnych kolorów. Nawet w listopadzie. To z pewnością jedna z najpiękniejszych książek tej jesieni.

Na końcu książki można znaleźć labirynt – wcale nie taki łatwy do przejścia. Poszczególne stworzenia mają w podziemnych korytarzach odszukać rzeczy, o których marzą albo partnerów, z którymi mają się połączyć. Żeby dotrzeć do celu, trzeba jednak poznać wszystkie te stworzenia bliżej i poznać ich zwyczaje. Ja wybrałam drogę kowala bezskrzydłego, bo przecież też muszę się czegoś nauczyć.

 

Nasza Księgarnia 2015, książka kupiona

środa, 04 listopada 2015

PRZEKROJE

Moje dzieci nie lubią warzyw. To sytuacja dość kłopotliwa, bo jesteśmy rodziną jarską i warzywa powinny być podstawą naszej diety. To sytuacja również irytująca, bo bardzo lubię gotować i naprawdę jestem w stanie dopasować się do różnych smaków. Ale niestety, poza ogórkiem, surową marchewką, pieczonym ziemniakiem i brokułem (tylko w zupie) dziewczyny jarzyn nie chcą. Przynajmniej z owocami jest jako tako.

Podejrzewam, że wielu rodziców dobrze wie, o czym mówię. Argumentacja smakowa nie działa, hasła „ugotujmy to razem” też nie. W rozpaczy zaczęłam przywoływać kwestie zdrowotne: to wzmacnia twoją krew, a dzięki temu skóra jest zdrowsza, tamto poprawia pracę oczu. I, o dziwo, to moje córki trochę zainteresowało.

I dlatego pojawiły się u nas „Przekroje: owoce i warzywa” Agnieszki Sowińskiej, pięknie ilustrowana książka o świecie warzyw i owoców, o mikroelementach, witaminach i innych stworzeniach, które ten świat zamieszkują. Żelazo jest opiekuńcze i zaradne (krew), witamina C każdemu pomoże i wszystko naprawi (odporność), potas uwielbia pływać (serce), magnez uspokaja i działa antystresowo (koncentracja), wapń jest zasadniczy i opanowany (kości). Najpierw mamy ekspozycję wszystkich postaci (poza tymi, które prawie każdy umie wymienić, są też mniej oczywiste: Luteina, Sulforafan, Garbnik, Likopen), potem przechodzimy do przekrojów kolejnych owoców i warzyw. Śliwka okazuje się pięknym trzypiętrowym mieszkaniem, w którym żyją w harmonii Pektyna, Witamina B i Magnez. Czytają książki, sprzątają, popijają herbatkę. Zwykłe życie. Autorka nie powtarza już imion mieszkańców – jeśli chcemy sobie przypomnieć kto jest kim, musimy wrócić na początek. Dzięki temu imiona lepiej wbijają się w pamięć.

Książkę oglądamy na wyrywki. Wybieramy, jakie warzywo czy owoc chcemy sprawdzić. Albo zastanawiamy się, co najlepiej jeść, jak chcemy, żeby skaleczenie szybko się zagoiło. Wyobraźnia pracuje. Sprawdzamy, przyglądamy się, a ja sączę swoją propagandę. Nie mam oczywiście żadnych złudzeń, że oto moje dzieci zaczną ochoczo jeść wszystkie jarzyny. Ale mam nadzieję, że zrozumieją, że z nich właśnie płynie zdrowie. I że kiedyś ta wiedza zaprocentuje.

Nasza Księgarnia, 2015, książka kupiona

| < Listopad 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi nastolatków o książkach
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione