o książkach dla dzieci i młodzieży

dla różnych

poniedziałek, 05 stycznia 2015

Jak wielu innych rodziców, od kiedy mam dzieci, sporo mnie kosztuje czytanie książek czy oglądanie filmów, w których jest mowa o krzywdzie wyrządzonej dzieciom lub zwierzętom. Moja odporność na te sprawy znacznie osłabła i nie widzę szansy na zmiany. Dlatego, chcąc nie chcąc, staram się omijać tego rodzaju fabuły. To duży kłopot, mój zawód wymaga ode mnie oglądania bardzo różnych filmów, moje zainteresowania wymagają czytania rozmaitych książek. A ja nie bardzo sobie daję radę nawet z „Królem Lwem”.

Dlatego lektura „Jedynego i Niepowtarzalnego Ivana” była dla mnie doświadczeniem traumatycznym. Niemniej, przeczytałam go jednym ciągiem, w skrajnych nerwach, z poczuciem, że muszę jak najszybciej pochłonąć całość, a jeśli na końcu nie stanie się coś dobrego, to chyba nie dojdę do siebie. I kiedy już dotarłam do końca, zdałam sobie sprawę, że większą tragedią było dla mnie nie to, co przeczytałam o zwierzętach, ale raczej to, co przeczytałam o ludziach. Nawet jeśli nie było to żadnym zaskoczeniem.

Otóż historia jest taka: Ivan jest gorylem, który jako maluch został porwany z rodzinnej dżungli. Kupił go niejaki Mack, wychowywał jak ludzkie dziecko, a kiedy przestał nad nim panować, zamknął go w szklanej klatce jako atrakcję w centrum handlowym, usytuowanym przy zjeździe z autostrady. Ivan przeżył tam wiele lat. Nie myślał już o życiu przed porwaniem, swoją sytuację przyjmował apatycznie, starając się jakoś przeżyć kolejne tygodnie i zabijając czas oglądaniem telewizji. W zachowaniu równowagi pomagali mu przyjaciele: zbłąkany psiak Bob, mieszkająca w sąsiednim boksie chora słonica Stella oraz mała dziewczynka, Julia, córka sprzątacza, który co noc pojawia się w centrum handlowym. Ivan znajduje ukojenie także w rysowaniu, intuicyjnie wie, że sztuka może stanowić ujście nie tylko dla emocji, ale i dla myśli. Mack sprzedaje jego rysunki w pobliskim sklepiku, te oprawione w ramkę drożej.

I tak to się toczy aż do momentu, kiedy w klatce Stelli nie pojawia się nowa, malutka słoniczka, Ruby. To chwila, w której sytuacja się odwraca, a Ivan, nie będąc w stanie pogodzić się z tragedią maleńkiej sąsiadki, podejmuje wyzwanie, które odmieni życie wszystkich zaangażowanych w ten dramat. Na szczęście dla mnie – na lepsze, przynajmniej dla zwierząt.

To historia do pewnego stopnia oparta na faktach, bo autorka, Katherine Applegate, opisała w niej losy prawdziwego goryla, który spędził w klatce prawie 30 lat, nie znając żadnych innych przedstawicieli swego gatunku. Applegate przyjęła dość karkołomną strategię – przedstawiła tę historię z perspektywy samego Ivana. To zabieg niebezpieczny, bo ułatwia pisarzowi szantaż emocjonalny. Taka antropomorfizacja jest mocno dyskusyjna,bo przecież zwierzęta nie są ludźmi, nie czują i nie postrzegają świata tak jak ludzie. Ale mam wrażenie, że autorce udało się jakoś wybrnąć – być może dlatego, że jej książka opowiada w zasadzie nie o tym, co czują i myślą zwierzęta, ale o tym, co straszliwego potrafi zrobić, całkiem bezmyślnie, człowiek. Applegate pisze zresztą w posłowiu, że sytuacja prawdziwego Ivana, pierwowzoru bohatera książki, zmieniła wraz ze stanem wiedzy na temat potrzeb i psychologii naczelnych. Oczywiście, rozmowy między gorylem, psem i słoniami, to efekt pracy wyobraźni autorki, chwyt być może konieczny w książce dla dzieci. Niemniej całość brzmi dla mnie wiarygodnie i bez przesady. Także dlatego, że Applegate znalazła dla tej historii specyficzną formę – krótkie, mocne zdania, jak urywki myśli, rozdzielone pauzą, graficznie oderwane od siebie. Dzięki temu historia ta, przy całym swoim dramatyzmie, staje się lakoniczna i taka mocna.

Na tyle mocna, że nawet nie wiem, jakim dzieciom mogłabym ją polecić. Trzeba ją przeczytać, bo tak radykalne ustawienie wrażliwości na pewno ma sens. Ale ja, która nie potrafię obejrzeć spokojnie „Króla Lwa”, zupełnie nie wiem, co z tym dramatem świata zrobić.

 

Wydawnictwo CzyTam, 2014, książkę dostałam od wydawcy 



niedziela, 30 listopada 2014

Odświeżam sobie jedną z ulubionych lektur późnego dzieciństwa "Sceny z życia smoków" Beaty Krupskiej. Czekałam na wznowienie, bo mój egzemplarz przepadł na "cmentarzysku pożyczonych książek".

To tytuł, który bardzo długo pozostawał na szczycie listy najbardziej pożądanych do wznowienia. Myślę, że grono jego fanów jest bardzo szerokie. Na allegro wydanie z roku 1987 osiągało cenę nawet ponad 100 złotych i byli tacy, którzy kupowali, by przypomnieć sobie radość czytania scen.

"Sceny z życia smoków" to dobry wstęp do scenariusza serialu dla dzieci - i taki powstał, myślę, że nowe podejście do tej książki i nowa animacja spotkałaby się z aplauzem publiczności. Siłą książki są błyskotliwe dialogi i wyraziści bohaterowie - smocze indywidualności i ich znajomi z lasu. Łatwo jest mi przypomnieć sobie teraz, dlaczego pamiętałam tę książkę jako wyjątkową.

Po pierwsze poziom absurdu jest absurdalnie wysoki i to cieszy: "Smok Zygmunta usiadł i zagrał na saksofonie. Powietrze wypełniło się pomarańczowymi motylami i zielonymi nietoperzami, za którymi gonił Łysy Pies."

Po drugie ta książka jest doskonała towarzysko - książka imprezowa, można powiedzieć dzisiaj. Siedzieliśmy ze znajomymi i czytaliśmy głośno śmieszne fragmenty. Niektóre cytaty ze smoków utrwaliły się na tyle, że stosowano je w naszej paczce przy najróżniejszych okolicznościach. Jeśli tylko, ktoś skarżył się, że jest nielubiany, dostawał fragmencik: "Nikt w lesie nie lubił Żaby. Żaba była zielona, miała pryszcze na plecach i wyłupiaste oczy. Lubiła mówić o sobie i ciągle się chwaliła. Ale najgorsze było to, nikt nie chciał się z nią ożenić." Bawiliśmy się też prowadząc smocze dialogi: "- To cztery. - Co cztery? - Nic. - Dobra odpowiedź." A pytanie o godzinę często zamienialiśmy na pytanie o gadzinę. "Na polanę wszedł Wincenty Smok - Która gadzina?!!- zaryczał. - Nie gadzina a godzina - poprawił go Smok Zygmunta. - Cicho!!! Powtarzam: która gadzina nadepnęła mi rano na odcisk?! - ryczał Wincenty."

Testuję teraz na moich czwartoklasistach i ich też potrafi rozbawić niejeden smok.

Wydawnictwo Prószyński i ska, 2014, książkę dostałam od wydawcy

piątek, 14 listopada 2014

Lubię ten moment, kiedy świat dowiaduje się, kto otrzymał literacką nagrodę Nobla a ja mogę powiedzieć, że czytałam jego książkę. Tak było w tym roku. Po "Katarzynkę" Modiana  sięgnęłam w dzieciństwie z powodu Sempego i jego ilustracji do "Mikołajka". Miałam nadzieję, że tytułowa bohaterka będzie taką rozrabiarą jak jej francuski koleżka. I chyba byłam lekko rozczarowana na początku. Bo Katarzyna nie rozrabiała. Ani odrobinę. Ale już chwilę później poczułam bratnią duszę w bohaterce tej kameralnej opowieści, bo ona zamyślała się, rozmarzała i nosiła okulary, tak jak ja.  Posłuchajcie fragmentu.

"- Będziesz musiała tańczyć bez okularów - usłyszałam od nauczycielki tańca.

Z początku zazdrościłam koleżankom, które nie nosiły okularów. Dla nich wszystko było proste. Lecz po namyśle doszłam do wniosku, że mam nad nimi przewagę: mogłam żyć w dwóch światach zależnie od tego, czy nosiłam okulary, czy też nie. A świat tańca nie był rzeczywistym życiem, lecz był to świat, w którym zamiast zwyczajnie chodzić tańczyło się albo wykonywało entrechats. Tak, świat z marzeń, taki nieostry i delikatny, który widziałam bez okularów."

Ja zazdrościłam Katarzynce, i Paryża, i Nowego Jorku. Oba miejsca wydawały mi się zupełnie magiczne z perspektywy peerelowskiej Ostrołęki, która, bądźmy szczerzy, nawet gdy zdjęłam okulary, nie wyglądała jak z marzeń

Teraz wróciłam do tej opowieści i odkrywam na nowo, że nie ma w niej wiele jest akcji. Z perspektywy dzisiejszego dziecięcego czytelnika nie dzieje się nic. Ot, wspomnienia z dzieciństwa, kameralna historia, pełna niedopowiedzeń, w której najważniejszą postacią jest ojciec. Podobny do Katarzynki, rozmarzony okularnik dzieli się  z córką swoją prawdą o świecie. Może i wy chcecie ulec jego zapewnieniu, że "świat nie jest taki zły", bo kto by nie chciał?

Wydawnictwo Czuły Barbarzyńca, 2009, kupiona

niedziela, 06 kwietnia 2014

Wierzcie lub nie, ale mój dziadek był najprawdziwszym warszawskim cwaniakiem, czyli ulicznym urwisem. To on nauczył mnie, że Warszawa miała kiedyś swój własny język, czyli gwarę warszawską, swoje piosenki, wierszyki i powiedzonka. Była zupełnie innym miastem niż to, które znamy dzisiaj. Jeśli chcesz, trochę Ci o niej opowiem.

Tak zaczyna swoją książkę Maria „Mroux” Bulikowska, a potem już opowiada. O antkach i andrusach, o sałaciarzach, fiorajach i majdaniarzach, o stołecznej modzie, taksówkarzach, czyli o tym wszystkim, czego już nie ma, a co było istotą klimatu tego miasta.

Jestem z Warszawy, tak jak i moi rodzice, babcie i prababcie, i być może i ich rodzice. Losy miasta były jakie były, losy pamięci też. Nie wiem, gdzie była kawiarnia prowadzona przez moją prababcię, nie wiem gdzie stał szpital, w którym pracowali moi dziadkowie podczas Powstania Warszawskiego. Urodziłam się w 1977 roku, więc ich miasto, a nawet miasto z tuż powojennego dzieciństwa mojej mamy, to dla mnie miejsce tylko opowiedziane. Nigdy go nie widziałam. Gwarę warszawską słyszałam tylko w wykonaniu wujka urodzonego w 1930 roku (głównie niecenzuralne wierszyki). Czasem jeszcze słyszę charakterystyczną miękkość w sposobie mówienia taty. No, ale gwara warszawska to już przeszłość, można o niej opowiadać w bajkach.

„Mała książka o gwarze warszawskiej” była dla mnie lekturą przede wszystkim poruszającą. Nie wiem, kiedy przeczytam ją z córkami (3,5 roku, 1,5 roku), na razie czytałam z mamą. Wylazły z zakamarków pamięci jakieś opowieści cioć i babć o warszawskich ulicach, zwyczajach, kulinariach. Zrobiłam mamie test na znajomość klasycznej warszawskiej kuchni (katolik z cebulką, kawior, cynaderki z kaszą) i tylko patrzyłam, jak coraz bardziej się wzrusza, rozpoznając świat dzieciństwa.

Autorka doskonale to wzruszenie łączy z humorem, jest rzeczowa i powściągliwa, a jednocześnie do swojego tematu podchodzi z czułością. Nie ma tu nachalnej propagandy etosu warszawskiego, jest za to cwaniacki urok. Być może wrażenie to potęgowane jest przez ilustrację przedstawiającą mieszkańców Warszawy jako zwierzęta – koty, króliki, psy czy gęsi, rysowane kreską mocną, ale jednocześnie miękką. Rysunki są tu właściwie czarno-białe, tylko okazjonalnie podkolorowane kredką (przez co mogą nieco przypominać cykl o przygodach Gąski Balbinki). To w sensie dosłownym ilustracje tekstu, bardzo mocno z nim sprzęgnięte, dzięki czemu właściwe proporcje i sens tej książki – jakby nie było edukacyjny – zostały zachowane. To jednak nie leksykon czy encyklopedia. Raczej opowieść kogoś, kto pamięta, w cudownie prosty i komunikatywny sposób tłumacząca rzeczy nie tak znowu oczywiste: jakie są zawiłości i niuanse brzmienia warszawskiej gwary, jaki jest źródłosłów pewnych słówek, też już przecież zapomnianych.

Dla małych Warszawiaków to spora porcja wiedzy o ich małej ojczyźnie i niebanalna lekcja lokalnego patriotyzmu. Może nawet miłości – pobrzmiewającą tak słodko w uczuciu, jaką wszystkie parzygnaty darzyły warszawskich strażaków.

No i rzecz fantastyczna: przepis na pańską skórkę.

 

Babaryba 2013 (książka kupiona przez nas dla nas)



piątek, 14 marca 2014

Architektka, inżynierka, kosmonautka, pastorka, pilotka, prezydentka, arcymistrzyni szachowa, chemiczka, generałka, mistrzyni Formuły 1, neurochirurżka, prezeska banku – dla jednych słowa absurdalne, wydumane, wciąż nieoswojone, wymyślone pod presją poprawności językowej (komputer podświetla mi większość z nich jako niepoprawne). Dla innych słowa-postulaty, ważne i mocne, efekt mozolnego odzyskiwania języka dla kobiet. Ja jestem gdzieś pośrodku, choć moje ewentualne obiekcje wiążą się raczej z kwestią brzmienia i języka, a nie poglądu na miejsce kobiet w tym języku.

Ale tym razem nie mam problemu z brzmieniem form żeńskich (a robiłam sobie takie ćwiczenia, zastanawiając się, jaka mogłaby być żeńska forma „dobroczyńcy” - przyjmuję wszelkie sugestie). Nawet „pilotka” - słowo oznaczające dotąd czapkę pilota – przestała mi przeszkadzać i zaczyna w moim umyśle funkcjonować jako znacznie zgrabniejsze określenie niż kobieta-pilot. Co tylko dowodzi, że naprawdę zmienia się i język, i nasze podejście do niego.

Książka Kosmonautka, napisana przez Piotra Wawrzeniuka (doktora historii od wielu lat mieszkającego w Szwecji), ma walor głównie edukacyjny, ma promować pozytywne wzorce: nie ma zawodów niekobiecych, kobieta może spełnić się w każdej profesji. I nie musi się posiłkować nazewnictwem w męskiej formie, ma prawo do własnych nazw. Ale, jak to zwykle z edukacyjnymi przedsięwzięciami bywa, takie projekty mają charakter dość życzeniowy. Głęboko wierzę w powinności feminizmu i w wizję równouprawnienia, ale kiedy czytam o prezydentce i generałce i próbuję je sobie zwizualizować w polskiej rzeczywistości, nie bardzo mi to idzie (na szczęście nie mam tego problemu z neurochirurżką, inżynierką czy arcymistrzynią szachów). To oczywiście nie jest wina autorów, ale świata, w jakim żyjemy. Nie mniej mam poczucie, że mówimy o postulatach, a nie o realnej sytuacji. A żeby „prezydentka” zaczęła w Polsce znaczyć coś realnego, trzeba wypełnić lukę między rzeczywistością jaka jest, a tą docelową, pokazać możliwe ścieżki do niej. Potrzeba wielu, bardzo wielu różnych mądrych książek. I ludzi, którzy będą chcieli je czytać. Także tych książek, które będą mówić o tacie, który po powrocie do domu zmywa naczynia i gotuje obiad albo który pracuje w przedszkolu.

Ale niech będzie, język jest przecież niezwykle ważny, kształtuje nas i świat wokół, a kropla drąży skałę. Dodatkową wartością książki są króciutkie teksty odnoszące się do każdego z zawodów - każdy kryje w sobie językowe gry. Mama inżynierka, która pracuje nad projektami samochodów, jest prostolinijna i nie lubi przekrętów. Rodzina mamy architektki, która rysuje mosty i domy, w niedziele buduje dobre wzajemne relacje. Nie wszystkie te gry z językiem mają w sobie równą subtelność, ale sam pomysł żonglowania wieloznacznością i pokazania, jak przenikają się różne porządki, bardzo mi się podoba.

Rysunki Doroty Wojciechowskiej, choć same w sobie ładne, wydają się raczej ornamentami niż ilustracjami. Realistyczne szkice, bardzo oszczędne kolorystycznie, miałyby większą siłę rażenia, gdyby były albo bardziej autonomiczne, działały przez kontrę do tekstu, albo gdyby kryły w sobie jakąś narrację. W takiej formie w zestawieniu ze słowem, wypadają nieco blado.

To, nomen omen, prostolinijna książka, nie wykorzystująca jednak potencjału, jaki stanowi temat językowego równouprawnienia płci. Brakuje mi tu brawury, większego zdecydowania. Jeśli jej misją jest zaproponowanie dzieciom wzorców, by – jak głosi opis na okładce – „w przyszłości odważnie sięgały po swoje marzenia”, powinna te dzieci zawojować. Z odwagą, jakiej dzisiaj potrzebują nie tylko dziewczynki, dziewczyny i kobiety, ale i chłopcy oraz mężczyźni, żeby wyjść poza skostniałe, ale wciąż dominujące schematy.

Poławiacze Pereł 2014 (książka udostępniona w zaprzyjaźnionej księgarni BADET)



środa, 29 stycznia 2014

Dziś na blogu gościnnie recenzja Ilony Iłowieckiej - Tańskiej. 

Och! Jak ja bardzo lubię, kiedy ktoś opowiada o naukowcach, przedsiębiorcach i odkrywcach w taki sposób, że każdy z bohaterów opowieści staje się bohaterem po prostu! Jak bardzo lubię, kiedy ktoś umie opowiadać o niezwykłych Polakach bez patosu, za to wprawiając w prawdziwą dumę! I jakże mi smutno, że tak mało jest książek na ten temat, które trafiałyby w wybredne gusta młodych czytelników! Rozmawiałam o smutku niedostatku takich książek z kolegami z zacnej instytucji edukacyjnej a tu - proszę! Wydawnictwo Dwie Siostry wydało „Pionierów, czyli poczet niewiarygodnie pracowitych Polaków”! 

Zachwyciłam się. Bo w tej książce wszystko jest mądrze pomyślane i pięknie wykonane. Mądry jest dobór bohaterów – od Jana z Kolna (dla niewtajemniczonych – żeglarz, który dotarł do Ameryki przed Kolumbem!), poprzez Ignacego Domeykę (złoża naturalne i reforma edukacji w Chile), Czesława Tańskiego (lotnia!), Helenę Rubinstein (twórczyni przemysłu kosmetycznego), Henryka Arctowskiego (tak, to ten od Antarktydy) po Jacka Karpińskiego (twórcę pierwszego polskiego komputera) i Wandę Rutkiewicz. Dwudziestu trzech bohaterów to dwadzieścia trzy krótkie opowieści o odwadze, pomysłowości, oddaniu marzeniom, pasji – i pracowitości. Marta Dzienkiewicz pisze stąpając po cienkiej granicy między opowieścią a dydaktyzmem, balansując między anegdotą a historią – i granicy tej udaje jej się nie przekroczyć. Mają „Pionierzy” staroświecki wdzięk opowiastki dydaktycznej, w której cnoty prowadzące bohatera do zwycięstwa są nazwane wprost a zasługi – wyliczone. Ale też barwność opowiadanych historii góruje nad moralizatorstwem a poczucie humoru – nad patosem. „Pionierzy” są też wyjątkowo urodziwi. Ilustracje Joanny Rzezak i Piotra Kurskiego wyglądają jak linoryty, które tworząc z tekstem opowieści kolaże, przenoszą czytelnika w przeszłość. Jakie kocie są koty Kazimierza Funka! Jak zimowo-bajkowe renifery Marii Czaplickiej! A jak podejrzliwie patrzy drugi pingwin od prawej Arctowskiego! Mądry prezent dla bystrego ośmiolatka.

Wydawnictwo Dwie Siostry, 2013

Książkę kupiłam najpierw w prezencie dla Ilony a potem dostałam z Wydawnictwa. 

czwartek, 16 stycznia 2014

Zastanawiałam się, dlaczego Hilda jest takim fantastycznym dzieckiem. Myślałam, myślałam i doszłam do wniosku, że właśnie dlatego, że nie dziewczynką, która jest "dziewczyńska" albo dziewczynką wbrew "dziewczyńskości". Jest po prostu dzieckiem – niezależnym, pełnym własnych pomysłów, mocnym i samodzielnym. Hilda mieszka z mamą, uwielbia w deszczowe noce spać w namiocie, niewyspana lubi zjeść porządne śniadanie czy ruszyć w pobliskie góry i pustkowia, żeby szkicować skały, czyta książkę o trollach, choć nie chce jej się doczytać jej do końca. Rządzi swoim światem, bywa nieuprzejma, ma w sobie dzikie zamiłowanie do przygód. I to jest pierwszy z powodów, dla których mogę czytać naszej Mariannie „Hildę i Trolla” raz za razem, wieczór za wieczorem. Bo Hilda to prawdziwy wzór do naśladowania. Dziecko w czystej postaci.

Ale tych powodów jest więcej. Luke Pearson stworzył książkę piękną i pełną fantazji. Nie wiem na ile wiarygodne są tu odniesienia do skandynawskiej mitologii czy bestiariusza, to nie ma zresztą żadnego znaczenia. Ważne, że otoczenie domu Hildy – góry, skaliste przestrzenie i wartkie rzeki tworzą świat, w którym każde dziwaczne stwory, duchy i olbrzymy mają swoją rację bytu: Drewniak – stworzenie z pniaka, które lubi wpaść niezapowiedzianie do domu Hildy i wygrzewać się blisko kominka, Rożek – ukochany „zwierzak” Hildy - coś pomiędzy kotkiem, jelonkiem i wiewiórką, futrzaste krągłe istoty latające nad szczytami gór, wodne duchy, błądzące wśród fiordów. Hilda czuje się wśród nich całkiem swojsko, my w zasadzie też. Tylko trolle budzą w niej grozę. No, ale jak podaje fachowa literatura, rozzłoszczony troll może nawet odgryźć człowiekowi głowę. To nie tak, że Pearson kreuje świat niesamowity – tu nie ma tajemnicy. A dla Hildy to otoczenie naturalne. Jak się okazuje, dla mojej Marianki też.

No i kolejna sprawa: to piękny komiks, pięknie też wprowadzający moją 3,5-letnią córkę w świat komiksu (choć przerobiła po swojemu kilka Tytusów). Pearson nie szarżuje z rysunkiem, jest oszczędny w barwach i kresce, a to lubimy. „Hilda i Troll” to książka konsekwentna kolorystycznie, nasycona złamanymi błękitami i brązami. Tekst na okładce zestawia Pearsona z Hideo Miyazakim. To miłe porównanie, nie odbierające jednak temu pierwszemu autorskiego rysu. Dziwaczne istoty otaczające Hildę rzeczywiście mają w sobie niezwykłą miękkość, a pustkowie klimat pustkowia - być może w duchu japońskiego artysty.

Są tu momenty otwierające fabułę na „coś więcej”. Wyznanie Drewniaka, że zbyt dobrze zna swoją chatkę, by się w niej odprężyć; rozważania Hildy, dokąd trafi Wodny Duch i czy to w ogóle jest ważne. Ale Marianna nie zadaje pytań. Albo nie rozumie, albo nic a nic jej to nie obchodzi, albo to dla niej całkiem naturalne sprawy.

Na ostatnim rysunku widnieje pokój Hildy. Rysunki przyklejone do ściany, rozrzucone ubrania, figurki trolli. Byłoby fajnie, gdyby pokoje moich córek wyglądały kiedyś podobnie.

Centrala (Seria: Centralka. Komiksy dla dzieci mądrych rodziców), 2013

(książkę kupiłam)



poniedziałek, 02 grudnia 2013

Rysowanie drzewa genealogicznego, z odgałęzieniami sięgającymi wieki wstecz, nigdy nie wydawało mi się zajęciem godnym uwagi. Wśród moich przodków brak postaci, które zapisałyby się w rodzinnych przekazach: ekscentryków, szalonych wynalazców albo przynajmniej członków wędrownej cyrkowej trupy. Żyłabym dalej w przekonaniu, że moi praprapra i jeszcze więcej pra- dziadkowie i babcie, nawet jeśli byli osobami interesującymi i niezwykłymi, odeszli w całkowite zapomnienie, gdyby nie Michał Rusinek.

Po co z mozołem wypełniać białe plamy na genealogicznych gałęziach, skoro można pobawić się w domysły i radośnie pofantazjować? Jeśli ktoś ma do tego poczucie humoru oraz lekkość pióra i kreski (jak rodzeństwo, Michał i Joanna Rusinek) wychodzi z tego majstersztyk literatury dla dzieci.

Na najniższej gałęzi drzewa genealogicznego Rusinków siedzi oczywiście małpa, potem jaskiniowiec, pojawia się też Wiking, druid, święta i muszkieter. Trochę późniejsze epoki reprezentują pirat, astronom, połykacz ognia a także porywacz i porywaczka, kinooperator, brydżystka i stewardesa. Wciągnięta do zabawy przez Rusinka, stwierdziłam, że na moim drzewie genealogicznym posadziłabym chętnie rozbójnika, hiszpańską infantkę, szansonistkę i łyżwiarkę figurową.

„Wierszyków rodzinnych” Rusinka nie ma potrzeby zachwalać. Są jak zwykle błyskotliwe, dowcipne, anegdotyczne, kiedy trzeba - z drugim dnem. Ilustracje - chyba jeszcze lepsze niż w „Wierszykach domowych” - humorystyczne, dopowiadające kolejne historie do tekstu. Nie chcę przesadzać w pochwałach, ale na naszej półce książki Rusinka zajmują to samo miejsce co wiersze Tuwima, Brzechwy i Wawiłow.  

Znak 2013, książkę dostałam od wydawnictwa

wtorek, 23 lipca 2013

 

No właśnie. Ciekawe, co myśli o tym królowa. Z uroczo absurdalnej pozycji Pawła Mildnera z pewnością się tego nie dowiecie. 

Kartonowa książka jest debiutem wrocławskiego rysownika, który, jak czytamy na stronie wydawnictwa, fascynuje się grafiką z połowy XX wieku i międzynarodową sceną graffiti. Fascynacje te są widoczne w jego książce. Graficznie mnie kupił. Mam wrażenie, że Paweł Mildner sam dobrze się bawił przy tworzeniu tej książki i jego pracę traktuję jak zaproszenie do zabawy.  Absurd jest mi bliższy niż realistyczne wyczekiwanie na narodziny królewskiego potomka. Zatem:

"Słyszycie muzykę? Pokręćmy pupami. Ten robot ma kłopot z jedzeniem sztućcami."

Wydawnictwo Dwie Siostry, 2013, książkę dostałam od wydawcy

środa, 17 lipca 2013

Rozstaliśmy się ze szkolnymi lekturami. W końcu czytamy co chcemy. Ignacemu "Harry Potter i Zakon Feniksa" pomaga przetrwać wieczory na pierwszym obozie. Pola chichocze przy "Pamiętniku grzecznego psa". Drugą część kilkunastotomowej sagi o Wampirku ("Wampirek przeprowadza się") czytamy wspólnie wieczorami. Nie jest to wybitna książka, ale można połknąć z przyjemnością. Na deser - "Pięcioro dzieci i coś", w nowym - starym wydaniu. Ja zabrałam ze sobą powieść Pamuka, reportaże z turystycznych rajów i opowiadania Alice Munro. Moim zdaniem idealnie dobrany wakacyjny zestaw.
A wy, co czytacie w lesie, na plaży, pod namiotem, w hotelach, pociągach i samolotach?
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi nastolatków o książkach
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione