o książkach dla dzieci i młodzieży

przedszkolaki

piątek, 13 listopada 2015

ROK_W_LESIE1

- O, popatrz Marianna, tramwaje.

- Nie tramwaje tylko kowale bezskrzydłe...

No więc tak. Wiemy, jak naprawdę nazywają się owady z czerwono-czarnym wzorkiem, tak lubiące przyczepiać się jeden do drugiego, jak tramwaje. Wiemy również, co się dzieje z porożem łosia i że biedronki przyjaźnią się z mszycami. Mama nie lubi mszyc, Marianna i Marta lubią biedronki, jest temat do dyskusji.

„Rok w lesie” opiera się na pomyśle dość oczywistym i, jak zawsze, trafionym – dwanaście kart przedstawiających kolejne miesiące w jednym, konkretnym zakątku lasu. Zagęszczenie mieszkańców jest spore: na ziemi, pod ziemią, w norach, w stawie, w dziuplach. Zanim poznamy miejsce akcji, zostają przedstawieni bohaterowie, kilkadziesiąt gatunków zwierząt z krótkim, przystępnym dla dzieci opisem najbardziej charakterystycznych cech (stąd wiemy, że to nie tramwaje tylko kowale...). A potem zaczyna się cykl życia – jedni śpią, inni szukają pożywienia, wiosną towarzystwo się budzi, poznaje, łączy w pary, potem gniazda, potomstwo, mnóstwo jedzenia wokół, powolne szykowanie się do zimy, znów norki, podziemne korytarze, gawry i paśniki pieczołowicie wypełniane przez leśniczego. Czasem oglądamy życie zwierząt w ciągu dnia, czasem w nocy. Każdy zwierzak ma swoją historię, ale fabuła nie jest tu szczególnie rozbuchana. Nacisk położony jest właśnie na ten cykl, na poznanie zwyczajów zwierząt, a nie ich przygód. Wystarczy, by przedstawić fascynującą opowieść. A dzieciom – żeby trenować spostrzegawczość czy zrozumieć zależności rządzące przyrodą.

Emilię Dziubak uważam za jedną z najważniejszych polskich ilustratorek. Bardzo wyrazisty styl, nowoczesny, ale nigdy nie rezygnujący z komunikatywności na rzecz formalnej brawury. Rysunek Dziubak, choć prowadzony mocną kreską, jest jednocześnie miękki, przyjazny, bardzo czytelny dla dzieci. Autorka ma przy tym umiejętność, którą szczególnie cenię: niezwykłe wyczucie koloru. Oczywiście formuła książki opowiadającej o przechodzeniu czterech pór roku przez las wymusza użycie konkretnej palety barw. Ale tutaj ta paleta ma jakieś szczególne nasycenie. Zieleń majowa jest całkiem inna niż lipcowa, czerwcowa noc zanurzona jest w ciemnym błękicie i fiolecie, wrzesień, już złotawy, jednocześnie przebija odcieniami różu. Te ilustracje zdają się aż świecić intensywnością leśnych kolorów. Nawet w listopadzie. To z pewnością jedna z najpiękniejszych książek tej jesieni.

Na końcu książki można znaleźć labirynt – wcale nie taki łatwy do przejścia. Poszczególne stworzenia mają w podziemnych korytarzach odszukać rzeczy, o których marzą albo partnerów, z którymi mają się połączyć. Żeby dotrzeć do celu, trzeba jednak poznać wszystkie te stworzenia bliżej i poznać ich zwyczaje. Ja wybrałam drogę kowala bezskrzydłego, bo przecież też muszę się czegoś nauczyć.

 

Nasza Księgarnia 2015, książka kupiona

środa, 04 listopada 2015

PRZEKROJE

Moje dzieci nie lubią warzyw. To sytuacja dość kłopotliwa, bo jesteśmy rodziną jarską i warzywa powinny być podstawą naszej diety. To sytuacja również irytująca, bo bardzo lubię gotować i naprawdę jestem w stanie dopasować się do różnych smaków. Ale niestety, poza ogórkiem, surową marchewką, pieczonym ziemniakiem i brokułem (tylko w zupie) dziewczyny jarzyn nie chcą. Przynajmniej z owocami jest jako tako.

Podejrzewam, że wielu rodziców dobrze wie, o czym mówię. Argumentacja smakowa nie działa, hasła „ugotujmy to razem” też nie. W rozpaczy zaczęłam przywoływać kwestie zdrowotne: to wzmacnia twoją krew, a dzięki temu skóra jest zdrowsza, tamto poprawia pracę oczu. I, o dziwo, to moje córki trochę zainteresowało.

I dlatego pojawiły się u nas „Przekroje: owoce i warzywa” Agnieszki Sowińskiej, pięknie ilustrowana książka o świecie warzyw i owoców, o mikroelementach, witaminach i innych stworzeniach, które ten świat zamieszkują. Żelazo jest opiekuńcze i zaradne (krew), witamina C każdemu pomoże i wszystko naprawi (odporność), potas uwielbia pływać (serce), magnez uspokaja i działa antystresowo (koncentracja), wapń jest zasadniczy i opanowany (kości). Najpierw mamy ekspozycję wszystkich postaci (poza tymi, które prawie każdy umie wymienić, są też mniej oczywiste: Luteina, Sulforafan, Garbnik, Likopen), potem przechodzimy do przekrojów kolejnych owoców i warzyw. Śliwka okazuje się pięknym trzypiętrowym mieszkaniem, w którym żyją w harmonii Pektyna, Witamina B i Magnez. Czytają książki, sprzątają, popijają herbatkę. Zwykłe życie. Autorka nie powtarza już imion mieszkańców – jeśli chcemy sobie przypomnieć kto jest kim, musimy wrócić na początek. Dzięki temu imiona lepiej wbijają się w pamięć.

Książkę oglądamy na wyrywki. Wybieramy, jakie warzywo czy owoc chcemy sprawdzić. Albo zastanawiamy się, co najlepiej jeść, jak chcemy, żeby skaleczenie szybko się zagoiło. Wyobraźnia pracuje. Sprawdzamy, przyglądamy się, a ja sączę swoją propagandę. Nie mam oczywiście żadnych złudzeń, że oto moje dzieci zaczną ochoczo jeść wszystkie jarzyny. Ale mam nadzieję, że zrozumieją, że z nich właśnie płynie zdrowie. I że kiedyś ta wiedza zaprocentuje.

Nasza Księgarnia, 2015, książka kupiona

niedziela, 20 września 2015

"Poldi i Poli na wielkim przyjęciu urodzinowym"  to książka obrazkowa dla przedszkolaków.

Na pomysł wpadli Christian i Fabian Jeremiesowie bracia bliźniacy z Niemiec Wymyślili kapitalną pozycję, która została doceniona  w wielu krajach.

Wyszukiwanka o pingwinach ma prostą acz nie pozbawioną uroku fabułę. Pingwinia babcia kończy 90 lat i z tej okazji odbywa się wielkie przyjęcie urodzinowe. Pingwinia rodzina jest niezwykle liczna, wyobraźcie sobie stado Pingwinów zakwaterowane w kolorowym miasteczku. Tytułowymi bohaterami opowieści są pingwini wnuczek Poldi i jego nowy przyjaciel - mały krokodyl Poli. To oni pomagają świętującej babci odnaleźć potrzebne jej przedmioty i ubrania (Ach, gdzie jest moja sukienka w paski? Gdzie mój fioletowy szal?) Do poszukiwań zapraszają czytelników, oglądaczy i opowiadaczy tej historii. W ilustracjach duża dawka poczucia humoru. Zabawa z książką przednia. 

Wydawnictwo Czarna Owieczka, 2015, kupiona

piątek, 07 sierpnia 2015

Jeśli macie ochotę na klasyczne grafiki japońskie, odwiedźcie jeszcze dziś lub jutro  Muzeum Narodowe w Warszawie. Jeśli macie ochotę na coś nowocześniejszego, to kupcie książkę Taro Miury "Tokio", która zaspokaja potrzeby estetyczne współczesnych miłośników Kraju Kwitnącej Wiśni.

"Tokio" jest nowoczesną graficznie, świetnie zaprojektowaną książka o mieście i o ludziach. Opowieść o małej Mito, która przed wyprawą z rodzicami do Tokio odpytuje wszystkie okoliczne zwierzęta z tego, jakie jest to miasto. Z odpowiedzi i świetnych ilustracji budujemy obraz pulsującego życiem wielkiego Tokio. Jest w nim miejsce na zwyczajność i wyjątkowość. Autor, jak deklaruje, chciał sam przyjrzeć się swojemu miastu lepiej i uważniej niż na co dzień. Chciał również, żeby czytelnicy spojrzeli wnikliwiej na swoje miejsca na mapie świata, odkryli ich dźwięki, smaki, nadzwyczajności.

Książka edukuje, acz dyskretnie i lekko. To w niej lubimy.

Przyjaciele mojego dziecka są teraz w Japonii. Marysia jest o miesiąc za młoda, żeby pojechać na międzynarodowy zlot skautów - Jamboree  z harcerzami ze swojego szczepu 40WDHiZ. Na pocieszenie dla niej wystawa w Narodowym, ramen na Chmielnej i "Tokio" Taro Miury.

Ta historia dla przedszkolaków nadaje się również na prezent dla nastolatki zafascynowanej kulturami dalekiego wschodu.

Wydawnictwo Tako, 2014, kupiona

piątek, 17 kwietnia 2015

Dawno temu Marianna panicznie bała się much. Tłumaczyłam jej, że są mniejsze od jej paznokcia, że to pewnie ona jest ich postrachem, olbrzymem. Nic nie pomagało. W geście pomocy terapeutycznej Zefiryna podarowała nam „Bzyka Brzęka” Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel, opowieść o muchówce Bzyku Brzęku i jego ciotce, Rączycy Czarnonogiej. Książka nie załapała – Marianna trzymała się swoich lektur, a ja jej jakoś nie przekonywałam. „Bzyk Brzęk” trafił na półkę – raz na sto lat czytałyśmy jeden czy dwa rozdziały.

No ale w tym czasie podrosła Marta i zaczęła bać się much. Historie o muchówce powróciły. I zostały z nami.

Tu nie ma fajerwerków czy przygód, nie ma dzikiego humoru (choć bywają zabawne momenty), jest duża prostota i oszczędność fabularna. Ale z każdym kolejnym rozdziałem miałam coraz silniejsze poczucie, że oto mam w rękach książkę, która niepostrzeżenie, w niezwykle subtelny sposób wprowadza w świat dziecka prawdziwą otchłań refleksji egzystencjalnej. Takiej naprawdę dużego kalibru: motyl, który nigdy się nie złości i nie obraża, bo wie, że ma tylko jeden dzień życia, ćma, która musi krążyć wokół rozpalonej żarówki, choć sama nie wie po co, mrówki, opętane przymusem pracy, choćby bezsensownej. No i dramaty wewnętrzne: poczucie winy i kłamstwo, które rosną jak wielki ciężar na plecach; dni, w których pielęgnujemy, nawet wbrew sobie, fatalne samopoczucie; pragnienie bezinteresownej relacji z drugą istotą. No i w końcu finał, od którego przechodzą ciarki po plecach: „lokatorzy”, a więc ludzie mieszkający w domu, w którym zamieszkują też Bzyk i Rączyca, wieszają lep na muchy. Pułapka jest tym bardziej niebezpieczna, że swoim pięknym zapachem pozbawia muchy kontroli nad sobą. Trzeba uciekać. Coś się kończy, ale ten koniec zawsze jest też początkiem.

Mam poczucie lekkości w czytaniu tej książki, bo nie ma tu dydaktyzmu ani wychowawczego tonu. Autorka nie tłumaczy, dlaczego motyle żyją tak krótko i jak się może skończyć pęd ćmy do światła. Zawiesza temat. Każdy rozdział ma swoją wyrazistą anegdotę i jest osadzony w przyziemnej codzienności, bardzo czytelnej. Ale za każdą z tych prostych scenek czai się prawdziwy dramat albo szczęście egzystencji.

Marta nadal boi się much, ale kocha Bzyka Brzęka.

 

Wydawnictwo Bajka 2011, prezent od Zefiryny



poniedziałek, 26 stycznia 2015

Ponieważ nie mamy telewizora, niektóre bajki z kanałów dla dzieci nas omijają. Oczywiście youtube podsuwa nam wiele świetnych rzeczy, ale jakoś tak się stało, że misia Mukiego nie znaliśmy. Ale kupiliśmy książkę. „Muki w podróży dookoła świata”. W zasadzie tata kupił, mama nie znała, ale jak zobaczyła, wiedziała, że to będzie strzał w dziesiątkę. Pewnie trochę wstyd, ale dopiero potem dowiedziałam się, że autor, Marc Boutavant, to właściwie już marka, że jest znany i rozchwytywany na całym świecie. No i wypróbowaliśmy na naszych dziewczynach (wiek: 4,5 oraz 2,4). Oszalały.

Muki jako postać nie jest szczególnie wyrazisty. Wydaje się raczej pretekstowy. Jest trochę jak wehikuł, dzięki któremu możemy znaleźć się nagle w całkiem nowym świecie, i poczuć się dobrze, bezpiecznie. Miś, prując przez świat na swoim rowerze, odwiedza nowe kraje i miejsca: Grecja, Laponia, Sahara, Peru, Nowy Jork, Indie, Japonia, Wyspa Kangura... Uczy się najważniejszych słów, smakuje egzotycznych potraw, poznaje lokalne zwyczaje. Każda z kart to kopalnia wiedzy i dla Mukiego, i dla dzieci, które czytają/oglądają. Nie ma tu żadnej fabuły, są tylko mikroscenki opatrzone mikrodialogami. Ale to wystarczy, żeby rozbudzić wyobraźnię i zachęcić do poznawania nowych rzeczy (dzięki Internetowi za Wikipedię...).

Najmocniejszą stroną są oczywiście przepiękne ilustracje i mocne, wyraziste kolory. To bardzo atrakcyjna, bardzo „pop” książka, a przy tym pełna autorskiego charakteru. Nie ma tu też, co bardzo istotne, dydaktycznego tonu. Każdy z przedstawionych krajów ma niemalże swojski charakter. Każdy może być domem dla dziecka.

Na serial trafiłam dość przypadkowo, dziewczyny oszalały po raz drugi. Odcinki animacji mają oczywiście zgrabnie opracowaną, wciągającą fabułę, no i pozwalają odnajdywać elementy z wersji książkowej, co jest dla moich dziewczyn ogromną frajdą. A po bajkach książka, obowiązkowo. A w ciągu dnia powtarzanie: "konnichiwa", "namaste", "szukran". I wiemy już, jak wygląda moloch straszliwy.

No i wisienka na torcie. Na planszy „kawiarnianej”, na samym początku książki, odnalazłyśmy naszego ukochanego bohatera stworzonego przez innego wspaniałego francuskiego rysownika. Kto znajdzie? Kto zgadnie?

Wydawnictwo "Wytwórnia" 2014, książka kupiona

poniedziałek, 13 października 2014

Wiecie, co lubię w szwedzkich książkach dla dzieci? To, że dorośli nie wtrącają się za bardzo w sprawy dzieci. Zostawiają im bezpieczny margines, który można zapełnić łażeniem po kałużach, skakaniem przez płoty, wspinaniem się na drzewa i śmiałymi wyprawami na sąsiednie lub podwórka. Takim rodzicem jest mama Billy’ego, która o przygodach swojego synka (Billy jest bohaterem całego cyklu książek) słucha na ogół z lekkim niedowierzaniem, ale bez wyższości; łaskocząc, całując, podając kakao albo zdejmując mokre skarpetki. Nie wiem, czy nie wierzy w historie opowiedziane przez Billy’ego ale nie daje mu tego odczuć, czy wręcz przeciwnie, rozumie, że w dzieciństwie zdarzyć się może więcej, bo wtedy przeżywa się świat głębiej i intensywniej. W każdym razie podoba mi się jej podejście (tak jak i pomarańczowy czub na głowie).

Tym razem Billy i jego koleżanka Lotta zastanawiają się, w co bawią się dzieci w szkole. Dochodzą do wniosku, że są już gotowi, by sami się tam wybrać. Zamiast siedzieć przed domem, ruszają w odwiedziny do sąsiedniej szkoły. Starają się nie złamać przy tym zakazu wychodzenia na ulicę - wybierają drogę przez sąsiednie ogródki. Oczywiście droga pełna jest niespodzianek. Dzieciaki przegania z ogródka pan Sztorm, który wkrótce dołączy do tej wyprawy. Billy i Lotta dotrą w końcu do szkoły, zaspokoją ciekawość i wrócą do domu. Dla mnie to historia o mądrym przyzwoleniu dorosłych na eksplorowanie świata.   

Wydawnictwo EneDueRabe 2014, książka od wydawnictwa

wtorek, 23 września 2014

Na blogu dziś tekst Ilony o książce dla przedszkolaków:

W życiu wielu czterolatków pojawia się chwila, kiedy fascynują je smoki, rycerze, dinozaury i walka. Przedszkolaki walczą na wyimaginowane miecze z wyimaginowanymi jaszczurami, całkiem naprawdę siłują się z kolegami na dywanie i marzą o tarczy i hełmie. I to jest właśnie ten moment, kiedy w domu może pojawić się książka Christiny BjÖrk i Evy Eriksson „Rycerze i smoki”. 

Niektórych – jak mnie – może skusić nazwisko ilustratorki. Evę Eriksson pamiętamy z książeczek o Maksie i jego piłce, nocniku, aucie, pieluszce (ach, jak to było DAWNO!). Odnajdziemy ślady Maksia w rysach małych rycerzy i kresce sprawnie szkicującej opowiadaną anegdotę. 

Powiedzmy jednak od razu, że „Rycerze i smoki” to całkiem inny etap życia niż niewinny świat Maksia i jego zjedzonych ciastek. Jak mówi czteroletni Janek, „to książka o walczeniu”. Krótkie, dwu-, trzystronicowe opowiadania to historie rycerzy, znanych skądinąd z wielkiej literatury światowej, gdy byli dziećmi. Mały Artur, Hajmdal, Sigurd, Tristan – to jeszcze mali chłopcy, którzy żyją w świecie pełnym smoków . Czasem spotykają je w jamie pod tajemniczym drzewem, czasem trafiają na nie przypadkiem w lesie, czasem – hodują w domu jaszczurkę, która dorasta i staje się zionącym ogniem jaszczurem. I wtedy mali rycerze przystępują do walki ze smokami a ja, czytając wieczorem Jankowi opowiadanie, zastanawiam się, jak sobie wyobraża pewne sceny mój dzielny przedszkolak.

- Skoro tak, to zaraz was wtrącę do lochu – zagroził smok. – Oddawaj miecz!

- Nigdy w życiu! – zawołał Sigurd i przypomniało mu się, jak już raz udało mu się ugodzić smoka prosto w serce. Choć był to tylko Fafnir, jego treningowy smok. Ta myśl dodała mu odwagi. Zamachnął się i zadał Gramem cios w serce zamkowego smoka (Sigurd, Gram i smoki).

Mali rycerze marzą o walce i zabijaniu smoków. Nie wiedzą jeszcze, co oznacza śmierć. Używają tego słowa a najlepiej brzmiące frazy z upodobaniem powtarzają (ugodzę cię prosto w serce, Stefan!).

Nie wiem, jak i kiedy można powiedzieć dziecku, że ludzie czasem zabijają. Mam w związku z tym kłopot z tym fragmentami książki, które walkę pokazują jako przygodę. Wiem jednak, że już wkrótce klosz przestanie działać i Janek zetknie się z bogatym światem przemocy i śmierci w popkulturze. „Rycerze i smoki” są tu łagodnym preludium. Czytamy je więc wieczorami i widzę, że Janek zasypia spokojnie. Poza ciosami w serce, smoki pokonuje się wrzucając im do paszczy worek toffi, które skutecznie sklejają groźną paszczę. Myślę, że wspomnienie ich słodkiego smaku, zaciera ostre rysy walki.

Zakamarki, 2014, kupiona

czwartek, 31 lipca 2014

W samym środku wakacyjnej suszy pisze dla nas Ilona, mama czteroletniego Janka: 

Na początek muszę się przyznać: lubię skandynawskie książki dla dzieci. Niezwykle odpowiada mi ich sposób przedstawiania emocji: pozbawiony czułostkowości i infantylizmu a zarazem uczciwy i serio wobec małych czytelników. 

Podoba mi się ich nienachalna równościowość. Światy, w których ojcowie smażą naleśniki (jak w Yeti), dziadek jest wspaniałym towarzyszem wakacji (jak w opowieściach o Stinie) a mamusie nie boją się mieszkać w małym domku w bardzo ciemnym lesie (jak w Duchu, który się bał). 

Nic więc dziwnego, że sięgnęliśmy po cykl książek o Albercie Albertsonie. A raczej - nic więc dziwnego, że Albert Albertson, bohater serii książek Gunilli Bergstrom, dziarsko wkroczył na listę naszych ulubionych lektur.

Albert Albertson jest bohaterem, który żywo nteresuje czteroletniego czytelnika, jakim jest Janek. To, co zdarza się małemu chłopcu, który mieszka z samotnie (?) wychowującym go tatą, idealnie trafia w refleksje przedszkolaka o życiu. 

Co to są wyrzuty sumienia (Albert i potwór)? Co trzeba zrobić, żeby zaczytany tata oderwał się na chwilę od ukochanej gazety i pobawił w wyimaginowaną podróż (Nieźle to sobie wymyślileś, Albercie)? Jak to się dzieje, że rano tak trudno ze wszystkim zdążyć (Pospiesz się, Albercie)? 

Pomoże też trochę skonsternowanym rodzicom, którzy zastanawiają się, jak traktować zupełnie wymyślonych przyjaciół swych dzieci (Albert i tajemniczy Molgan). Tata Alberta radzi sobie z tym bowiem znakomicie.

Lubimy czytać o Albercie, bo ciekawią nas historie, które mu się zdarzają. Janek chce wiedzieć czy Albert odnalazł (i przeprosił) chłopca, którego niesprawiedliwie uderzył pięścią w nos w bezradnej złości (mnie podoba się, że złość w tej książce jest taka silna - na tym w końcu polegają problemy z nią!). Bardzo jest ciekawy, czy i gdzie odnajdzie się, zagubiona w ferworze zabawy, fajka taty. Lubimy też ogladać ilustracje: po skandynawsku czyste, nowoczesne, czasem w formie pomysłowych kolaży. 

Jak już jednak pisałam, Janek chyba najbardziej lubi oddawać się, zaraz po przeczytaniu, rozważaniom o życiu. Dlaczego Albert się tak bardzo zdenerwował? Dlaczego ktoś coś zrobił? Skąd się wziąl wymyślony kolega? I ja, chyba właśnie za tę nienachalną inspirację i brak natarczywego dydaktyzmu, bardzo cenię serię o Albercie.

Każde z opowiadań idealnie nadaje się na wieczorne czytanie - trwają akurat tyle, żeby przedszkolak był usatysfakcjonowany lekturą. Pozwalają dobrze podsumować i zakończyc dzień. I ewentualnie wyjaśnić jakieś trudne sprawy. Polecamy.

ps Tatę Alberta lubimy też za to, że lubi sobie zapalić dla odprężenia kompletnie niepedagogiczną fajkę. I za hasło "jeszcze tylko...". Nas też bardzo śmieszy!

sobota, 17 maja 2014

Dziś gościnnie na zaczytanych tekst Ilony - mamy czteroletniego Janka:

Przyznam się: dość podejrzliwe spojrzałam na "Tyranozaura i traktorzystki" Tiny Oziewicz z ilustracjami Oli Woldańskiej-Płocińskiej. Przemknęła mi przez głowę myśl, że ktoś tu próbuje podejść małych chłopaków, którzy, jak wiadomo, wielbią dinozaury i pojazdy z wielkimi kołami, na skróty. Niesłusznie, oj niesłusznie. Niech ciocia, która książkę dała, wybaczy! "Tyranozaur"okazał się dla czterolatka odkrywczą i bardzo inspirującą książką .

Tytułowe traktorzystki to dwie dziewczynki namalowane na porcelanowym talerzu do zupy. Najpierw poznają świat swojego talerza, podróżując motorem i traktorem przez krainę namalowaną na jego rancie. Później, gdy talerz zostaje rozbity, odważnie wkraczają w światy zawarte we wzorach tapet. Na jednej z nich - czy w pokoju jakiegoś małego chłopca?.. - spotykają strasznego tyranozaura. Na innej - czy to pokój mamy czy siostry?.. - wędrują przez sielską krainę pół i łąk pełnych stokrotek, i odpoczywają w bajkowym domku gościnnej babci. Małego Janka zafascynował fragment o poszukiwaniu nowego domu na talerzach w kuchennej szafce. 

No właśnie: co macie namalowane na Waszych domowych kubkach,miskach i talerzykach? Czterolatek skrupulatnie sprawdzi. Będzie zastanawiał się czy macie u siebie taki, który mógłby stać się nowym domem dla dziewczynek. Będzie dociekał, co czuje talerzykowa postać, gdy zalewa ją ciepła pomidorowa czy krupnik. Przyjemnie? Nieprzyjemnie? Dziewczynkom-traktorzystkom było przyjemnie. Prawie tak miło, jak podczas zmywania, gdy zalewała je ciepła piana i świat stawał się jasny i czysty. "Tyranozaur i traktorzystki" sprzyja domowemu fantazjowaniu. Co zrobilibyśmy, gdybyśmy weszli w obraz, który wisi na ścianie? Jakie przygody spotkałyby nas, gdybyśmy wskoczyli do fotografii na półce? 

Ogromna część uroku "Tyranozaura i traktorzystek" to ilustracje. Nowoczesne, czyste, oszczędne, mnie wydały się też bliskie estetyce słynnych porcelanowych figurek z Ćmielowa. Ta, na której groźny tyranozaur łypie na uciekający mu z paszczy traktor z dziewczynkami - mistrzowska!

Jeśli coś budzi w tej książce moje wątpliwości to baaardzo - i niepotrzebnie! - długie zdania. "Przez dolinę na dnie talerza wiła się polna droga, którą przyjemnie przemierzało się motorem, a na wnoszących się nad nią białych stokach namalowano obłoki". W następnym wydaniu poproszę o więcej kropek. Czytający rodzic musi jednak oddychać.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi nastolatków o książkach
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione