o książkach dla dzieci i młodzieży

dla wszystkich

piątek, 07 listopada 2014

„Hilda i Troll” to były jedynie przedbiegi. Fantastyczna książka, ale jednak przedbiegi. Prawdziwa pełnia to dopiero „Hilda i nocny olbrzym”. Tutaj odsłaniają się wszystkie zakamarki i zawiłości świata otaczającego niebieskowłosą dziewczynkę.W „Olbrzymie" nie ma już zwykłej bajki osadzonej w dość niesamowitej scenerii - teraz otwiera się jakiś wszechświat, rzeczywistość totalna, wprawiająca w osłupienie.

Hilda odkrywa, że wokół jej domu stoją setki, może tysiące maleńkich domków elfów, które wcześniej były dla niej, jako istoty ludzkiej, niewidoczne. Elfy tworzą społeczność ściśle zorganizowaną – z lokalną władzą, premierem i drobiazgową organizacją codziennego życia. Nie chcą obok siebie Hildy i jej mamy – są dla nich zbyt duże i głośne. Nieświadomie istnienia małych sąsiadów brutalnie panoszą się w elfickim świecie. Ten miniaturowy (ale tylko dla ludzi), niewidoczny świat to w zasadzie świat równoległy, rozpoznawalny w swoich formach, ale niezwykły. Aby ocalić własne domostwo, Hilda musi się w nim odnaleźć i dojść do porozumienia z nieustępliwymi władzami elfów.

Ale nasza bohaterka pod osłoną nocy dostrzega istnienie kogoś znacznie bardziej osobnego. To samotny olbrzym, większy od góry, pojawiający się nieopodal domu dziewczynki – zawsze w ciemnościach, na tle rozgwieżdżonego nieba. Podczas gdy rzeczywistość elfów jest dynamiczna, rozedrgana i krzykliwa, olbrzym, cichy i tajemniczy, emanuje jakimś wytrwałym, spokojnym smutkiem.

To, co spotyka Hildę, jest zbyt niesamowite i wielobarwne, by to opisywać. Nagłe pojawienie się obok niej i elfów, i olbrzyma, zmusza ją do dojrzałości i jeszcze większej niż dotąd samodzielności. Szybko musi zrozumieć wiele całkiem dorosłych spraw i podjąć ważne decyzje, wymagające odwagi, ale też i roztropności. Staje przed jakimś ogromem i wie, że aby się w nim odnaleźć, trzeba się z nim zaprzyjaźnić.

Dopóki przygody Hildy koncentrują się na perypetiach z elfami, są to jedynie przygody, niewyrastające ponad poziom tego, co można było wyczytać w pierwszej części komiksu. Kiedy jednak powoli odsłania się przed czytelnikami (i samą Hildą) historia olbrzyma i jego nieustannej wędrówki, opowieść wkracza w dziedzinę dojmującej melancholii, jakiejś kosmicznej tęsknoty. Wymiary się mieszają, światy się nakładają.

Ostatni, wielki krach, stawia małą bohaterkę przed całkiem nowym życiem, w innym miejscu, w innej rzeczywistości. I każe zastanowić się nad trwaniem i trwałością rzeczy. Dawno nie oglądałam i nie czytałam tak obłędnej, wielopoziomowej, pięknie narysowanej i skomponowanej książki o dojrzewaniu, która może przynieść tyle wrażeń i mojej córce, i mnie samej.

 

Wydawnictwo Centrala, 2013, książka kupiona



piątek, 12 września 2014


Najpiękniejsza książka o dojrzewaniu do kobiecości, jaką czytałam. W literaturze dla dzieci takie tematy do tej pory pojawiały się chyba tylko w baśniowej klasyce. Iwona Chmielewska snuje przejmującą, współczesną a jednocześnie odwołującą się do tradycji i wzorców literackich opowieść. Pełną półtonów, wysublimowaną i delikatną jak koronki i hafty, motyw powtarzający się na stronach tej książki. 

Obrazkowa opowieść zaczyna się w momencie, gdy w dziewczynka czuje, że jej życiu zachodzi zmiana. Pewnego dnia usłyszy kilka prostych słów: "Królewno, dziś stałaś się kobietą”. To dzień pierwszej miesiączki, ale przeczytacie o tym wprost - sfera cielesna, choć mocno obecna w książce, przedstawiona została metaforycznie: "Odtąd co miesiąc przez kilka dni była Panią swojego królestwa, a władza ta spadała na nią punktualnie i niezawodnie". W ilustracjach symbolizuje ją czerwień, kontrastująca z dominującymi na stronach odcieniami bieli, barwą ecru, kością słoniową, perłową. Czerwony jest sznur na pranie, owoce jarzębiny, lina huśtawki i mereżka na ubraniu lalki.  

Dziewczynka zaczyna się uczyć panowania nad swoim królestwem. Przymierza role, kluczy po świecie emocji, fizycznych doznań i baśniowych symboli. Pastelowa, koronkowo delikatna opowieść o dojrzewaniu, łączy w sobie intymność i uniwersalizm. Młodsze dzieci mogą czytać "Królestwo dziewczynki" nie wychodząc poza poziom baśniowości - w historii pojawia się smok, zatrute jabłko, ziarnko grochu i królewna zaklęta w żabę. Poza tym to lektura dla matek i córek w każdym wieku. 

"Królestwo dziewczynki" to edytorskie cacuszko. Trudno mi jest się powstrzymać od dotykania grzbietu oprawionego w materiał. Złocone brzegi kartek traktuję jako ukłon w stronę moich córek.

Wydawnictwo Entliczek 2014, kupiona

niedziela, 15 grudnia 2013

 Na ostatniej wywiadówce w klasie Marysi pani od przyrody oburzona wręczyła nam kartki pisane przez nasze dzieci. Były to odpowiedzi na pytanie "Dlaczego notorycznie nie odrabiam prac domowych?". Bo nie zawsze umiem, bo mi się czasem nie chce, bo zapominam, nie odrabiam przypadkiem, nie zawsze mam czas - odpowiadali szóstoklasiści. 

Nie oburzam się, bardziej niepokoi mnie nuda, która wydziera z tych odpowiedzi. Wręczyłam Marysi książkę Davide'a Cali z ilustracjami Benjamina Chauda i posłałam do szkoły.

To jest znakomita książka o potędze wyobraźni. Obowiązkowa lektura dla surowych nauczycielek, wymagających nauczycieli, bimbających sobie uczennic i niepoważnie traktujących swoje obowiązki uczniów. (I odwrotnie: dla bimbających sobie nauczycieli...). W tej książce powody nieodrobienia pracy domowej są  fantastycznie zabawne. "Bo na naszym podwórku wylądował samolot pełen małp. Zbuntowany robot zniszczył nam dom. Krasnoludki pochowały mi wszystkie ołówki. Porwało mnie UFO. Właśnie kiedy usiadłem do lekcji, najechali na nas wikingowie. ...." Do każdego powodu całostronicowa ilustracja Benjamina Chauda. Moja ulubiona: "Lekarz przepisał mi taki jeden syrop, który na mnie dziwnie podziałał." 

Idealna na prezent dla znajomych, którzy tkwią w systemie (nauczycieli i uczniów).

Więcej obrazków ze środka u Pani Zorro.

Moje jedyne zastrzeżenie: książka mogłaby być większa. Format A4 mi się marzy. Albo i plakaty A3 do powieszenia na ścianie. W pracowni przyrodniczej mojej córki.

Wydawnictwo Dwie Siostry, 2013, kupiona.

Tagi: humor
11:38, zefi-rynna , dla wszystkich
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 11 listopada 2013

Taki dzień, takie święto zobowiązuje. I mimo że łatwo ulegam historycznym sentymentom, tym razem uległam wizji na wskroś nowoczesnej, skupionej na tym, co tu i teraz. Oczywiście chodzi o wizję patriotyzmu, dość mocno (i słusznie) w ostatnich latach promowaną, która opiera się na tym, by odpowiedzialnie, racjonalnie, ale i z pamięcią o tym, co było, dbać o kraj, w którym się żyje. I o nas samych w tym kraju.

Kto ty jesteś?” To pytanie, które znamy wszyscy i wszyscy też potrafimy na nie odpowiedzieć automatycznym „Polak mały” (albo i „Polka mała”, taką wersję też znam). I teraz najtrudniejsze: kim ten mały Polak jest, kim warto, aby był? Co to znaczy „dobry Polak”? Gdybym sama musiała przerobić taki temat z moją trzyletnią córką, mocno musiałabym się napocić, żeby wymyślić coś, w co sama wierzę i w co ona też mogłaby uwierzyć. Nie byłoby to takie złe – być może i  udałoby mi się wreszcie ustalić kilka niepodważalnych dla mnie wartości, ustawić się jakoś wobec tego kraju, moich powinności i oczekiwać wobec niego. A przecież co mam w głowie ja, przejmą – prostolinijnie bądź przewrotnie – moje dzieci.

To są ważne sprawy. I książka Joanny Olech, ilustrowana – doskonale zresztą – przez Edgara Bąka, to jest nasz pierwszy podręcznik patriotyzmu. Nie dlatego, że podaje nam w pigułce przepis na bycie patriotą (patriotką, jak mnie poprawia moja Marianna). Zupełnie nie. Podaje nam zbiór pomysłów na to, od czego zacząć rozmowę na ten temat, w jakim kierunku pójść. Co uważamy za ważne, a co za mniej istotne. Marianka jest mała, nie wszystko rozumie, ale kilka rzeczy na pewno już pojmie, a na resztę przyjdzie czas. Bo książka ta posłuży nam, mam nadzieję, przez dobrych parę lat.

Więc tak, na chybił trafił: „Kasuję bilet w autobusie. Jestem patriotką”. „Jesteśmy równi, choć różni. Każdy ma prawo być patriotą”, „To jest matura mojej prababci. A to pamiętnik dziadka. Zbieram rodzinne pamiątki. Jestem patriotką”, „Umiem przeprosić, jestem patriotą”, „Nie marnuję wody, jestem patriotą”, „Porządkujemy z dziadkiem opuszczony cmentarz. Jesteśmy patriotami”, „Wiem, skąd jestem. Z babcią rozmawiam gwarą. Z omom godom po ślonsku. Jestem patriotą”, „Uczę się, jestem patriotą”. Marianna za każdym razem pyta „dlaczego?” i dopiero wtedy zaczyna się nasza lekcja. Powoli wchodzimy w sprawy pamięci, inności, pracy, szacunku, uczciwości. I, niezależnie od wszystkiego, czułości wobec miejsca, w którym przyszło nam żyć. Na okładce autorka podpowiada, że codzienny sens patriotyzmu zawiera się we współ-uczestniczeniu, współ-trosce, współ-działaniu na rzecz współ-dobra, w końcu we współ-odpowiedzialności za kraj. Nie znam lepszej nauki.

Równorzędnym autorem tej książki jest Edgar Bąk, jeden z najważniejszych współczesnych polskich grafików. To, co zrobił z ilustracjami w tej książce, jest niezwykłe. Każde z tych lapidarnych zdań opatrzone jest skrótowym, bardzo graficznym, mocnym, inteligentnym rysunkiem. To rysunki-plakaty, skupiające w kilku znakach-konkretach ogromne bogactwo znaczeń, będące kwintesencją tego, co przekazują wypisane obok słowa. To ilustracje, które nie tyle wzbogacają tekst, ile same mówią. Dla mnie - prawdziwe graficzne arcydzieło.

Sentymenty dopadają mnie nie tylko za sprawą historycznych rocznic. Kiedy czytałam córeczce tę książkę, też chwilami łamał mi się głos. Nic mnie bardziej nie cieszy, niż tłumaczenie jej, dlaczego tak właśnie jest.

Wytwórnia 2013



czwartek, 17 stycznia 2013

Otwórzcie tę książkę na dowolnej stronie a dowiecie się czegoś nowego o świecie. Meksyk: rośnie tu kaktus zwany złotą beczką. Tanzania: stąd pochodzą goździki, z których pąków robi się aromatyczną przyprawę. Rumunia: podróżując po tym kraju traficie na kolorowy cmentarz, z nagrobkami w różnych barwach. Hiszpania: budowanie wieży z ludzi to tradycyjna katalońska rozrywka. Fidżi: tabua, czyli ząb kaszalota to ceniony przez miejscowych podarunek.

Czytanie map to zajęcie dla humanistów. Zrozumiałam to dopiero wiele lat po skończeniu szkoły, w której geografia była zbiorem przeraźliwie nudnych statystyk. „Mapy” Mizielińskich uczą odkrywania świata, pokazują jego różnorodność, nie tylko geograficzną, ale też kulturową. Mają odpowiedni format (wielki), papier (nie za cienki, przyjemny w dotyku i zapachu, o barwie starodruku). Przypominają inkunabuł, w którym słowo drukowane dopełniają graficzne ozdobniki i fantastyczne ilustracje. Kontakt z taką książką to rozkosz.

„Mapy” nie są jednak podręcznikowo doskonałe. Są w nich drobne błędy i niedociągnięcia, niektóre informacje wywołują kontrowersje (zaliczenie Rosji do krajów azjatyckich). Zaskoczyło mnie skoncentrowanie się na jednym kręgu kulturowym. Dowiemy się z tej książki sporo o historii Europy czy Stanów Zjednoczonych. Poznamy zabytki, słynnych malarzy, pisarzy, filozofów, postaci literackie i zwyczaje. Na mapach krajów afrykańskich czy południowoamerykańskich oglądamy już głównie przedstawicieli miejscowej fauny i flory. Paradoksalnie, graficznie nawiązując do prac dawnych kartografów, „Mapy” powielają też ich błędy. Przypominają odwzorowania lądów i mórz, na których to, co niezbadane i nieznane oznaczone było jako „terra incognita”. Może tkwi w tym jednak głębsza myśl, zawsze patrzymy przecież na świat z jakiejś perspektywy. Na „Mapach” Mizielińskich urodzonych na  Fidżi Niemcy nie byłyby państwem Bacha, Kanta, Goethego i Bauhausu, lecz krajem buraków cukrowych, ogórków, ziemniaków i zajęcy szaraków.

Wydawnictwo Dwie Siostry, 2012

Inne recenzje książek Mizielińskich: "Tu jesteśmy", "D.E.S.I.G.N", "Co z ciebie wyrośnie".

sobota, 17 listopada 2012

Co ostatnio powiedziała do Ciebie mapa? Czy słuchałeś w skupieniu, czy puściłeś mimo uszu szeptanie map?

"Dokąd iść? Mapy mówią do nas" to książka stworzona przez polsko-koreański duet Heekyoung Kim i Krystynę Lipkę-Sztarbałło. Trafia do nas z dobrymi recenzjami po międzynarodowych sukcesach. Docenili ją już Koreańczycy i Niemcy i obsypali nagrodami. Mamy teraz okazję sami przekonać się, na czym polega jej wyjątkowość. Ja już odkryłam.

To książka obrazkowa, poetycka i popularnonaukowa. Zupełnie niezwykła. Książka o wiedzy, historia kartografii, rzecz o ograniczeniach poznania, lekcja na temat człowieka i jego wartości. Przecież każda mapa mówi o tym, jak jej twórcy i ich przyjaciele widzą świat. W różnych punktach czasoprzestrzni mapy i świat wyglądają różnie. Świadomość tego, powinna uczyć dystansu do własnego postrzegania.

Książka wydaje mi się idealna dla czytelników XXI wieku, którzy cenią sobie aktywność, działanie. Pozycja, którą nie tylko się czyta. Z nią się prowadzi dialog. Mapy wbrew tytułowi nie tylko mówią, one Cię odpytują. Sama książka więcej stawia pytań niż daje odpowiedzi. Każde zdanie jest inspiracją do myślenia, do drążenia. Lubię takie książki.  I nie potrafię powiedzieć, ile lat trzeba mieć, żeby się z książki ucieszyć. Od pięciu w górę? Ja czytałam sama i z jedenastolatką. 

Którą mapę lubicie najbardziej? Ja mapę nieba. Ona wysyła zaproszenie do tańca. Marysia wybiera tę, która wskazuje drogę do toalety w muzeum. 

W Warszawie można (20.11 - 22.12) zajrzeć do Biblioteki Narodowej (filia przy Placu Krasińskich) na wystawę "Świat Ptolemeusza - włoska kartografia renesansowa". Można tam obejrzeć mapy świata wyrysowane w XV wieku na podstawie starszych o 1300 lat współrzędnych wyznaczonych przez Ptolemusza. Na tej wystawie mapy też mają sporo do powiedzenia.

Wydawnictwo Entliczek, 2012

piątek, 16 listopada 2012

Tomik Kerna "Łapy, pióra i rymów cała fura" towarzyszył mi przez lata przedszkolne  Marysi. Jej miłość do zwierząt była już wtedy ogromna i przezabawne wierszyki Ludwika  Jerzego Kerna sprawiały nam dużo uciechy. Do tej pory mogę z pamięci recytować fragmenty "Hrabiny de dach" "Pani Hrabino, Pani Hrabino, czy księżyc komin już minął? Pani Hrabino czy Pani matka też była taka akrobatka? A może tatuś, może to po nim z komina skacze Pani na komin? Pani Hrabino, Pani Hrabino, proszę się w pasie obwiazać liną. To nie są żadne strachy na lachy. Im wyższe domy, tym wyższe dachy, a wtedy w głowie się kręci aż trzeba wzywać pożarną straż." 

Nie miałam większej ochoty na żadną inną pozycję z serii Z Biblioteki Wydawnictwa Nasza Księgarnia niż na tę. To porządny wybór wierszy naszego ulubionego poety od psów, kotów i innych stworzeń z piórami, kłakami czy łuskami. Wybór przygotowany przez wydawcę jest  bardzo bogaty. Najbogatszy z dostępnych na rynku. Autorzy antologii sięgnęli po różne tomiki poety i wiersze drukowane w starych czasopismach dla dzieci. Do tego dorzucili skromne fragmenty ze świetnej autorskiej prozy - takie, które mogą zachęcić do sięgnięcia po powieści "Proszę słonia" i "Karampuk". 

Kern jest wyjątkowy. To nie tylko poeta -  to satyryk i mistrz słowa. Jego wiersze często mają  charakter kabaretowy - to też ich urok i wdzięk. Przewrotne puenty, zabawne, często ironiczne podteksty sprawiają, że dorośli mają swoją przyjemność  czytania. Co jest szczególnie ważne na etapie, na którym dzieci chcą w kółko słuchać  wierszy, które już znają i lubią.

Gdyby nie cena, powiedziałabym, pozycja obowiązkowa. Patrząc w twarz naklejce z napisem: blisko 50 złotych, powiem raczej, doskonała, żeby ją dostać w prezencie. Mikołaju, co o tym myślisz?

 

piątek, 21 września 2012

Sylvia Plath nie kojarzy się raczej z literaturą dla dzieci. A jednak. W Garniturze na każdą okazję (oryg. The It-Doesn't-Matter Suit) pod strukturą typową dla bajek czy baśni, pełną refrenów, z narastającym tematem, kryje się bardzo mocny przekaz: trzeba marzyć i pragnąć, pragnienia to my sami, cała nasza natura. I jeśli będziemy marzyć z naturalnością, wszystko może się udać.

Mały Max Nix jest najmłodszym z siedmiu braci. On jeden w całej rodzinie nie ma garnituru, a bardzo chciałby go mieć. Kiedy pewnego dnia przychodzi do domu Nixów tajemnicza paczka, która, jak się okazuje, kryje w sobie piękny, wełniany, włochaty, nowiuteńki, musztardowożółty garnitur, wszystkim błyszczą się oczy. Pierwszeństwo ma tata Nix. Ale jest bankierem i obawia się, że garnitur jest zbyt krzykliwy dla jego profesji. Oddaje go najstarszemu synowi, Paulowi, a mama Nix, mistrzyni igły z nitką, szybko poprawia krój tak, by idealnie na chłopca pasował. Ale Paul zaczyna rozmyślać i dochodzi do wniosku, że na stoku narciarskim taki garnitur będzie niestosowny. Kolejno wszyscy bracia wynajdują powody, dla których nie mogą nosić żółciutkiego stroju: co powiedzą koledzy Emila z drużyny saneczkowej? Jak na taką elegancję zareagują ludzie, którym Otto dostarcza gazety? Czy krowy nie wezmą Johanna za snopek sianka, gdy będzie je doił tak przyodziany?

Garnitur dostaje więc najmłodszy, Max. I wie, że będzie to doskonały ubiór na każdą okazję. A skoro on to wie, wiedzą też wszyscy wokół i niczemu się nie dziwią. Garnitur zdobi, grzeje i chroni chłopca. Ludzie na ulicy zachwycają się jego prezencją. Ciepły, musztardowy strój od początku był tylko jemu pisany, bo tylko on nie miał w sobie żadnych uprzedzeń i obaw. Jedynie marzenia.

To ujmująca opowieść, prosta, choć we właściwy bajkom sposób zawoalowana. Tym bardziej poruszająca, jeśli zderzy się ją z historią samej autorki. Taka opowieść może wytłumaczyć dzieciom wiele rzeczy i wzmocnić ich wiarę w samych siebie.

Garnitur na każdą okazję został wydany w serii Serio - „to seria wydawnicza dla małych i dużych czytelników. Składają się na nią unikatowe książki dla dzieci pióra najwybitniejszych twórców światowej literatury, wydane w formie pięknych, bogato ilustrowanych albumów”.

Książkę zilustrowała Agnieszka Skopińska. Ale „zilustrowała” to niewystarczające określenie. Rysunki do Garnituru są nie tyle przedstawieniem tego, o czym mówi tekst, ile jego rozszerzeniem. Te ilustracje wychodzą z tekstu, ale podążają swoimi ścieżkami. Malowane grubą warstwą farby, klejone, szkicowane, żyją własnym życiem. Skopińska włącza w nie własne poczucie humoru, dzięki czemu cieszą i dzieci (przez swoją „dziecięcą” czytelność), i dorosłych, czytających je po swojemy. Mądra i czuła książka, której się łatwo nie zapomina.

Wydawnictwo Dwie Siostry 2012



piątek, 10 lutego 2012

Aż trudno pisać, żeby nie wyszło zbyt osobiście i sentymentalnie. Dla kogoś, kto choć trochę zna historię wczesnego kina, "Wynalazek Hugona Cabreta" to książka, która potrafi ścisnąć gardło ze wzruszenia. Bo choć na pierwszym planie to opowieść o osieroconym chłopcu, małym zegarmistrzu, żyjącym w ukrytych korytarzach paryskiego dworca AD 1931, jest w niej i drugi, dla mnie ważniejszy poziom. Hugo rozpaczliwie próbuje dokończyć jedyną rzecz, która po ojcu „pozostała” – znalezioną przez ojca maszynę, automat-człowieka trzymającego w dłoni pióro. Ma nadzieję, że jeśli uda mu się naprawić mechanizm wedle zapisków pozostawionych przez ojca, automat wykaligrafuje przekaz, zdanie, które w jakiś sposób uratuje chłopca, wskaże mu drogę. Żeby zdobyć części do naprawy maszyny, Hugo kradnie nakręcane figurki z dworcowego sklepiku z zabawkami prowadzonego przez pewnego starca z siwą bródką. I tu zaczyna się cała historia, a każdy miłośnik pierwszych dokonań filmowych poczuje dreszcz – dreszcz rozpoznania. Bo przecież owym staruszkiem sprzedającym zabawki jest Georges Méliès, jeden z pionierów kina, wizjoner, iluzjonista, król filmowego triku. To właśnie ten drugi plan – opowieść o wielkim artyście, którego złamała historia. I tu też zaczyna się gonitwa za ukrytymi odniesieniami filmowymi – do korzeni filmu francuskiego, do twórczości i biografii takich reżyserów jak Jean Vigo czy François Truffaut. Ale nie trzeba zagłębiać się na ten poziom, żeby czerpać przyjemność z lektury książki Selznicka. To się czyta jednym tchem. Kilkaset stron – tekstu i pięknych, czarno-białych rysunków. Ilustracje, tak klasyczne, pieczołowicie wykonane, wspaniale oddające nastrój opowiadanej historii, potrafią zachwycić. Ale moje prawdziwe wzruszenie wzbudziły włączone w książkę kadry z filmów Mélièsa, reprodukcje jego szkiców, i oczywiście sam sposób subtelnego oddania sceny owemu prekursorowi filmowej bajki, w ciszy, na kartach tego rodzaju powieści graficznej. To piękny hołd. I wspaniałe wprowadzenie młodziutkich czytelników w historię kina. Dziś wchodzi do kin adaptacja Hugona w reżyserii Martina Scorsese. Już nie mogę się doczekać, choć boję się, że przeniesienie takiego przedsięwzięcia na ekran może je spłycić. Przekładanie, z biciem serca, kolejnych kart tej książki, to niepowtarzalne doświadczenie. Nawet jeśli to książka o filmie.

Nasza Księgarnia 2008

czwartek, 24 grudnia 2009

Chciałybyśmy Wam życzyć, świąt takich, jak w Bullerbyn.




| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi nastolatków o książkach
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione