o książkach dla dzieci i młodzieży
czwartek, 12 marca 2009
Kryminał Martina Widmarka dla najmłodszych czytających. Jeden z pierwszych w serii popularnej w Szwecji i popularyzowanej w Polsce przez Wydawnictwo Zakamarki. Książka bardzo ładnie wydana, w twardej oprawie, z rozśmieszającymi ilustracjami Heleny Wilis (kreska, jak lubię).

Akcja.

Zagadkowe zniknięcie horrendalnie drogiego psa niezwykle rzadkiej rasy. Kto mógł maczać w tym palce? Młodzi detektywi Maja i Lasse mają trudne zadanie. Aż cztery osoby miały motyw, by popełnić przestępstwo i wszystkie zachowują się podejrzanie.

Dla czytającego dziecka to świetne ćwiczenie na myślenie, samo może, jak detektyw zastanawiać się, o czym świadczy zachowanie podejrzanych. Marysia była podekscytowana czytaniem i roztrząsaniem motywów. Ale obie mamy wrażenie, że książka kończy się za szybko. I jak na książkę na połknięcie przydałoby się też jej broszurowe, tańsze wydanie. Wiem, że nie będzie tak piękne, ale bardziej dostępne (w planach 16 tomów, kiedy przeliczam i za każdy mam zapłacić ponad dwadzieścia złotych, to nie wiem). Twarda oprawa jest zaletą książek dla najmłodszych, tym siedmioletnim można już zaufać, że nie zaślinią, inna sprawa to ta, że kryminału nie da się czytać 100 razy, bo zagadka została rozwiązana. Książka jest za prosta, żeby ją zaczytywać bez końca. W broszurowym wydaniu Mary mogłaby kolekcjonować serię - ona oczywiście chce mieć wszystkie części, ja myślę raczej o wypożyczeniu ich z biblioteki, na taki jeden haps.

Książka jest rekomendowana dla dzieci wprawiających się w nauce czytania. Jej atuty to duże litery, wciągająca akcja. Jednak, niech będzie, żem drobiazgowa, nie nazwałabym łatwym czytanie wszystkich szwedzkich  i nie tylko szwedzkich nazwisk (np. Riita Heijalainen, Ronny Hazelwood, Rune Andersson, Pierre Chaloppes) dodatkowo w tym tomie trudne nazwy odmian jabłek (Gravenstein, Champion, Granny-Smith, Jonatan). Zacina się na nich nawet w miarę wprawiony w czytaniu ośmiolatek. To taka mała uwaga.
wtorek, 10 marca 2009

Spotkałam się z opinią, że tłumy dorosłych zachwycających się przygodami Harrego Pottera świadczą o tym, jak daleko posuwa się infantylizacja naszej kultury. Czytam Pottera z prawdziwa przyjemnością, podobnie jak wielu moich znajomych. Wydaje mi się odwrotnie, że dzieci za wcześnie zaczynają go czytać. Wśród siedmioletnich kolegów Marysi wielu już oglądało film i kilkoro słuchało audiobooków. Za wcześnie w moim odczuciu. Nie mówię że mają czekać do trzydziestki, ale jeszcze trochę.

Recenzowanie siedmioksiągu J.Rowling przerasta mnie. Oczywiście.

Chciałam Wam pokazać książkę "Barry Trotter i bezczelna parodia". O ile przy oryginalnej historii mogę marudzić, że siedem lat to za mało, by się czytaniem Pottera porządnie nacieszyć, to i tak, myślę sobie, wielkiej krzywdy nie będzie, ot, mniej przyjemności w przyszłości. O tyle książka Michaela Gerbera "Barry Trotter i bezczelna parodia" powinna mieć na okładce napis: od lat 16, i dziesięcio- dwunastolenie dzieciaki raczej nie powiny do niej zaglądać. A tak sobie  myślę, że niektorym rodzicom (i ciociom, wujkom) mogło przyjść do głowy, że kupią dziecku śmieszną parodię, bo tak lubi Harrego a cykl się skończył.

To nie jest książka dla dzieci i młodszej młodzieży.
Główny bohater i jego przyjaciele mają po dwadzieścia lat. Parodystyczne ostrze uczyniło z nich wszystkich matołków. Wiodą nieco zapijaczone życie, odganiają się od napastliwych seksualnie mugolskich lasek. Książka jest zbyt wulgarna, jak na mój gust, pełna żartów z poziomu kupy i spermy, wymieszanych z cytatami typu "hasło: Majteczki w kropeczki".

Wśród idei parodii znalazłam ośmieszenie komercyjnej otoczki serii o Harrym, a przecież Barry idealnie się w komercyjną otoczkę wpisuje.


Na różnych stronach spotkałam wiele pozytywnych opinii całej serii, także od wielbicieli Pottera. Zatem ona się może podobać, ale ja raczej po inne tomy nie sięgnę.

Nie jest to książka dla dzieci. Nie jest dla mnie. I jeszcze z pewnością nie jest dla tych, którzy Harrego nie czytali. Żeby pojąć dowcipy o kupach, trzeba najpierw uczciwie przeczytać oryginał.

sobota, 07 marca 2009

To jakieś nieporozumienie.
Ten prequel do "Ani z Zielonego Wzgórza".

Oczywiście moje największe zastrzeżenie jest takie, że nie napisała go Lucy Maud Montgomery prawie wiek temu.

"Ania z Zielonego Wzgórza" jest najważniejszą lekturą mojego dzieciństwa. Rozdział Mateusz rzecznikiem bufiastych rękawów czytałam sto razy i znałam swego czasu niemal na pamięć. Przeczytałam wszystkie części i na różnych etapach wracałam do historii o Ani nie Andzi. Lubiłam Anię i jako dziewczynkę i jako młodą studentkę i wreszcie jako szczęśliwą mężatkę i matkę gromadki dzieci. Z całego cyklu tylko "Rillę ze Złotego Brzegu" przeczytałam bez większej przyjemności i tylko dwa razy.

Budge Wilson, której "Drogę do Zielonego Wzgórza" wydało właśnie (luty 2009) Wydawnictwo Literackie, dostała zlecenie od wydawnictwa na  opisanie losów Ani od urodzenia do dnia, kiedy trafiła na Zielone Wzgórze. Oczywiście też zastanawiałam się nieraz jak dziewczynka, która została tak mocno skrzywdzona w dzieciństwie, mogła wyrosnąć na osobę tak pozytywnie nastawioną do świata i przede wszystkim tak ufną wobec ludzi i nie miałam pomysłu, jak to mogło się zdarzyć. Myślę sobie, że gdyby to w ogóle było możliwe do opisania, Lucy Maud Montgomery napisałaby dla nas tę książkę, przecież po sukcesie Ani napisała mnóstwo powieści i opowiadań rozszerzających nawet bardzo poboczne wątki.

Żeby ocalić w dziewczynce  zaufanie do świata, pogodę ducha, autorka "Drogi do Zielonego Wzgórza" wzbogaciła jej trudne dzieciństwo (wczesne sieroctwo, ciężka praca, brak miłości)  o ważne, kochające ją, opiekuńcze osoby. Są to w kolejności - Eliza najstarsza córka Thomasów, która matkuje Ani od urodzenia, potem nauczyciele - pan Johnson - samotnik, który wprowadza Anię w świat wzniosłych słów, i panna Henderson szkolna nauczycielka, która dostrzega zapał do nauki Ani i otacza ją troskliwą opieką. W następnym domu, do którego trafia osierocona dziewczynka, domu państwa Hammondów, Anię wspiera akuszerka panna Haggerty i nauczyciel pan McDougall. O wszystkich tych osobach Ania pamięta jeszcze w sierocińcu - w którym przebywa bardzo krótko. Nie może być tak (bo jest to zupełnie niespójne), że zapomina o nich z chwilą przybycia do domu Maryli i Mateusza Cuthbertów.

Trudność w zadaniu, jakiego podjęła się współczesna pisarka, polega na tym, że przeszłość Ani Shirley to nie tabula rasa. Ania opowiada o swoim dzieciństwie, kiedy pojawia się na Zielonym Wzgórzu a później, choć oszczędnie, zdarza się jej wspominać te czasy. I wspomienia i przeszłość muszą być spójne.

Przecież jedenastolatka nie mogła zapomnieć, że chodzenie do szkoły było dla niej tak ważne. Nie mogła zapomnieć, że już się modliła i robić to jeszcze raz po raz pierwszy. I jeszcze mnóstwo drobiazgów, np. kolor dróg. Pamiętacie rozmowę Ani i Mateusza, kiedy wiezie ją pierwszy raz do Avonela bryczką. Ania wpada w zachwyt  pyta, dlaczego drogi na Wyspie Księcia Edwarda mają kolor czerwony, Mateusz nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie, Ania mówi:
"-A więc jest to jeszcze jedno, na co musze poszukać odpowiedzi. Czy to nie jest przyjemnie wiedzieć, że jest tak dużo rzeczy, które jeszcze poznamy? I właśnie sprawia, że ja sie tak cieszę życiem..."
Czy to mogła powiedzieć ta sama osoba, która dowiedziała się o czerwonych drogach w szkole dwa lata wcześniej?

Coś nie współgra. Zupełnie.

Mam jeszcze inne uwagi. Nie wyszło moim zdaniem zupełnie pokazanie, jak Ania dochodzi do wyszukanego języka, może to jest moment zgubiony w tłumaczeniu, myślenie Ani w narracji jest bogate w słowa dużo wcześniej, ona cała jest bardzo (przesadnie) dojrzale myślącą dziewczyną już w wieku pięciu lat.  Na kartach powieści nie dojrzewa - po prostu jest dojrzała i pełni rolę psychologa dla dorosłych bohaterów. To jest karykaturalne, jak kilkuletnie dziecko robi psychoterapię zgorzkniałej kobiecie, rozczarowanej życiem żonie alkoholika, z nim samym również przeprowadza rozmowy terapeutyczne.  Później diagnozuje depresję poporodową u matki po urodzeniu trzeciej z rzędu pary bliźniąt. Opis  pani Hammond popadającej w baby-blues przywodzi na myśl jakiś współczesny poradnik dla kobiet. Za dużo tego.

Nie wystarczy oddać z grubsza realiów dawnych czasów, by odtworzyć atmosferę jednej z najpiękniejszych książek dla dziewcząt.

Autorka "Drogi do Zielonego Wzgórza" wypowiada się o swojej pracy następująco: "Mam świadomość, że wielbicielki  mogą mieć ochotę mnie rozszarpać". Nie mam ochoty jest mi tylko smutno.

 
Każda dziewczynka, no prawie każda dziewczynka, przechodzi jak przez ospę wietrzną przez etap uwielbiania różowego koloru. Często chce wtedy nosić tiule, koronę na głowie i skrzydła u ramion i koniecznie mieć kucyka. Idealna książka na tę porę to "Trzy małe królewny" duetu Georgie Adams i Emily Bolam. Mimo różowej okładki, ilustracje w środku nie są mistrzostwem różowego kiczu, są kolorowe, oryginalne, niespokrewnione z Disneyem. Przygody Nasturcji, Lewkonii i Malwy są ciekawe, oczywiście myślą one o strojach i balach, ale też potrafią mimochodem uratować królestwo przed zniknięciem w wielkiej chmurze dymu. Nie jest to książka, którą się dobrze czyta rodzicom, jest w dużej mierze obrazkowa, za dużo jest chaosu na stronie, różne kroje czcionek, różne typy tekstu (komiks i zwykła narracja). Dzieciom sprawia mnóstwo radości. Odkąd Mary nauczyła się składać litery w słowa, przy takich książkach mówię, że może sobie sama czytać. Wysłuchałam wieczorami całych 88 stron "Trzech małych królewien" i jest to książka, przy której Mary nabrała wprawy w czytaniu. Nawet pisma w kroju zbliżonym do pisanego ręcznie.

Nie mogę jej niestety polecić każdej dziewczynce na pierwsze samodzielne czytanie. Z uwagi na natłok elementów na stronie nie jest z pewnością to książka dla dzieci z grupy ryzyka dysleksji, im chaos i zmiany kroju czcionki uniemożliwią czytanie.

Można ją przeczytać młodszym dziewczynkom. Przedszkolakom. Podobnie jak dwie inne książeczki z serii "Trzy małe piratki" i "Trzy małe czarodziejki". Ja mogę ich wysłuchać w ostateczności.
czwartek, 05 marca 2009
"Pętla Sokolnika" Mary Hoffman nie jest wbrew zapowiedziom wydawcy "Imieniem róży" dla młodzieży.

Młodzież niech lepiej przeczyta "Imię róży" dla dorosłych. Podobieństwa polegają na tym, że obie są o zakonnikach i w obu mamy zbrodnię. Na tej zasadzie podobne są Zbrodnia i kara i kryminały Agaty Christie. Nikt nie pisze, że Agata, to taki Dostojewski dla młodzieży.

Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by młodzież się rozerwała, czytając "Pętlę sokolnika". Bardziej ona przypomina "Kroniki Brata Cadfaela" - typową literaturę popularną, której bohater jest mnichem z przeszłością i rozwiązuje zagadki kryminalne.
W Pętli Sokolnika mamy więcej wątków romansowych, ale jest to niewątpliwie kryminał w historycznym kostiumie.  Detektyw w habicie świetnie się sprawdza w swojej roli. Powieść opowiada też o uczuciu rodzącym się między Silvanem - młodym, niewinnie oskarżonym mężczyzną z dobrego domu  i Chiarą - dziewczyną z niezbyt zamożnej rodziny, która wbrew swej woli zostaje wysłana do klasztoru. Rozwikłanie zagadki kryminalnej jest ich wspólną drogą do wolności.

Najbardziej podobało mi się to, co w tle. Zakonnice i mnisi mieszkający w sąsiednich klasztorach pracują przy produkcji barwników, które sprzedają malarzom fresków w niedalekim Asyżu. Wprowadzenie do powieści postaci artysty Simona Martiniego, który namalował freski w kaplicy św. Marcina, opisy pracy sióstr i braci zakonnych nad uzyskaniem idealnych barw, i ich wypraw z barwnikami do Asyżu, podglądanie pracy malarzy artystów i pomocników to wszystko oddaje atmosferę średniowiecza bardziej niż złowrogi sztylet czy skrywana przez zakonnika wielka miłość.
W "Pętli sokolnika" średniowiecze jest barwne jak karta w drogiej, ręcznie kopiowanej, starej księdze. 
środa, 04 marca 2009
"Wyprawa Tapatików" Marty Tomaszewskiej może być dobrym wstępem do  czytania powieści Stanisława Lema.

Bohaterowie powieści, mieszkańcy malowniczej Planety Tapatia wyruszają w poszukiwaniu własnych korzeni  i jak się później okaże także z misją ratunkową na Ziemię, której zagrażają Mandiable - Pożeracze Kwitnących Planet. Jest to wyprawa rodzinna. Z Dziadkiem na czele, z Babcią w odwodzie ruszają wnuki - Tapati, Tapatik i ich brat cioteczny Bimbel - nieznośny, rozpieszczony jedynak.
Mamy w książce i przygodę i fantastykę i problemy dzieciaków. Statek kosmiczny,  Robot kuchenny XL starego typu - co sam podkreśla, w przeciwieństwie do nowoczesnych wyspecjalizowanych, które potrafią np. tylko przyrządzać  lody kokosowe i nic więcej, aerotraksy - osobiste przyrządy do błyskawicznego przenoszenia  się z miejsca w miejsce, odkurzacze do chmur deszczowych i  liczne pomniejsze wynalazki są nieodzowne w powieści tego gatunku. Oprócz porcji przygód mamy jeszcze typowe problemy rodzinne. Obserwujemy, jak babcia radzi sobie z humorami dziadka, z jego bardzo rozbuchanym ego, jak rodzeństwo rywalizuje między sobą.

Pierwszą część Tapatików kupiłam w zeszłym roku  za 10 złotych w taniej  w księgarni. Czteroksiąg o mieszkańcach planety Tapatia, którzy wyruszają w poszukiwaniu własnych korzeni z misją ratunkową na ziemię (zagrażają jej Mandiable, pożeracze kwitnących planet) powstał  w latach siedemdziesiątych i był najpierw (przynajmniej pierwsza część) drukowany w odcinkach w "Płomyczku". 

Pierwsze dwa tomy przeczytałyśmy (ja plus Maria lat siedem) nie mogąc się oderwać od historii, dwa następne czytałyśmy wolniej, byłyśmy trochę znużone, nie było jednak mowy, żeby rzucić książkę w kąt, nie.
Dużo rozmawiałyśmy o bohaterach o ich tęsknocie za ojczystą Planetą. Musiałyśmy doczytać do końca, i przekonać się na własne oczy i uszy, że Tapati, Tapatik, Bimbel, Babcia,Dziadek i Robot kuchenny XL powrócili szczęśliwie do siebie. Tę książkę można czytać w różnym wieku, myślę zainteresuje także chłopców w wieku 6-10 lat.

To nowe wydanie, moim zdaniem świetne, ciekawe graficznie z ilustracjami-fotografiami  Andrzeja Pilichowskiego-Ragno nie przyniosło zysków wydawcy, nie widać  wydawnictwa (Kowalska/Stiasny), nie słychać też o wydaniu następnych części, a szkoda.

Następnych części trzeba szukać w bibliotekach. Dziś łatwiej jest kupić audiobook z tekstem Tomaszewskiej niż książkę.  Dwie pierwsze części wydał Storybox. Dalsze dwie tylko na allegro. Można też poszukać na półkach u znajomych. (Taszy, dziękujemy za ostatnią).

PS. Zdobywając zuchową sprawność astronoma, Marysia  odkryła, że Tapatia nie należy do Układu Słonecznego. "To by się zgadzało"  mruczy pod nosem, porządkując swój świat.
wtorek, 03 marca 2009
Na rozświetlonych ulicach i w mrocznych zaułkach XIX wiecznego Londynu rozgrywa się akcja detektywistycznej powieści dla młodzieży "Zadziwiające i niezwykłe przygody Horacego Lyle'a".

W czasach, w których ludzie z jednej strony wierzyli w dobroczynną moc postępu technicznego, z drugiej zaś skłonni też byli wierzyć frenologom w to, że wypukłości na czaszce mogą odpowiadać za szczególne uzdolnienia człowieka, w tych właśnie czasach  w Londynie działa błyskotliwy zespół detektywistyczny. Dobrze dobrana ekipa to postawa  powieści tego typu. Przedstawiam Państwu Horacego Lyle'a -  szefa. Konstabl Lyle to racjonalista, wynalazca, typ szalonego naukowca, który udaje, że go bardziej ciągnie do menzurek i odczynników niż do sztuki dedukcji, w której jest biegły. Towarzyszą mu - Teresa - dziecko ulicy, przedstawicielka złodziejskiej profesji (niezbyt w niej biegła - została przyłapana przez Horacego na gzymsie podczas próby włamania), panienka  z błyskiem w oku, mocno nieletnia, mało wykształcona, niezbyt oczytana, co nadrabia wrodzoną inteligencją  i Tomasz - przedstawiciel wyższych sfer, lordowski synek, dobrze wychowany, zbuntowany nastolatek. W skład zespołu wchodzi jeszcze duże, zabawne psisko Tate, który nie ma wielu cech psa gończego.

Zagadka, z którą przychodzi się zmierzyć ekipie jest bardzo skomplikowana. Mamy tu  kradzież starożytnej chińskiej misy, mafijne próby zawładnięcia światem, hipnotyzerów i ich media wykorzystywane w niecnych celach. Wielcy i różni inni tego świata próbują przeszkodzić w rozwiązaniu zagadki, ale wynalazki Horacego Lyle (ma ich pełne kieszenie) przytomność umysłu Teresy oraz  prezencja i maniery lorda Tomasza gwarantują im sukces.

A czytelnikowi świetną zabawę przy czytaniu.

Powieść młodziutkiej Catherine Webb (autorka miała 20 lat, kiedy ją opublikowano) jest sympatyczna. Lekko napisana. Jednocześnie jest to soczysta proza pełna pełnokrwistych postaci i plastycznie opisanych przedmiotów, zupełnie nie nudna mimo wielokrotnego wchodzenia autorki w szczegóły i szczególiki w opisach. Spod pióra autorki wyszedł Londyn, tętniący głośnym życiem w dzień i szepczący złowrogo w zaułkach o zmroku.

Moja przyjaciółka mówi, że znać w powieści wiedzę licealną na temat fizyki, magnetyzmu i tak dalej. Ja tego nie wyczułam. Widać mój kurs fizyki był cienkim kursem i nic mi z niego nie zostało w głowie. Po przeczytaniu książki o przygodach konstabla Lyle'a coś tam się rozjaśniło.

I może nazwiecie mnie pruderyjną, ale z uwagi na szemrane towarzystwo w ciemnych uliczkach, przemykających ukradkiem zabójców i prostytutki, to książka raczej na lat naście a nie dziesięć.
poniedziałek, 02 marca 2009
Dobra wiadomość!

Nowe wydanie "Malutkiej Czarownicy" Otfrieda Preusslera  ukaże się w wydawnictwie Dwie Siostry w serii Mistrzowie Ilustracji.

Kocham tę książeczkę. Jest to pierwsza książka, którą wybrałam sobie sama w bibliotece, wypożyczyłam i przeczytałam też samodzielnie. Stąd mój sentyment. Kupię to nowe wydanie mojej Marysi, choć zaaplikowałam jej porcję rozterek malutkiej czarownicy trochę wcześniej, bo razem oglądałyśmy przedstawienie letniego teatru (dość wierną adaptację), kiedy miała pięć lat.

Bardzo jej się podobały przygody Dobrej Niedobrej  Czarownicy. Śmiesznie się rozmawia z pięcioletnią panną i tym jak coś jest dobre i niedobre w zależności od tego, kto  o tym myśli.

Takie rozmowy są potrzebne dzieciakom i mamom. Czekam na to nowiutkie wydanie z ilustracjami Danuty Konwickiej, przeczytamy jeszcze raz. I porozmawiamy jeszcze raz o relatywizmie, w końcu dziecko ma już siedem lat.

Przy tej okazji warto porównać okładkę z poprzednią dostępną na rynku wydaną przez Siedmioróg. I choć treść książki pozostanie ta sama, jest różnica, prawda?

W czytaniu trzeba znaleźć przyjemność, żeby potem móc się rozsmakować.

Jeśli jakieś dziecko nie lubi czytać książek, to znaczy tylko tyle, że nie trafiło jeszcze na swoją książkę. Na książkę-klucz, przy której czuje się czystą przyjemność, czuje się, jak w żyłach szybciej krąży krew zmieszana z atramentem. Na książkę-otchłań, w którą się wpada, a odłożywszy na moment czytanie, łapie się na tym, że dalej się dyskutuje z bohaterami i chodzi ulicami ich miast. Na książkę, która pachnie i smakuje.

Jestem poszukiwaczką książek. To znaczy, że część mnie nie robi nic innego tylko szuka dobrych książek dla dzieci i młodzieży. I o tych poszukiwaniach będzie traktował mój blog.

Będę pisać o książkach i trochę o sobie, bo to, co czytamy i myślimy o książkach, nas buduje. I o mojej córce Marysi, która, mam czasem wrażenie, wypadła z jakiejś książki. Jest bardzo narracyjna.  Chodzi do pierwszej klasy szkoły podstawowej i od zawsze czytam jej wieczorem przed zaśnięciem. Od ostatnich wakacji Marysia co wieczór  (bez weekendów) czyta mi kawałek książki. To jest coraz przyjemniejsze, bo zaczyna czytać całkiem płynnie.

Czytam sporo, nie tylko wieczorem Marysi, dla przyjemności potrafię czytać książki i dla trzyletnich brzdąców i dla szesnastoletnich panienek. Czytam w autobusach w drodze do pracy, czytam przy śniadaniu, gdy inni w domu śpią, czytam w wolnym czasie, który doskonale umiem sobie znaleźć. Wolę czytać niż odkurzać, niż zmywać, niż odśnieżać ulice itp. Gdyby ktoś płacił za czytanie, byłabym bogaczem.

Czasem do pisania zapraszam przyjaciół, którzy czytanie lubią tak, jak ja i właśnie przeczytali świetną książkę dla dzieci lub młodzieży. Tyle wstępu.

21:56, zefi-rynna
Link Komentarze (13) »
1 ... 61 , 62 , 63 , 64
 
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi nastolatków o książkach
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione