o książkach dla dzieci i młodzieży

książki użytkowe

poniedziałek, 26 maja 2014

Życie jest opowieścią. Człowiek jest opowieścią. Wszystko kręci się wokół narracji. Jeśli potrafisz opowiadać, potrafisz lepiej zrozumieć siebie i innych. To są umiejętności nie do przecenienia we współczesnym świecie. W każdym innym zresztą też.

Niewielka kartonowa książka "Mali opowiadacze" to zaproszenie do rozwijania tych umiejętności. Autor na ostatniej stronie pisze tak: "Nazywam się Robert Romanowicz. Bardzo lubię malować obrazy i wymyślać do nich różne historie. Chciałbym, żeby moje malarstwo poruszyło też Twoją wyobraźnię i stało się początkiem wyjątkowych opowieści." Czujecie się zaproszeni? Obok obrazów, każda strona sąsiadka zawiera początki opowieści "Pewnego dnia..." "Gdy pojawiło się słońce..." "Pan Lisek...". Książka jest świetnie zaprojektowana, z dbałością o najdrobniejsze szczegóły. Piękne to zaproszenie do narracji.

Powszechne ubóstwo graficzne materiałów dydaktycznych i terapeutycznych sprawia, że gdy patrzę na książeczkę Roberta Romanowicza niemieję z zachwytu, bo wiem, że mogę ją wykorzystać w terapii, na zajęciach z dziećmi z opóźnionym rozwojem mowy i z grupy ryzyka dysleksji. Życzyłabym sobie wydania jej dodatkowo w formie oddzielnych kart a4, gdyż śmiało można ten materiał zaproponować dzieciom ze szkoły podstawowej, a mam wrażenie, że może je deprymować format książeczki wyraźnie wskazujący na młodszego odbiorcę.  Takie kartonowe książeczki są dobre dla maluchów ze żłobka i młodszych przedszkolaków. 

Wydawnictwo Tashka, 2014, kupiona na targach 

sobota, 16 lutego 2013

Rzadko na naszym blogu pojawiają się książki użytkowe. Po pierwsze kochamy literaturę, po drugie wiedza użyteczna zawarta zwykle w leksykonach, encyklopediach, słownikach jest dostępna w sieci (dla tych, którzy potrafią szukać). "Przysłownik" Katarzyny Kłosińskiej, mimo że nie jest powieścią czyta się świetnie a wiedzy o przysłowiach zgromadzonej w tym tomie nie znajdziecie tak łatwo  przeczesując internetowe strony.  

Hasło słownikowe jest rozbudowane. Ma jedną część z definicją znaczenia przysłowia i drugą, w której znalazło się wyjaśnienie dotyczące jego pochodzenia i używania. Informacje etymologiczne pokazują tradycje, dawne zwyczaje i mentalność Polaków. To barwne kawałki tekstu. Dodatkowo autorka opracowania zgromadziła synonimy i antonimy przysłów. Kłosińska pisze o tym, że przysłowia są zapisem uproszczonej i stereotypowej wizji świata. Funkcje indeksu słownika pełni ostatnia część słownika zatytułowana "Jak mówimy o:" Jest to ponowne uporządkowanie zgromadzonych przysłów w innym porządku niż według słów kluczy. Dostajemy więc zbiór sentencjonalnych wypowiedzi na temat kobiet, bogactwa, miłości czy obowiązku. Taki porządek jeszcze lepiej pokazuje stereotypy, które tkwią w naszej kulturze. 

Słownik kupiłam jedenastolatce, która przygotowywała się do konkursu o poprawnej polszczyźnie. Nadaje się do podczytywania dla przyjemności po kawałku. Spodobały nam się szczególnie te mniej znane przysłowia. Hitem w naszym domu stało się: Zakochanemu  i koza Dianą - bardzo stare (prawdopodobnie średniowieczne) polskie przysłowie, które powstało jako odpowiednik łacińskiego Quisquis amat ranam, ranam putat esse Dianam czyli w dosłownym tłumaczeniu "Kto kocha żabę, żabę uważa za Dianę".

Wydawnictwo Publicat, 2012

piątek, 17 czerwca 2011

Zbliżają się wakacje. Oprócz dobrej literatury do hamaka potrzebuję książek-zabawek, które zajmą towarzystwo w czasie długiej drogi pociągiem. (Do czego to podobne, żeby pociąg z Warszawy do Gdańska jechał ponad sześć godzin?) Takie książki przydają się też na działkę na letnie deszczowe popołudnia.

Szukałam w tym roku czegoś dla chłopców. Od zawsze jest większy wybór ubieranek dla dziewczynek. Można przebierać między wróżkami, gwiazdami estrady, księżniczkami. Nie ma jednak co narzekać, poszerzył się również wybór dla małych mężczyzn "Naklejkowe przebieranki. Rycerze" to zeszyt specjalnie dla nich. Ponad 200 naklejek z pełnym uzbrojeniem dla dziesiątek rycerzy z różnych epok i różnych krajów. Można sobie ubrać w płaszczyk Krzyżowca, wręczyć rycerzowi miecz treningowy, udekorować konia na turniej (albo zostawić to młodszej siostrze). Nie brakuje prostych kolczug, porządnych zbroi płytowych i ubrań na dworskie przyjęcie. W tej samej serii są też Sportowcy.

poniedziałek, 25 października 2010

Dobrze się czuję, mając taką książkę na półce. I to nie gdzieś daleko, schowaną w drugim rzędzie, ale pod ręką. Bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy człowiek zapragnie się dowiedzieć, w którym roku została odkryta Tasmania, kim był śmiałek, który jako pierwszy przeleciał nad Biegunem Północnym, kto odnalazł statek pirata Czarnobrodego, gdzie odkryto cmentarz gladiatorów, w jakich okolicznościach wynaleziono zmywarkę lub kto wymyślił (jakże przydatne podczas lektury tej ksiażki) karteczki samoprzylepne.

Takich informacji – a przynajmniej tak opracowanych, zwięźle, ale rzetelnie – nie znajdziecie w internecie. Wybór odkryć i wynalazków jest dość obszerny, podzielony został na kilka działów: odkrycia geograficzne i astronomiczne, naukowe i biologiczne, wynalazki ułatwiające podróż (dziwacznie przetłumaczone jako „wynalazki, aby łatwiej podróżować") i życie (to mój ulubiony dział - historia wynalazków takich jak papier toaletowy, odkurzacza, mrożonek czy rzepów).

Jeśli dzieci zamęczają was pytaniami, kto wynalazł klocki lego lub w jakich okolicznościach znaleziono pierwszego tyranozaura, ta książka pomoże wam szybko znaleźć odpowiedź. 

środa, 07 kwietnia 2010

Trochę zniechęca mnie do tej książki okładka.

Marcin Brykczyński podjął się heroicznego zadania przełożenia zasad ortografii na mowę wierszowaną. Książka jak słownik, podzielona jest tematycznie, osobno poznajemy zasady pisowni wyrazów z „ch” i „h”, „ó” i „u” czy „rz” i „ż”. Znajdziemy w niej wpadające w ucho (ale trudne do głośnego czytania) porady typu: „wątpliwości nadszedł kres, c-h pisze się po s” lub „rzeczownikom w liczbie mnogiej -om na końcu wciąż jest drogie”. Do tego pisownia łączna i rozłączna „nie”, wielkie i małe litery („przy nazwisku rada szczera zawsze wielka jest litera”). Na koniec każdej części dowcipne dyktando - oczywiście rymowane. Ilustracje Jony Jung podkreślają zabawny ton całości.

Mnie trochę zmęczyła ta rymowana konwencja - przy tej ilości materiału, niektóre podane wierszem reguły wydają się dodatkowo skomplikowane. „Nie w obliczu przymiotnika czasem związków z nim unika, bo tak jak z najwyższym stopniem, z wyższym czuje się okropnie” - czy napisane wprost, nie byłoby prostsze do wyjaśnienia?

Ale nie przesądzam. Do nauki ortografii każda droga wieść potrafi, jakby zrymował autor.

środa, 23 grudnia 2009


Dzięki tej książce wizyta z dzieckiem w muzeum, a konkretnie w gdańskim Dworze Artusa, nie powinna być już straszna dla żadnego rodzica. Jeśli do tej pory przed wycieczką do najbardziej reprezentacyjnego gdańskiego zabytku powstrzymywała nas obawa przed pytaniami typu „dlaczego na tym koniu siedzi aż czterech rycerzy?” lub „co to za zamek, o który się biją?”, ta książka pozwoli nam zachować honor i odpowiedzieć, że rycerze to bracia świętego Rajnolda (i błysnąć informacją, że rumak nazywał się Bayard), a oblegany zamek to oczywiście stolica krzyżackiego państwa – Malbork.

Książka jest atrakcyjna graficznie, reprodukcjom dzieł sztuki towarzyszą zagadki i ciekawostki atrakcyjne też dla dorosłych. Można się z nią bawić się w wyszukiwanie obrazów czy rzeźb przedstawionych na ilustracjach we wnętrzu Wielkiej Hali, np. świętego Jerzego walczącego ze smokiem, czy rozzłoszczonej na Akteona Diany. Książka jest trójjęzyczna, skierowana do dzieci w wieku od 5 do 12 lat, czyli takich, które zazwyczaj nie odwiedzają muzeum z przewodnikiem lecz właśnie z rodzicami. Można ją kupić w muzealnym sklepiku, kosztuje 8 zł. Jeśli nie zdążymy przeczytać wszystkiego na miejscu, będzie okazja do uzupełnienia lub powtórzenia wiadomości w domu. Muzeum Historyczne Miasta Gdańska planuje wydanie kolejnych części, poświęconych m.in. Ratuszowi Głównego Miasta. Byłoby świetnie, gdyby podobne opracowania można było kupić w każdym polskim muzeum.

środa, 09 września 2009

Obejrzałam w Badecie bardzo dokładnie cały komplet kontynentów.
Projekt wydawniczy uważam za rewelacyjny. Żeby różni ilustratorzy stworzyli plastycznie różne kontynenty dla dzieci. Szarej Gęsi bardzo dziękuję.

Bez wątpienia ważniejsza w tej publikacji jest strona plastyczna od tekstu. Przecież to obrazkowy atlas. Atlas z podstawowymi (co zawsze jest dyskusyjne) informacjami o kulturze, sztuce, przyrodzie i geografii. Afrykę kupuję. Zachwyciły mnie ilustracje afrykańskie Marty Ignerskiej (a po książce "Babcia robi na drutach" miałam wątpliwości czy to możliwe, żebym się jej ilustracjami zachwyciła). Mają w sobie dzikość i obłędny kolor. I jeszcze dużo emocji. Ta Afryka przyciąga jak magnes.

A Europa mi się zupełnie nie podoba. Myślę, że to jest bardzo trudne wyciągnąć esencję z Europy. Szczególnie przy tak niewielu stronach i tak ubogim tekście. Po parę zdań o PAryżu i Londynie, po dwa o Holandii czy Szwajcarii, po jednym o bobrze i rysiu (tak orientacyjnie, nie żebym liczyła dokładnie). Ilustracjom Ewy Beniak-Haremskiej nie udało się zastąpić treści, ani jej uspójnić. Ani różnorodność ani jedność Europy nie została pokazana. Może to wogóle jest niemożliwe streścić w kolorze nasz kontynent.
A może dla mieszkańca Nigerii taki atlas Europy byłby akurat. Ja dziecku nie podsunę. 

PS Baśnie napisane przez Zofię Stanecką - po jednej na kontynent to dobry pomysł.

poniedziałek, 06 lipca 2009

Dziecko pojechało na obóz zuchowy na trzy tygodnie. Nie jestem w najlepszym nastroju. Nie mam komu czytać na głos wieczorem.

"Wielka księga. Wiem, jak..." Trudno o bardziej idiotyczny tytuł. szczególnie  ten intrygujący wielokropek. O co chodzi?

Jest to praca zbiorowa. Części ni przypiął ni przyłatał do siebie. Jedna o szpiegach i technikach szpiegowania, inna o różnych technikach plastycznych, kolejna o eksperymentach naukowych, jeszcze inna o magicznych sztuczkach i ostatnia o zabawie w detektywa. Z informacjami praktycznymi, receptami. Wolałabym małe, oddzielne książeczki, nie miałabym wrażenia takiej zbieraniny.

Ale narzekam za bardzo na tę książkę (pewnie przez ogólny nastrój), bo w gruncie rzeczy są tam dobre pomysły na to, żeby nie dać się nudzie w wakacje. Pomysły na zabawy w terenie i pod dachem w deszczowy dzień. Jak zaszyfrować wiadomość na 10 sposobów, jak zbudować magiczne pudełko, jak wywołać tęczę czy narysować łapą dinozaura. Części o szpiegach  detektywach raczej dla dzieci samodzielnie, sprawnie czytających. Kiedy czyta rodzic, tracą sporo radości z rozwiązywania zagadek.

Wakacyjna książka użytkowa - pojedzie z nami do lasu na działkę. Niech tylko to dziecko wreszcie wróci z obozu. Już widzę te wszystkie zaszyfrowane wiadomości i akcje tajnych agentów, które w tym roku opanują teren.

piątek, 03 lipca 2009

Odpowiadam, bo Prowincjonalna nauczycielka postawiła przede mną takie pytania:

Lubisz oglądać ekranizacje literatury? Co robisz najpierw: czytasz czy oglądasz?

Lubię. Zawsze najpierw czytam, nawet "Demony Dextera" przeczytałam przed serialem (serial lepszy). Tylko w przypadku ulubionych książek odczuwam strach przed obejrzeniem, że mi zmarnują, tak się bałam "Ani z Zielonego Wzgórza", na szczęście Megan Follows polubiłam.

Jak radzisz sobie z tymi, którzy chętnie pożyczają od Ciebie książki, ale niechętnie je oddają?

Nie mam kłopotów z tym zupełnie, bo nie przywiązuję się do przedmiotów, nawet do książek, jestem na tyle roztargniona, że nie pamiętam, komu pożyczyłam, co pożyczyłam, wiem, że zdarza mi się kupować po raz kolejny tę samą książkę. Okropnie mają ze mną Ci, od których pożyczam, ale oczywiście, jak zapomnę a oni przypomną a ja nie mogę znaleźć to odkupuję.

Zaznaczasz w jakiś sposób swoje książki? Masz ekslibris, pieczątkę, itp.?

Nie, skądże.

Ja też mogę wywołać kogoś do tablicy. Są to autorzy blogów: Mały pokój z książkami, Zakładka do książek i moja współautorka - giraffe.
Pytania mogą być te same albo inne, np. te:

JAkiej książki nie dokończyłeś i dlaczego?
Do świata, której chciałbyś wpaść? (było u Bazyla)
Z którym bohaterem literackim chciałbyś porozmawiać i o czym?

środa, 17 czerwca 2009

To przesada, żeby pociąg z Warszawy do Gdańska jechał ponad pięć godzin.

okładka księżniczek

Ja mogę całą drogę czytać kryminały, moje dziecko nie jest jeszcze czytelnikiem długodystansowym. Nawet słuchanka w Mp3 nie starczy na tak długo. W ostatniej podróży od śmierci z nudów ratowały nas książki użytkowe. Obie wydane jako dodatki do powieści, które Marysia już przeczytała i mogła spotkać się ze znajomymi bohaterami.

Pierwsza to książka zabawka "Modne księżniczki - książka z ubierankami"  Sylwetki księżniczek z Klubu Tiary i stroje na przyjęcia, sukienki balowe i koktajlowe, nawet eleganckie koszule nocne na piżama party. Korony, boa, torebki. Ubranka są dwustronne i wszystkie elementy można wyjąć z kartonu bez użycia nożyczek.okłądka biura

Druga to "Brązowa księga. Detektywistyczne łamigłówki Lassego i Mai". Choć Marysia przeczytała dopiero dwie części z cyklu kryminałów Martina Widmarka mogła śmiało rozwiązywać zagadki i bawić się w detektywa. W rytm stukania kół pociągu relacji Warszawa Centralna - Gdańsk Główny odczytywała zaszyfrowane wiadomości, odróżniała oryginały od falsyfikatów i tropiła złodziejskie szajki. Kredkami i mazakami.

Dojechałyśmy szczęśliwie.

 
1 , 2
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi nastolatków o książkach
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione