o książkach dla dzieci i młodzieży

pierwsze klasy

piątek, 12 kwietnia 2013



Dziś raz jeszcze o książce, o której dawno temu pisała Zefiryna. Tym razem w pięknym, nowym wydaniu "Dwóch sióstr".

Kiedy byłam mała, miałam swoich Pożyczalskich. Mieszkali na szczycie szafy, wysoko, ale mogłam ich podglądać z mojego górnego pokładu piętrowego łóżka. Nie jestem z kolei przekonana czy to oni, czy może Pożyczalscy z jakiegoś innego rodu mieszkali na regale za książkami. Nie jestem nawet pewna, czy to na pewno byli Pożyczalscy.

Tak to było. Nie należę do tych, którzy zbyt dobrze pamiętają książki z dzieciństwa. Wiem, że zrobiłam tym maleńkim ludzikom dom i wiem, że stało się tak dzięki jakiejś książkowej opowieści. Przez lata całe co pewien czas zastanawiałam się, co to była za historia, skąd przyszła ta silna potrzeba stworzenia (na szafie i w wyobraźni) ciepłego miejsca, w którym ci maciupeńcy mogliby zamieszkać. Zastanawiałam się, aż przeczytałam "Kłopoty rodu Pożyczalskich" Mary Norton. Myślę, że to właśnie o tę książkę chodziło i o tych ludzików. To oni siedzieli wtedy w mojej głowie i to ich odnalazłam dopiero teraz. Pożyczalscy, którzy podkradali ludziom, tym „normalnym”, dużym, mnóstwo drobnych przedmiotów, z których mościli sobie własny światek.

To książka gigant, klasyk. Niby nic takiego, opowieść o świecie alternatywnym wobec naszego, trochę zabawa w wyobrażanie sobie miniaturowego życia, a trochę celowe odwrócenie porządków tak wspaniale oddziałujące na wyobraźnię, nie tylko dziecięcą. Rozumie to każdy, kto kiedykolwiek chciał naprawdę ożywić domek dla lalek, nakręcać bajkową narrację wokół pudełka zapałek jako łóżeczka czy telewizora. Zwłaszcza my tutaj, w Polsce, ci nienajmłodsi rodzice, urodzeni jeszcze w latach 70. czy wczesnych 80. doskonale rozumiemy siłę inwencji, która pozwalała nam w naszych łysawych i zgrzebnych dziecięcych pokojach tworzyć całe światy z przypadkowych drobiazgów i wszelkiego rodzaju śmieci.

Dziś doceniam w tej historii jeszcze coś innego. Nie to, że autorka przesunęła centrum świata tak, że nagle zaczęliśmy patrzeć na świat oczami miniaturowych ludzików, ale że pomnożyła te centra. Że patrzymy oczami i Pożyczalskich, i chłopca, człowieka jak my. Że to są światy równoległe, które nazwajem się sobie dziwią. Bo czy nie tak to właśnie jest w życiu?

To taka klasyczna bajka, tak dobrze się układa w głowie i w sercu, jak się ją czyta. Wszystko tu jest jak trzeba i znowu chcę mieć swoich Pożyczalskich.

Dwie siostry 2012



czwartek, 03 stycznia 2013

Najtrudniej pisze się o ulubionych książkach z dzieciństwa. Brakuje dystansu, przy czytaniu wracają zapomniane emocje. Historię Gelsomina, którego donośny głos burzy mury i wybija szyby w oknach czytałam jako dziecko kilka razy. Pełna humoru i fantastyczno-baśniowych przygód książka ma w sobie coś z klimatu "Pinokia". 

Obdarzonym wyjątkowym głosem Gelsomino trafia do Krainy Kłamczuchów, w której króluje były pirat i jego kompani. Gelsomino musi nauczyć się nowych zasad, które tu obowiązują - kłamstwo jest naczelną z nich. Nie wszyscy mieszkańcy tego kraju, w którym chleb kupuje się w sklepie papierniczym, a atrament w piekarni godzą się na tutejsze prawa. Przyjaciół, których dobiera sobie Gelsomino, łączy rewolucyjny duch. Jest wśród nich kot Zoppino (namalowany kredą na ścianie, zszedł z niej dzięki sile głosu Gelsomina), malarz tworzący obrazy tak realistyczne, że aż ożywają i niezwykły starzec - Benveuto Nieusiądźaninachwilę. Skąd taki przydomek? Nie będę zdradzać, bo Benveuto to jedna z piękniejszych postaci w tej opowieści.


Gdy czytałam tę książkę jako dziecko, najbardziej wzruszał mnie wątek przyjaźni Gelsomino i kulawego kotka Zoppino. Po latach dostrzegłam w niej przypowieść o władzy, tyranie i dążeniu do wolności. Moje dzieci historia o Krainie Kłamczuchów zafascynowała tak samo jak mnie przed laty.Nie zestarzał się przekład Hanny Ożogowskiej, ciągle bawią wierszowane tytuły rozdziałów, nie uleciał posmak przygody. Współczesne wydanie ciekawie zilustrowała Dorota Łoskot-Cichocka. Choć dla mnie Gelsomino zawsze zostanie takim, jakim narysował go Szancer - chudym młodzieńcem ze zbyt długimi nogami.

Wydawnictwo Bona, 2012

środa, 28 listopada 2012

Stara betoniarka była Rudym 102. Na wrogów mówiło się Szwaby. Szwaby krzyczały: Hajhitla i hendecho!, ale nasi zawsze wygrywali, bo mieli Szarika. Tak wyglądała jedna z ulubionych zabaw mojej podwórkowej paczki (pierwsza połowa lat 80 zeszłego stulecia). Zabawa w wojnę w drugiej dekadzie XXI wieku wygląda nieco inaczej (ostatnio zaobserwowane). Nie ma Szwabów, jest bliżej nieokreślony wróg. W jednostkach i uzbrojeniu panuje całkowita dowolność: od plastikowych pistoletów, przez łuki i części rycerskiej zbroi. Wygrywa ten, kto przejmie bazę (w łazience, pod stołem, w szafie). Schwytanych wrogów poddaje się wyrafinowym torturom: muszą zajadać pokruszone chipsy, potarte o skarpetki wygranych.

Wojna jest coraz mniej realna, to widać w zabawach. „Czy wojna jest dla dziewczyn” opowiada o najprawdziwszej wojnie. Bohaterowie tej książki przygotowują się do niej lepiąc na plaży pociski z piasku, które mają strącić niemieckie samoloty. Potem muszą przejść przyspieszony kurs dojrzewania. Dokoła spadają bomby, giną ludzie, znikają rodzice, trzeba nauczyć się rozpoznawać dobrych ludzi od złych, a nieostrożne słowo może kosztować czyjeś życie. Kanwą tej opowieści była historia Eli Łaniewskiej, która w dniu wybuchu wojny miała 9 lat. W książce patrzymy na te wydarzenia dziecięcej perspektywy: w ten sposób groza i okrucieństwo zostają złagodzone. Ela nie wszystko rozumie, nie opuszcza jej humor, jest ciekawa świata. Nie ma tu bezpośrednich tyrad o męczeństwie narodu i okrucieństwie wroga. Jest za to przejmujące podsumowanie skutków wojny. Ma postać beznamiętnej wyliczanki ofiar i ocalałych, w której obok siebie znaleźli się mama i tata Elki, Antek, który lepił pociski z piasku, druhna Hanka, Adolf Hitler i inni- dobrzy i źli, znajomi i nieznajomi.

Wydawnictwo Literatura, 2010

wtorek, 23 października 2012

 Narzekałam już na tym blogu na brak współczesnych wznowień  książek Jerzego Broszkiewicza, którymi zaczytywałam się dawno temu. Moje ulubione to: "Kluska, Kefir i Tutejszy",  "Bracia Koszmarek, Magister i ja" i "Ci z dziesiątego tysiąca". Nie należą one do najbardziej znanych książek pisarza. Zdecydowanie popularniejsza jest "Wielka, większa i największa" - książka z 1960 roku, która w PRL-u była lekturą szkolną dla piątej klasy. Dodatkowo została spopularyzowana przez film nakręcony w 1963 roku. Ucieszyłam się z jej wydania przez Dwie Siostry w serii Mistrzowie Ilustracji i zrobiłam sobie powtórkę.

Powrót do tej lektury nie rozczarował mnie. Przypomniałam sobie, jak w czasach, gdy większość samochodów na ulicy to były maluchy, syrenki i polonezy, marzyłam o Oplu Kapitanie. I teraz miałam przyjemność z nieśpiesznie rozwijającej się akcji w książce delikatnie fantastycznej, w książce starej daty. Przygody Iki  i Groszka dalej mnie wciągały a opis burzy piaskowej poruszał.

Ale prawdą też jest, że moja współczesna piątoklasistka (fanka fantastyki w stylu Rafała Kosika) nudziła się przy czytaniu, przeczytała tę powieść z trudem i bez przyjemności. Irytowało ją przede wszystkim to, że bohaterowie są tacy ułożeni i nie wiedzą podstawowych rzeczy (Mamo, czy to nie przesada, że on im musi tłumaczyć, co to znaczy "lokalizować" albo "grawitacja"?). 

Myślę, że z radością wysłuchałaby tej książki, gdybym jej przeczytała, gdy miała sześć lat. Świat się zmienił.

Wydawnictwo Dwie Siostry, 2011

poniedziałek, 09 kwietnia 2012

Obawiam się,  że po lekturze tej książki już do końca życia fuga kojarzyć będzie mi się z warkoczem drożdżowym, wariacje z ciasteczkami korzennymi, a muzyczne rondo z tortem.

"Co tu jest grane" to kolejna (po nagrodzonej na targach w Bolonii "Wszystko gra") książka Anny Czerwińskiej-Rydel poświęcona muzyce. Tym razem autorka w brawurowy sposób rozprawia się z tematem form muzycznych - porównując je do... smakołyków.

W muzycznej cukierni sprzedawca poleca niezdecydowanej klientce nietypowe wypieki - drożdżową fugę, ciasteczkowe wariacje korzenne, pleśniak sonatowy czy tortowe rondo. 
Przy opisie każdej muzycznej formy znajdziemy zarówno przykłady konkretnych utworów, których warto posłuchać - mazurków Chopina, preludiów Debussy'ego, fug Bach czy wariacji Mozarta - jak i... wskazówki dotyczące pieczenia.


Książkę zilustrowała Katarzyna Bogucka (o tym jak bardzo lubimy jej ilustracje, czytaj TUTAJ). Jej przedstawienia muzycznej cukierni (i postaci ze świata muzyki) są dowcipne i błyskotliwe, przeważają w nich odcienie różu: nie jaskrawe, lecz wyblakłe i stonowane, elegancko zestawione z szarością i bielą. Wyrazisty styl Boguckiej nawiązuje do graficznej estetyki z lat 50, jej prace przypominają nieco ilustracje z ówczesnych kolorowych magazynów. Są geometryczne, operują ostrym konturem i skrótem. Na stronach książki można znaleźć nie tylko humorystyczne przedstawienia największych kompozytorów, ale również portrety twórców książki - m.in. autorki i wydawcy.

W przygotowaniu są już kolejne części cyklu. Następna - "Co słychać" - tłumaczyć będzie włoskie oznaczenia muzyczne, a jej bohaterami będą członkowie rodziny Allegrich. Powstaną też pozycje poświęcone zapisowi nutowemu, głosowi i rodzajom tańców. Nauka teorii muzyki w szkole byłaby przyjemniejsza, gdyby uczniowie znali książki Anny Czerwińskiej-Rydel.

Wytwórnia, 2012


piątek, 16 marca 2012

Dobre kryminały się nie starzeją - ta zasada dotyczy zarówno książek Agaty Christie jak i powieści detektywistycznych dla dzieci. „Joachim Lis” ukazał się w Polsce lata temu, jakiś czas temu książkę wznowiło wydawnictwo Dwie Siostry. "Joachima" czyta się (i słucha) z ogromną przyjemnością, bez względu na płeć lub wiek (tak wynika z próby przeprowadzonej na czterech osobnikach płci żeńskiej i męskiej w wieku 37, 7 i 4 lata).

„Joachim Lis” to kryminał zwierzęcy. Joachim, który tak jak jego ojciec jest szewcem, pewnego dnia postanawia zmienić swoje życie i zostać detektywem. W Modrzejowie nie ma nawet porządnego policjanta, a od pewnego czasu w miasteczku dzieją się dziwne rzeczy. A to komuś zginą spinki od kołnierzyka, a to z talerza znika smakowity placek ziemniaczany. Joachim kończy korespondencyjny kurs dla detektywów (z którego dowie się m.in., że najlepszym sposobem tropienia przestępców w środowisku leśnym jest przebranie się za mrowisko), a następnie postanawia zaoferować swoje usługi mieszkańcom Modrzejowa. Wkrótce będzie miał pełne ręce roboty, a to za sprawą tajemnicy konfiturowo-serowo-kiełbasiano-szynkowej. Lis i jego pomocnik, Gwidon Gronostaj, będą musieli stanąć w oko ze złowieszczym Świszczącym X-em. Przestępcą, który zasłynął z tego, że pewnego razu doprowadził do zniknięcia całego miasta...

Tę pięknie przetłumaczoną opowieść, której uroku dodają staroświeckie zwroty i imiona bohaterów (takie jak Klotylda, Bibianna, Gwidon czy Bonifacy) uzupełniają klasyczne (i pełne klasy) ilustracje Teresy Wilbik.

Wydawnictwo Dwie Siostry, 2008

czwartek, 16 lutego 2012

Bohaterami książek dla najmłodszych mogą być księżniczki, czarodzieje, rycerze, zwierzęta, wreszcie same dzieci, ale… kierowca wózka widłowego? Otóż tak. Skandynawscy twórcy literatury dla dzieci obalają kolejne stereotypy.

Kurt ma przepiękny, żółty wózek widłowy.  Czasem na jego widok ludzie aż klaszczą w dłonie z podziwu. Życie Kurta jest zwyczajne i uporządkowane. Wstaje co dzień rano wcześnie, żeby zdążyć do pracy, zjada śniadanie, w porcie wita się ze swoim szefem i kolegami a potem jeździ cały dzień wzdłuż nabrzeża przewożąc wyładowane skrzynie: z piłkami, telewizorami, apaszkami w paski, czosnkiem i dżemem. Kurt ma żonę Annę-Lizę, która jest architektem i trójkę dzieci: Chudą Helenę, Kurta Bąbelka (nazwanego tak, bo uwielbia napoje bąbelkowe) oraz Buda. Pewnego dnia, w gdy w porcie jest wyjątkowo dużo pracy, Kurt znajduje na brzegu olbrzymią rybę.

Dalej wszystko potoczy się w zaskakujący sposób. Dzięki wielkiej rybie historia o zwyczajnym kierowcy wózka zmieni się w pełną absurdalnych zdarzeń powieść drogi. Kurt i jego rodzina zagubią się w Nowym Jorku, zatańczą na brazylijskich plażach, pobłądzą na ocenie, będą uciekali przed Hindusem, który zakocha się w już nie tak Chudej Helenie. A po powrocie do domu przez długi czas nie będą mieli ochotę na rybę.

Przygody Kurta czyta się jednym tchem, wybuchając co chwilę śmiechem. Ale pod płaszczykiem zabawnej opowieści kto chce, znajdzie znacznie więcej. Na mnie wrażenie zrobiły te fragmenty, gdy podróżująca już od dłuższego czasu, do tej pory zgodna i zgrana rodzina Kurta zaczyna się ze sobą kłócić - nawet najbardziej kochający się ludzie potrzebują od siebie odpocząć.

Perypetie Kurta i jego nietuzinkowej rodziny to norweski bestsellerowy cykl książek, w Polsce ukazuje się po raz pierwszy. Pali mnie ciekawość, co jeszcze spotkać może kierowcę widłowego wózka.
Wydawnictwo EneDueRabe, 2012
niedziela, 29 stycznia 2012

Nie będzie to głos w dyskusji, czy czytać dzieciom oryginalne wersje baśni znanych z dziesiątek adaptacji: o Czerwonym Kapturku, Kopciuszku, Jasiu i Małgosi, Królewnie Śnieżce. Nie zamierzam się mądrzyć, w tej sprawie ufam intuicji dzieci. Moje historie braci Grimm uwielbiają. Ze szczególną uwagą wsłuchują się w te fragmenty, które zdaniem wielu dorosłych są zbyt okrutne czy drastyczne. Świetnie też orientują się w strukturze baśni i rządzących w niej zasadach (powtórzeniach, czy atrybutach bohaterów, które ułatwiają ich identyfikację ze stroną dobra lub zła). Być może dzieci o wiele lepiej rozumieją umowność świata baśni - ale przecież miałam się nie mądrzyć.

W nowym, okazałym wydaniu baśni spisanych przez niemieckich językoznawców znalazło się kilkanaście opowieści, w tym tych najbardziej popularnych, wymienionych na początku. Są wśród nich również mniej znane. Czarno - białe ilustracje Suren Vardaniana dobrze oddają klimat tych historii - pełne są rozmachu, a jednocześnie pozostają symboliczne i niedopowiedziane.

Wydawnictwo Skrzat, 2011

piątek, 06 stycznia 2012

Najbardziej wzruszająca wersja legendy o panu Twardowskim, jaką do tej pory czytałam. Przejmująca, uniwersalna, fascynująco zilustrowana.

Od dzieciństwa towarzyszył mi pan Twardowski z ballady Mickiewicza, ten co „podparł się w boki jak basza”, który „śmieszy, tumani, przestrasza”. Taki, co i diabła przechytrzy, podsuwając mu swoją żonę. Twardowski z książki Wolańskiego to zupełnie inna postać. Poznajemy go jako ubogiego szlachcica z przyprószoną siwizną głową, któremu nie zależy już ani na bogactwie, ani na splendorze. Jego układ z diabłem i decyzja podpisania cyrografu ma w sobie coś tragicznego i desperackiego: jakby człowiek, któremu zostało już niewiele życia, zdał sobie z tego sprawę i postanowił postawić wszystko na jedną kartę. To też chwytająca za serce historia o miłości i przywiązaniu: wierną do końca towarzyszką perypetii Twardowskiego jest Przybłęda. Finał tej opowieści chwyta ze serce. A w tle pojawia się zgraja niezwykle barwnych wiedźm i tragikomiczna kompania zubożałych szlachciurów. Klasy tej historii dodają ilustracje Marii Balcerek (wykorzystane zostały jej projekty lalek do spektaklu „Pan Twardowski”), zachwyciło mnie też graficzne opracowanie tej książki.

Wydawnictwo Skrzat, 2011

sobota, 26 listopada 2011

Małe szwedzkie miasteczko Valleby musi mieć najwyższą statystykę przestępstw w całym kraju - tak przynajmniej wynika z lektury książek z cyklu książek "Biuro detektywistyczne Lassego i Mai" . Nie martwi mnie to zbytnio, bo zarówno ja i dzieci bardzo lubimy zagadki, z którymi muszą zmierzyć się Lasse i Maja.

Małe miasteczka mają swoje mroczne tajemnice. Martin Widmark i Helena Willis świetnie wykorzystują ten znany literacki motyw w książkach dla dzieci. Tym razem dwoje młodych detektywów zajmuje się sprawą kradzieży drogocennej przyprawy, szafranu, z miejscowego sklepu oraz rozwiązują zagadkę cennych książek, które ktoś wynosi z biblioteki. Grono podejrzanych jest jak zwykle niewielkie, oczywiste tropy okazują się mylne - aby znaleźć winnego Maja i Lasse muszą posłużyć się tradycyjnymi metodami detektywistycznymi - obserwacją i dedukcją.

Ilustracje w szwedzkich kryminałach są tradycyjnie już czarno-białe i niezwykle wyraziste (podobnie jak charaktery bohaterów). Warto im się przyglądać, bo niektóre zawierają wskazówki, które mogą ułatwić mogą rozwiązanie zagadki. Graficzna strona tych książek to majstersztyk: duże, ułatwiające dziecku czytanie litery, dowcipne instrukcje rysunkowe, dodatkowe treści ukryte w ilustracjach.

W „Tajemnicy szafranu” najbardziej spodobały mi się szare ilustracje, kapitalnie oddające nastrój wczesnego, grudniowego zmierzchu. „Tajemnica biblioteki” niezmiernie rozbawiła mnie  "nadprzyrodzonym" pomysłem na odzyskanie skradzionych książek.

Cyklowi o biurze detektywistycznym Lassego i Mai zawdzięczamy jeszcze coś: mój 6,5 letni syn Ignaś głównie na tych książkach szkolił swoje umiejętności czytania. Każdą z historii pochłaniał z wypiekami na twarzy. Dziś przeczytanie jednej "Tajemnicy" zajmuje mu kilka godzin.

Wydawnictwo Zakamarki, 2011

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi nastolatków o książkach
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione