o książkach dla dzieci i młodzieży
poniedziałek, 16 września 2013

Drugi odcinek prawniczego serialu dla nastolatków.  

Młody wielbiciel prawa - Theodore Boone musi bronić sam siebie. A oskarżenie jest zupełnie poważne - kradzież sprzętu elektronicznego. Dowody wskazują na Theo Boone'a jednoznacznie. W jego szkolnej szafce zamykanej na zamek szyfrowy znaleziono część sprzętu, a na miejscu przestępstwa jego czapkę. Trudno w tej sytuacji zobaczyć niefortunny zbieg okoliczności. i nie tak na to patrzą policjanci prowadzący sprawę.

Ten tom przygód Theo jest bliższy życiu nastolatków niż poprzedni. Duża część książki koncentruje się na stosunkach szkolnych, ważne są relacje między uczniami, nauczycielami, dyrekcją. Napięcia w środowisku rówieśniczym są dobrze opisane i dość uniwersalne a sposoby reagowania władz szkolnych są interesujące, bo z kolei nieco odmienne od tych stosowanych w polskiej szkole. 

Lubię w tym serialu części opisujące zdarzenia z sal sądowych, szczególnie te z sądu dla zwierząt. Tym razem Theodore (w wątku pobocznym) broni w sądzie pewnej plującej lamy. Trochę to jest śmieszne, ale w gruncie rzeczy to nic innego, jak żywy przykład nauki skutecznej argumentacji.  

Wydawnictwo Albatros, 2012, książkę kupiłam na Kindle'a (o 10 złotych tańsza niż wersja drukowana).

środa, 21 sierpnia 2013

Zupełnie, ale to zupełnie nie znam się na komiksie. Oczywiście jako dziecko swoich czasów czytałam wszystkie Tytusy, dzięki bliskim relacjom z Szarlotą Pawel znałam na pamięć wszystkie Kleksy, Jonki i Jonków, uwielbiałam Profesorka Nerwosolka, Billa Bąbelka i Bufallo Kudłaczka z komiksów Tadeusza Baranowskiego. Więc wychowanie jakieś tam odebrałam, no ale jednak się nie znam. Piotr Nowacki, rysownik, zaproponował, żeby spojrzeć na jego prace, więc spoglądam. Laickim okiem matki, która czyta dzieciom i która lubi czytać. I która lubi też obrazki.

„Om” to plansze bez tekstu, czarno-białe, z mocną, pewną kreską. Ich bohater ma raczej nudne życie – pobudka, śniadanie, szkoła... Aż pewnego razu jajo, które chyba ma się ugotować, ożywa. Rodzi się przyjaźń. Brutalnie przerwana, gdy jajo zostaje porwane. Nasz bohater musi je odnaleźć i uratować. Przygód, groźnych i niebezpiecznych, ma bez liku. Ale choć odnajduje jajo, koniec opowieści niewiele ma wspólnego z happy endem.

Natomiast „Tim i Miki w krainie Psikusów” to już klasyczny komiks, z dymkami, wyraźnie i prosto zarysowanymi postaciami i fabułą. Właśnie – fabuła sprowadzona do kilku zdań może brzmieć zachęcająco. Wszyscy rodzice zniknęli i wszystkie dzieci, przestraszone, zostały same, więc Tim i Miki ruszają przez tajne przejście do krainy Psikusów na poszukiwanie mam i tatusiów. Spotykają same przerażające postacie: kapitana Marszczybrewkę, Lorda Valdemara, smoka. Ale ponieważ tu wszystko jest na opak, wszystkie czarne charaktery okazują się ostatecznie bardzo miłymi postaciami.

Zabawne, bo z całą moją laickością komiksową dostrzegam tu dwie ścieżki inspiracji. Po pierwsze, „Gucio i Cezar” Butenki, co widać w skrótowości opowiadania, w wariackich, czasem absurdalnych zwrotach akcji, wreszcie w oszczędności rysunku. Po drugie, Baranowski właśnie, co zauważyć można przede wszystkim w kresce, jaką rysowana jest część postaci w „Timie i Mikim”, w naturze przygód, jakie spotkają bohaterów, w specyficznym dowcipie. No i właśnie z dowcipem, jak sądzę, jest tu największy problem. Wydaje się zbyt nachalny, zbyt mocno autor scenariusza próbuje zaznaczyć, że to, co ma być śmieszne, naprawdę jest śmieszne. W ogóle zbyt często tłumaczy czytelnikom to, co powinni pojąć sami, nie wierząc chyba w ich inteligencję. Nachalność dotyczy też odwołań do bajek i innych klasycznych już opowieści, takich jak trylogia Tolkiena czy cykl o Harrym Potterze. Niby to tylko maleńkie odniesienia, ale jakoś brak im subtelności.

Co ciekawe, jeśli chodzi o sam rysunek, to nawet jeśli dostrzegam jakiś rys zapożyczenia, zupełnie mnie to nie razi. Tu widać autorską kreskę, a skojarzenie z Baranowskim zupełnie tego nie przekreśla. Być może dlatego wolę „Oma”, bo tu scenariusz polega tylko na rysunku, a to wielka sztuka, opowiedzieć w tak skrótowej formie tak bogatą historię. Tu fantazji nic nie krępuje i, co najważniejsze, autor nikomu nie chce się przypodobać. No i nie ma tekstu, który w „Mikim i Timie” czasem drażni. No ale może drażni tylko mnie, bo nie jestem już dzieckiem, nie jestem też szczególnie młoda, a w głowie mam tylko cytaty z Tytusów i z Profesorka Nerwosolka.

 

Polskie Stowarzyszenie Komiksowe i timof i cisi wspólnicy 2012 ("Om") i 2013 ("Tim i Miki")

 

 



Tagi: komiks
11:25, flamboy
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 05 sierpnia 2013

Co mi się podoba:

  • proste, komunikatywne rysunki ilustrujące dźwięki.

  • mnóstwo dźwięków, a więc i mnóstwo prostych, komunikatywnych rysunków.

  • podczas gdy wszystko zawsze wydaje jakieś dźwięki, ślimak tylko elegancko porusza czułkami.

  • wreszcie wiem, jak robi mewa.

  • dźwięk karetki i dźwięk straży pożarnej brzmią inaczej. Bo brzmią.

 

Co mi się nie podoba:

  • dlaczego niby szpinak robi błee? Dlaczego dzieciom z miejsca wmawiać, że szpinak jest obrzydliwy, skoro wcale nie jest. (przewiduję zarzuty, że jestem drętwa i czepiam się uroczego dowcipu).

  • Po co mówić dziecku jak robi pistolet? Wolałabym, żeby moje dzieci nie wiedziały, jak robi pistolet. W ogóle wolałabym, żeby pistolety przestały istnieć. I nie przekonają mnie argumenty, że każde z dzieci i tak zetknie się w końcu z zabawkową bronią.

 

Bilans niezły, ale jest wada zasadnicza, która mnie smuci z pewnością nie bardziej, niż samo wydawnictwo. Otóż „Księga dźwięków” to książka gruba, ładna, poręczna, ale skazana na rozpad. Po kilku dniach wertowania po prostu rozkleja się i rozpada na kawałki. Stało się tak nie tylko z moim egzemplarzem, ale z wszystkimi, które namierzyłam wśród znajomych. Wielka szkoda i wielka strata. Pomysł na książkę jest tak prosty, a jednocześnie tak oczywisty, że aż zadziwia mnie, że dotąd takiej nie miałyśmy. Niestety, nie mamy już i tej. Przynajmniej w całości. Jedyna pociecha, że pojedyncze kartoniki też mogą sprawić frajdę.

Wydawnictwo Dwie Siostry 2013



wtorek, 23 lipca 2013

 

No właśnie. Ciekawe, co myśli o tym królowa. Z uroczo absurdalnej pozycji Pawła Mildnera z pewnością się tego nie dowiecie. 

Kartonowa książka jest debiutem wrocławskiego rysownika, który, jak czytamy na stronie wydawnictwa, fascynuje się grafiką z połowy XX wieku i międzynarodową sceną graffiti. Fascynacje te są widoczne w jego książce. Graficznie mnie kupił. Mam wrażenie, że Paweł Mildner sam dobrze się bawił przy tworzeniu tej książki i jego pracę traktuję jak zaproszenie do zabawy.  Absurd jest mi bliższy niż realistyczne wyczekiwanie na narodziny królewskiego potomka. Zatem:

"Słyszycie muzykę? Pokręćmy pupami. Ten robot ma kłopot z jedzeniem sztućcami."

Wydawnictwo Dwie Siostry, 2013, książkę dostałam od wydawcy

piątek, 19 lipca 2013

Dziecko na obozie harcerskim na Mazurach czeka na listy. W lesie dzieciaki przez trzy tygodnie nie mają komórek, komputerów, ipodów, nie można się wykpić smsem czy mailem. Pamiętam swoją kartkę z Kleksem Szarloty Pawel, którą wysyłałam rodzicom z warsztatów dziennikarskich "Świata Młodych".

Teraz też szukam ciekawych pocztówek. Skrzywienie mam, o czym wiecie, w stronę literatury dla dzieci. Zawsze sprawdzali się Szwedzi z księgarni Badet. W tym roku do Marii pofrunęła kartka z Findusem i Pettsonem przy świątecznej choince (hi hi). Trzeba powiedzieć, że w Badecie kartki są mocno przebrane.

W Empiku trafiłam na ładne kartki z kotami Elżbiety Wasiuczyńskiej. "Kochana córeczko..." Wypełniam nierównym pismem (równo już tylko na komputerze) i przypominam sobie radość z ręcznego pisania listów. 

Udało się Wam znaleźć jakieś ciekawe pocztówki? 

  

10:51, zefi-rynna , wyznania
Link Komentarze (2) »
środa, 17 lipca 2013

Rozstaliśmy się ze szkolnymi lekturami. W końcu czytamy co chcemy. Ignacemu "Harry Potter i Zakon Feniksa" pomaga przetrwać wieczory na pierwszym obozie. Pola chichocze przy "Pamiętniku grzecznego psa". Drugą część kilkunastotomowej sagi o Wampirku ("Wampirek przeprowadza się") czytamy wspólnie wieczorami. Nie jest to wybitna książka, ale można połknąć z przyjemnością. Na deser - "Pięcioro dzieci i coś", w nowym - starym wydaniu. Ja zabrałam ze sobą powieść Pamuka, reportaże z turystycznych rajów i opowiadania Alice Munro. Moim zdaniem idealnie dobrany wakacyjny zestaw.
A wy, co czytacie w lesie, na plaży, pod namiotem, w hotelach, pociągach i samolotach?
czwartek, 11 lipca 2013

Jak dla mnie książka Leny Anderson jest czystą esencją lata i szczęścia.

Poznajcie bohaterów książki i miejsce akcji:

"To jest Stina. Dziadek nazywa ją czasem poszukiwaczką skarbów. Bo Stina bez przerwy szuka rzeczy, które wyrzuciło morze, albo takich, które po prostu leżą gdzieś i czekają, żeby je znaleźć. Piórka, patyki, dziwne słoiczki... Na wyspie można znaleźć naprawdę wszystko. A Stina właśnie jest na wyspie.

Każdego lata Stina mieszka u dziadka w małym szarym domku na jednej z wysp archipelagu. A to dziadek. Siedzi i pije kawę. Stina dopiero co się obudziła. Jest bezwietrzny poranek. Morze wygląda, jakby ktoś je wyprasował. Ani jednej zmarszczki."

Kocham Szwedów za książki dla dzieci z tak zbudowaną atmosferą.

Dziewczynka dostaje od kochającego dziadka mądrą troskę, czułą opiekę i przede wszystkim niezagłaskaną możliwość  samorozwoju. To człowiek, który ceni jej samodzielność i pozwala jej brać udział w domowym życiu. Dziewczynka sama zgłasza swoją kolejkę do zmywania naczyń po obiedzie, który przygotowywała wspólnie z dziadkiem. Starszy Pan zajmuje się Stiną bez komputera, telewizora i innych gadżetów elektronicznych, dziewczynka bawi się zabawkami samodzielnie skonstruowanymi ze skarbów wyrzuconych przez morze. Zamiast bajek tv dziewczynka słucha historii opowiadanych przez staruszków. Jej najdziwniejsze pomysły, dziadek komentuje "Co ty powiesz..." I jest w tym refrenie dziadka mnóstwo miłości i akceptacji. 

Życzymy Wam takich miłych wakacji.

ZAKAMARKI, 2013, kupiona kilka razy na prezent

środa, 03 lipca 2013

Tuż przed wyjazdem na wakacje, kąpielami w jeziorze, zbieraniem jagód (już są, wyjątkowo dorodne) i kleszczy, hodowaniem brudu na stopach oraz innymi letnimi atrakcjami, trochę z przekory, ale przede wszystkim z sympatii polecamy zimową przygodę Mati i Uno.

Podczas szusowania po stoku bracia gubią się i spotykają trochę strasznego, trochę intrygującego stwora. Yeti, tajemniczy człowiek śniegu, porywa chłopców i zabiera ich do swojej groty. Robi się groźnie, do momentu, gdy na pytanie „Lubisz nas?”, stwór odpowiada: „Yecik, plecik, piruecik”. Yeti z poczuciem humoru nie może przecież zrobić nikomu krzywdy! W dodatku okazuje się, że w grocie mieszka ktoś jeszcze. Po wspólnym posiłku i drzemce człowiek śniegu zabiera chłopców do domu. A tam czeka tata z naleśnikami (powinnam się już przyzwyczaić, że w skandynawskich książkach ojcowie gotują tak samo często jak matki, ale ciągle mnie to cieszy). Po powrocie do domu Mati i Uno spostrzegają na półce pewien charakterystyczny przedmiot. Okazuje się, że nie tylko oni spotkali w górach Yeti...

„Yeti” to jedna z tych książek obrazkowych, która zostaje w pamięci. Zabawnie zilustrowana, odpowiednio dawkująca napięcie, grozę i humor. Yecik, plecik, plums.

Wydawnictwo Zakamarki, 2012

poniedziałek, 01 lipca 2013

Nie bardzo wiedziałam, czy kupować dla trzylatki, czy nie za stara, czy może na zapas dla niespełna rocznej. Książka już w domu jest. Trzylatka szczęśliwa, ogląda/czyta codziennie, a młodsza za kilka chwil pewnie dołączy. I o to w zasadzie nam chodzi.

Moja ulubiona Pani specjalistka od małych dzieciaków, Dorota Chodkowska-Błacha, zachęcała mnie do tej książki mówiąc, że to takie memory w książce. Coś w tym jest. Najpierw poznajemy wszystkie zwierzątka, które pojawią się w książce. Opisane, przedstawione jak należy. A potem już lecą zagadki – kto się schował? Kto śpi? Kto płacze? Kto się odwrócił? I najtrudniejsze, kiedy robi się na kartce ciemno i widać tylko oczy zwierzaków, a trzeba wszystkie rozpoznać, przypominając sobie, gdzie który siedział. Niby pomysł prosty, może zbyt prosty, żeby zagrać, a jednak gra. Bo taka zabawa nie jest bardzo trudna, a raczej przyjemna. A przecież zawsze to jednak ćwiczenie głowy, pamięci, spostrzegawczości.

No i grafika pierwszorzędna. Autorem jest Japończyk, Satoru Onishi, a więc (tu trochę uderzę stereotypem) mamy ilustrację pełną wysmakowanej prostoty. Zwierzęta sprowadzone do kilku mocnych kresek, płaskie, w intensywnych barwach. Tylko tyle, by je rozpoznać i zapamiętać. I ja bardzo taką skrótowość cenię, bo te zwierzaki są i piękne, i bardzo funkcjonalne. Równo poustawiane w rządkach na stronie, dają poczucie ładu, ale nie nudy. To książka prosta, ale jednocześnie wymagająca. Pozbawiona fabuły, ale włączająca patrzenie i myślenie. Dlatego będzie i dla starszej, i dla młodszej.

 

Wydawnictwo Alfabet 2013



sobota, 29 czerwca 2013

W tym roku mamy w rodzinie na pieńku z komarami. Pewien komar tygrysi - roznosiciel dengi zepsuł nam wspaniałe wakacje na Sri Lance. Wpomnienia z wyprawy mamy piekne, ale muszę powiedzieć, że zblakły one poważnie w czasie pobytu Mary w Zakaźnym Szpitalu tuż po powrocie. W książce Amy Stewart czytamy: "Komary przenoszą nie tylko malarię, ale także dengę, żółta febrę, gorączkę doliny Rift i około setki innych ludzkich dolegliwości. W przybliżeniu jedna na pięć przenoszonych przez insekty chorób pochodzi od komarów, co czyni je najbardziej zabójczymi owadami na świecie." Zważywszy na to, że przywlekliśmy tylko jedną dengę, można powiedzieć, że uszło nam na sucho.

Książka "Zbrodnie robali. Wesz, która pokonała armię Napoleona i inne diaboliczne insekty" to świetna sensacyjna książka naukowa o robalach. Amy Stewart opowiada "cudownie przerażające historie" o życiu i zwyczajach robaków okropnych, zabójczych, niszczących, sprawiających ból czy siejących grozę. Czy wiecie, że akarofobia to lęk przez roztoczami i świerzbem? A isopterofobia to strach przed owadami jedzącymi drewno? Jeśli chorobliwie lękacie się wszy, cierpicie na pedikulofobię a jeśli dopada was strach na widok motyla,  być może macie lepidopterofobię. A jak Wam się podoba żart żołnierzy walczących w wojnie secesyjnej, którzy mówili, że nie muszą dźwigać swoich racji żywnościowych, bo zarobaczone jedzenie maszeruje samo? Paskudne, prawda?

Zebrane przez autorkę informacje i anegdoty to świetny materiał dla:

  1. młodych detektywów,
  2. początkujących pisarzy powieści kryminalnych, 
  3. otwierających wakacyjny sezon tropicieli.

Dzięki akwatintom i rysunkom Briony Morrow-Cribbs książka jest zupełnie niezwykła. Ma wdzięk starych atlasów przyrodniczych. 

Polecam. Pewnie warto też sięgnąć po pierwszą książkę Amy Stewart "Zbrodnie roślin"

Wydawnictwo WAB, 2012, z biblioteki

15:38, zefi-rynna , naukowe
Link Komentarze (2) »
| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi nastolatków o książkach
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione