o książkach dla dzieci i młodzieży

ku przestrodze

czwartek, 13 marca 2014

Dawno nie czytałam tak słabej książki dla nastolatków. Zdecydowanie szkoda czasu. 

Z okładki: "Piętnastoletnia Wisty i siedemnastoletni Whit Wszechdobrzy zostają porwani z domu rodziców przez funkcjonariuszy zbrodniczego reżimu o nazwie Nowy Ład, na czele którego stoi Ten Który Jest Jedyny." Zapowiedź nie brzmi jeszcze tak całkiem źle. Im dalej, tym gorzej. Rodzeństwo zostaje porwane do więzienia o zaostrzonym rygorze, które przypomina szpital psychiatryczny. Cele, paralizatory w ręku monstrualnej siostry przełożonej, tortury, przemoc - treści z pewnością kierowane są do nastolatków, tymczasem sposób konstruowania świata przedstawionego może raczej przemówić do niewyrobionego czytelnika w wieku lat 8-10.

Bohaterowie zostają porwani z rodzinnego domu, bo są podejrzewani o zdolności magiczne. Oboje mają zostać zgładzeni, gdy tylko osiągną pełnoletność. Trudno uwierzyć w potęgę i powagę zbrodniczego reżimu, jako że w więzieniu zamykają ich we wspólnej celi a z domu mogą zabrać ze sobą po jednym pamiątkowym przedmiocie. Wisty dostaje od mamy pałeczkę perkusisty a Whit niezapisaną książkę. Trudno uwierzyć też, że inteligencja bohaterów mieści się w normie. To, do czego służą przedmioty, odkrywają po 100 stronach historii. Średnio rozgarnięty siedmiolatek rozpozna czarodziejską różdżkę i magiczną księgę w kilka sekund. Doprawdy autorzy nie zadbali nawet o skromną dozę prawdopodobieństwa. Świat przedstawiony zbudowany niechlujnie, po łebkach, ledwie z grubsza. Uproszczenia i skróty idą tak daleko, że czytelnik musi poczuć się, jak idiota. A czytelnik nastoletni bardzo tego nie lubi.

Nie wierzę, że książkę napisał James Patterson. Dla mnie wygląda tak, jakby napisał ją kiepski boot. 

Wydawnictwo Albatros, 2014, dostałam od wydawcy

wtorek, 02 października 2012

 To nie jest żaden nowy Mikołajek. Nie dajcie się nabrać.

"Najnowsze przygody Mikołajka" wypadają okrutnie blado. Nic dziwnego, w końcu dostajemy coś w rodzaju ksero z ksero.

Książka powstała na podstawie serialu animowanego, który powstał na podstawie książek o Mikołajku Goscinny'ego i Sempego. Może określenie na motywach byłoby lepsze, dodajmy jeszcze na motywach treści, bo animacja odległa jest od oryginalnych ilustracji. Opowiadania zebrane w tym tomie to streszczenia dziesięciu odcinków serialowego Mikołajka. To nie jest literatura - tekstu niedużo i w dodatku toporny, nie został podzielony na akapity, co przy tendencji twórców do skrótów dodatkowo burzy spójność. Za zaletę można by uznać wielkie litery dobre do pierwszych prób samodzielnego czytania, tylko trzeba by mieć powód, żeby podsunąć dziecku tę książkę.

Wiem, że są dzieciaki, którym serial się podobał. Nie widzę jednak wielkiego sensu, by zamiast oryginalnych przygód Mikołajka serwować im książkę na motywach motywów. Lepiej włączyć dvd raz jeszcze. 

Wydawnictwo Znak Emotikon, 2012

sobota, 05 czerwca 2010

Piszę ku przestrodze.

Myślę, że wiele osób ucieszyło się na myśl, że pojawi się "Konik Garbusek" Jerszowa  z ilustracjami J. M. Szancera.  "Konik..." się ukazał, niestety w nowym tłumaczeniu. Ten nowy przekład  - moim zdaniem  - dużo gorszy.
Ilustracje zostały te, które pamiętamy, przepiękne ale tekst... szkoda gadać, nawet nie o to chodzi, że to proza, ale marnie się czyta, bo niektóre rymy zostają i człowiek nie łapie rytmu, który był znakomity w przekładzie Igora Sikiryckiego. Teraz człowiek czytając się potyka o słowa, o nieregularnie pojawiające się rymy, i o własną irytację, że to do diabła nie to. Wybaczcie emocje.

poniedziałek, 17 maja 2010

Nie jestem pewna, czy wydawca wiedział, do kogo skierować tę książkę. Tytuł, morały niektórych wierszy i wyraziste ilustracje Tomasza Brody, podpowiadają, że adresatem są dzieci. W takim razie dlaczego autor szpikuje wiersze zwrotami trudno zrozumiałymi dla najmłodszych (np. dolce vita, a rebours czy łagier)? Gdyby to była jedyna wada tej twórczości, to pal licho, niech od maleńkości dzieci poszerzają zasób słów. Mój sprzeciw budzi jednak opracowanie pewnych tematów.

Bohaterami tej książeczki są zwierzęta. Zbigniew Machej lubi przedstawiać świat przyrody w odwróconej perspektywie - oddaje np. głos wilkowi z Czerwonego Kapturka lub pochyla się nad robakiem wydziobywanym przez dzięcioła. Ale z wielu wierszy przebija makabreska i okrucieństwo. Co powiecie na przygodę wróbelka, który zginął uduszony w plastikowym worku? Opisaną frazą jak z księdza Baki:

„Serce wróbla tłucze,

dech zamiera

a wszystko wyje

jak cholera.”.

Albo na opowiastkę o krowie w zimie, która czeka na ubój i czuje się jak w „łagrze przemysłowym”? Lub robaczku, którego dzięcioł łupie „seriami jak z kałasznikowa”?  Po tych historiach ślimaki, pozostawiające smarkowe ślady, kocie siki, które spaskudziły ogródek, czy śmierdzące wody Wisły nie zrobiły już niemal na mnie wrażenia. Chyba rozumiem zamysł autora - chodziło o stworzenie niezakłamanego obrazu świata przyrody. Doceniam filozoficzne przesłanki i cytaty z literatury dziecięcej. Ale szczerze odradzam tę lekturę dzieciom.

Szkoda tych kilku wierszy, w których Machej po mistrzowsku bawi się słowem i autentycznie zabawnych fraszek. Jak ta:

„Trzy wszy przyszły

do przedszkola

lecz wykryła je

kontrola grzebieniowa”

poniedziałek, 15 lutego 2010

Nie wiem jakim cudem udało się sknocić tak świetny pomysł. „Marek – chłopiec, który miał marzenia", jest pierwszą z serii opowieści o dzieciństwie sławnych ludzi. Kto jak kto, ale Marek Kamiński, podróżnik, pierwszy człowiek w historii, który zdobył oba bieguny ziemi w ciągu roku, nadaje się do tego cyklu wyjątkowo. Niestety, opowieść o jego dzieciństwie jest tak okropnie nudna, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy na pewno czyta historię TEGO Marka Kamińskiego.

Problemem jest rozwlekła narracja, sztywny język. Cały rozdział poświęcony miasteczku Połczyn-Zdrój, w którym urodził się Kamiński, czyta się jak lekko tylko zmodyfikowany opis z przewodnika. Raził mnie dydaktyzm niektórych fragmentów, nieznośnie sztuczny w tej opowieści, w której czeka się na przygodę.

Spodziewałam się wartkiej akcji, jakiegoś nawiązania do Tomka Sawyera albo choćby  Wilmowskiego. I niech nikt mi nie mówi, że życiorys Marka Kamińskiego, chłopca, który w liceum popłynął samodzielnie statkiem do Danii jako członek załogi, a rok później podróżował już do Maroka, do takiej opowieści się nie nadaje. Ale ta historia w książce zajmuje jeden, przedostatni rozdział. Pozostałe kilkanaście czyta się jak pozytywistyczną z ducha czytankę.

Plus za ciekawe ilustracje Klary Wicenty, wykorzystujące fotografie z albumu rodzinnego bohatera.

wtorek, 19 stycznia 2010

5 powodów, z których nie warto czytać tej książki dzieciom

1. Zdrobnienia. Nie lubię, jak się mówi do dzieci sepleniąc: bułeczki, książeczki, stworzonka, domki.

2. Narracja. W krainie Tupliczków dochodzi do kradzieży jagód, przysmaku króla i królowej. Podejrzany jest Smok Amok. Tylko dlaczego opowieść się tak wlecze, krzewią się jakieś mało interesujące poboczne wątki, które do niczego nie prowadzą?

3. Intryga. Dawno się tak nie uśmiałam: smok w ogóle się nie pojawia, a seria pomysłów, jak go pokonać, kończy się pozostawieniem karteczki z uprzejmą prośbą, że ma być grzeczny.

4. Językowe wpadki. Po przeczytaniu całości wciąż nie wiem, co autorka miała na myśli pisząc o „zabudowanym smoczym jaju”.

5. Ilustracje. Tupliczki to takie swojskie smerfy, pstrokato tu i bez ładu.

Więcej nie będę się znęcać. Ignaś prosi: napisz, że ma ładną okładkę. No to piszę. Oceńcie sami.

piątek, 15 stycznia 2010


- To będzie mój rok - mówi z plakatów pomnik Fryderyka Chopina.

Zobaczymy. Książki dla dzieci, raczej mu w tym nie pomogą.
Zeszłoroczny "Mały Chopin" Michała Rusinka zupełnie mnie nie zachwycił, ale gładko przełknęłam i natychmiast o nim zapomniałam.
"Wieczorynki z Fryderykiem" wzbudziły większe emocje. Od pierwszych stron wiedziałam, że nie polubię tej książki. I do ostatniej zdania nie zmieniłam.
Pomysł na książkę jest taki, że mama opowiada sześcioletniej córce Ani wieczorem w odcinkach historie z życia rodziny Chopinów. Trzeba tylko umieć opowiadać, bo materiał jest bezsprzecznie ciekawy. A mama opowiada, jak słaba nauczycielka, która często popada w schematyzm (także językowo) i większą wagę przywiązuje do tego, żeby pouczyć niż opowiedzieć zajmującą historię. W czytaniu głośnym brzmi to bardzo fałszywie.
Na przykład na pytanie córki, czy Chopin po przeprowadzce do Warszawy był szczęśliwy, mama odpowiada: "Myślę, że tak, przede wszystkim dlatego, że miał dobrą, mądrą i kochającą go rodzinę. A poza tym w dużym mieście, w stolicy, za czasów dzieciństwa i wczesnej młodości Fryderyka działo się wiele interesujących wydarzeń. Warszawa piękniała i rozwijała się. My też mamy wiele możliwości rozwoju, uczestniczenia w pięknych koncertach i spektaklach teatralnych, bo żyjemy w tym samym mieście co Frycek." taki styl.
Często na siłę wymyślane są powiązania między współczesnym życiem rodziny Ani a wieczorynkami o kompozytorze. Koniecznie ma być pouczająco w obu warstwach fabularnych. Przykład: dziewczynka przeszkadzała rodzicom w przyjęciu, bo zakradała pod ich drzwi choć powinna spać. Mama następnego dnia tłumaczy, jak jej się nie podobało takie zachowanie i co w związku z tym? Płynnie przechodzi do historii o tym, że mały Frycek zakradał się do salonu by pouderzać w czarne i białe klawisze fortepianu. Było też o tym, ze owoce są zdrowsze od wafelków, bo mają witaminy. Dratwą to szyte.

Rok 2010 rokiem Chopina. W Japonii też, prawda? Chętnie bym zobaczyła jakąś porządną książkę dla dzieci o Chopinie, może być tłumaczenie.

czwartek, 01 października 2009

Kartonowa książeczka dla maluchów z serii Złote bajki Wydawnictwa EM.
Jak się ma czytać dziecku takie książki, to lepiej nie czytać wcale. Poważnie. Przykład literatury supermarketowej. To są małe książeczki, poręczne, w nich głównie obrazki, tekst tej historii to po parę zdań na pięciu stronach.  W takim uproszczeniu ukazał się cały kanon baśniowy. A także mniej znane historie wybrane spośród baśni z całego świata. Żadna baśń, tak wykastrowana, sprowadzona do poziomu kilku zdań towarzyszących kiczowatym ilustracjom, się nie obroni. 

Voila. Dostaliśmy historyjkę o tym, jak żółw chciał się zaprzyjaźnić z hipopotamem i słoniem, oni nie chcieli, bo był za słaby. No to ich pokonał z pomocą oszustwa. A jak przegrali, to się już chcieli z nim zakumplować.

Opowiedziana na poważnie mogłaby być to przypowieść o sprytnym żółwiu.  A w wersji uproszczonej (fabularnie i językowo) wyszedł koszmarek, od którego należy trzymać się z daleka.

poniedziałek, 07 września 2009

Język sugeruje, że książka skierowana jest do dzieci. „Co wolałbyś spotkać na swej drodze - warczącego tygrysa, czy malutką muszkę? Rekina ludojada, a może ślimaczka?” - pytają na wstępie autorzy. Treści, które pojawiają się dalej, absolutnie dla dzieci się nie nadają.

Informacje o egzotycznych, niebezpiecznych zwierzętach i garść porad praktycznych (jak unieszkodliwić octem parzydełka meduzy - swoją drogą, kto ma przy sobie ocet podczas kąpieli w morzu?) okraszone są fragmentami niczym z tanich horrorów. Pełne grozy wiadomości („ból trwa bez przerwy przez... 30 długich godzin”) dodatkowo wyróżnione są graficznie.

Najbardziej wstrząsnął mną rozdział zatytułowany „Trucizna zombi”. Opowiada o ludziach, którym podano truziznę z niebezpiecznych ryb, rozdymek. Ofiary takich eksperymentów zostają sparaliżowane i wyglądają na martwe. To wyjaśnienie zagadki żywych trupów zilustrowane jest wyciągniętą ręką próbującą się wydostać z ziemi usypanej pod krzyżem.

W tej samej serii wydawnictwo Zielona Sowa wydało również „Uwaga! Rekin!”, „Zombi jest wśród nas” i „To jest napad”. Będę się trzymać od tych książek z daleka.

| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi nastolatków o książkach
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione