o książkach dla dzieci i młodzieży
środa, 29 stycznia 2014

Dziś na blogu gościnnie recenzja Ilony Iłowieckiej - Tańskiej. 

Och! Jak ja bardzo lubię, kiedy ktoś opowiada o naukowcach, przedsiębiorcach i odkrywcach w taki sposób, że każdy z bohaterów opowieści staje się bohaterem po prostu! Jak bardzo lubię, kiedy ktoś umie opowiadać o niezwykłych Polakach bez patosu, za to wprawiając w prawdziwą dumę! I jakże mi smutno, że tak mało jest książek na ten temat, które trafiałyby w wybredne gusta młodych czytelników! Rozmawiałam o smutku niedostatku takich książek z kolegami z zacnej instytucji edukacyjnej a tu - proszę! Wydawnictwo Dwie Siostry wydało „Pionierów, czyli poczet niewiarygodnie pracowitych Polaków”! 

Zachwyciłam się. Bo w tej książce wszystko jest mądrze pomyślane i pięknie wykonane. Mądry jest dobór bohaterów – od Jana z Kolna (dla niewtajemniczonych – żeglarz, który dotarł do Ameryki przed Kolumbem!), poprzez Ignacego Domeykę (złoża naturalne i reforma edukacji w Chile), Czesława Tańskiego (lotnia!), Helenę Rubinstein (twórczyni przemysłu kosmetycznego), Henryka Arctowskiego (tak, to ten od Antarktydy) po Jacka Karpińskiego (twórcę pierwszego polskiego komputera) i Wandę Rutkiewicz. Dwudziestu trzech bohaterów to dwadzieścia trzy krótkie opowieści o odwadze, pomysłowości, oddaniu marzeniom, pasji – i pracowitości. Marta Dzienkiewicz pisze stąpając po cienkiej granicy między opowieścią a dydaktyzmem, balansując między anegdotą a historią – i granicy tej udaje jej się nie przekroczyć. Mają „Pionierzy” staroświecki wdzięk opowiastki dydaktycznej, w której cnoty prowadzące bohatera do zwycięstwa są nazwane wprost a zasługi – wyliczone. Ale też barwność opowiadanych historii góruje nad moralizatorstwem a poczucie humoru – nad patosem. „Pionierzy” są też wyjątkowo urodziwi. Ilustracje Joanny Rzezak i Piotra Kurskiego wyglądają jak linoryty, które tworząc z tekstem opowieści kolaże, przenoszą czytelnika w przeszłość. Jakie kocie są koty Kazimierza Funka! Jak zimowo-bajkowe renifery Marii Czaplickiej! A jak podejrzliwie patrzy drugi pingwin od prawej Arctowskiego! Mądry prezent dla bystrego ośmiolatka.

Wydawnictwo Dwie Siostry, 2013

Książkę kupiłam najpierw w prezencie dla Ilony a potem dostałam z Wydawnictwa. 

czwartek, 16 stycznia 2014

Zastanawiałam się, dlaczego Hilda jest takim fantastycznym dzieckiem. Myślałam, myślałam i doszłam do wniosku, że właśnie dlatego, że nie dziewczynką, która jest "dziewczyńska" albo dziewczynką wbrew "dziewczyńskości". Jest po prostu dzieckiem – niezależnym, pełnym własnych pomysłów, mocnym i samodzielnym. Hilda mieszka z mamą, uwielbia w deszczowe noce spać w namiocie, niewyspana lubi zjeść porządne śniadanie czy ruszyć w pobliskie góry i pustkowia, żeby szkicować skały, czyta książkę o trollach, choć nie chce jej się doczytać jej do końca. Rządzi swoim światem, bywa nieuprzejma, ma w sobie dzikie zamiłowanie do przygód. I to jest pierwszy z powodów, dla których mogę czytać naszej Mariannie „Hildę i Trolla” raz za razem, wieczór za wieczorem. Bo Hilda to prawdziwy wzór do naśladowania. Dziecko w czystej postaci.

Ale tych powodów jest więcej. Luke Pearson stworzył książkę piękną i pełną fantazji. Nie wiem na ile wiarygodne są tu odniesienia do skandynawskiej mitologii czy bestiariusza, to nie ma zresztą żadnego znaczenia. Ważne, że otoczenie domu Hildy – góry, skaliste przestrzenie i wartkie rzeki tworzą świat, w którym każde dziwaczne stwory, duchy i olbrzymy mają swoją rację bytu: Drewniak – stworzenie z pniaka, które lubi wpaść niezapowiedzianie do domu Hildy i wygrzewać się blisko kominka, Rożek – ukochany „zwierzak” Hildy - coś pomiędzy kotkiem, jelonkiem i wiewiórką, futrzaste krągłe istoty latające nad szczytami gór, wodne duchy, błądzące wśród fiordów. Hilda czuje się wśród nich całkiem swojsko, my w zasadzie też. Tylko trolle budzą w niej grozę. No, ale jak podaje fachowa literatura, rozzłoszczony troll może nawet odgryźć człowiekowi głowę. To nie tak, że Pearson kreuje świat niesamowity – tu nie ma tajemnicy. A dla Hildy to otoczenie naturalne. Jak się okazuje, dla mojej Marianki też.

No i kolejna sprawa: to piękny komiks, pięknie też wprowadzający moją 3,5-letnią córkę w świat komiksu (choć przerobiła po swojemu kilka Tytusów). Pearson nie szarżuje z rysunkiem, jest oszczędny w barwach i kresce, a to lubimy. „Hilda i Troll” to książka konsekwentna kolorystycznie, nasycona złamanymi błękitami i brązami. Tekst na okładce zestawia Pearsona z Hideo Miyazakim. To miłe porównanie, nie odbierające jednak temu pierwszemu autorskiego rysu. Dziwaczne istoty otaczające Hildę rzeczywiście mają w sobie niezwykłą miękkość, a pustkowie klimat pustkowia - być może w duchu japońskiego artysty.

Są tu momenty otwierające fabułę na „coś więcej”. Wyznanie Drewniaka, że zbyt dobrze zna swoją chatkę, by się w niej odprężyć; rozważania Hildy, dokąd trafi Wodny Duch i czy to w ogóle jest ważne. Ale Marianna nie zadaje pytań. Albo nie rozumie, albo nic a nic jej to nie obchodzi, albo to dla niej całkiem naturalne sprawy.

Na ostatnim rysunku widnieje pokój Hildy. Rysunki przyklejone do ściany, rozrzucone ubrania, figurki trolli. Byłoby fajnie, gdyby pokoje moich córek wyglądały kiedyś podobnie.

Centrala (Seria: Centralka. Komiksy dla dzieci mądrych rodziców), 2013

(książkę kupiłam)



wtorek, 24 grudnia 2013

 

Książki spakowane? Jak to pytanie przyjemnie dźwięczy w dniu bez szkoły. To jak?

Książki spakowane i włożone pod choinkę. 

Dobrych Świąt Wam życzymy. I czasu na czytanie, oczywiście.

08:24, zefi-rynna
Link Komentarze (5) »
niedziela, 15 grudnia 2013

 Na ostatniej wywiadówce w klasie Marysi pani od przyrody oburzona wręczyła nam kartki pisane przez nasze dzieci. Były to odpowiedzi na pytanie "Dlaczego notorycznie nie odrabiam prac domowych?". Bo nie zawsze umiem, bo mi się czasem nie chce, bo zapominam, nie odrabiam przypadkiem, nie zawsze mam czas - odpowiadali szóstoklasiści. 

Nie oburzam się, bardziej niepokoi mnie nuda, która wydziera z tych odpowiedzi. Wręczyłam Marysi książkę Davide'a Cali z ilustracjami Benjamina Chauda i posłałam do szkoły.

To jest znakomita książka o potędze wyobraźni. Obowiązkowa lektura dla surowych nauczycielek, wymagających nauczycieli, bimbających sobie uczennic i niepoważnie traktujących swoje obowiązki uczniów. (I odwrotnie: dla bimbających sobie nauczycieli...). W tej książce powody nieodrobienia pracy domowej są  fantastycznie zabawne. "Bo na naszym podwórku wylądował samolot pełen małp. Zbuntowany robot zniszczył nam dom. Krasnoludki pochowały mi wszystkie ołówki. Porwało mnie UFO. Właśnie kiedy usiadłem do lekcji, najechali na nas wikingowie. ...." Do każdego powodu całostronicowa ilustracja Benjamina Chauda. Moja ulubiona: "Lekarz przepisał mi taki jeden syrop, który na mnie dziwnie podziałał." 

Idealna na prezent dla znajomych, którzy tkwią w systemie (nauczycieli i uczniów).

Więcej obrazków ze środka u Pani Zorro.

Moje jedyne zastrzeżenie: książka mogłaby być większa. Format A4 mi się marzy. Albo i plakaty A3 do powieszenia na ścianie. W pracowni przyrodniczej mojej córki.

Wydawnictwo Dwie Siostry, 2013, kupiona.

Tagi: humor
11:38, zefi-rynna , dla wszystkich
Link Komentarze (2) »
sobota, 14 grudnia 2013

W październiku, niedługo po tym, jak pożegnaliśmy nasze panny myszoskoczkówny,  zamieszkała z nami kotka. Dostała imię po hinduskiej bogini i skradła nam serca. Wydaje nam się, że Sita zna sekret bycia zadowoloną z życia. Patrzę na nią i widzę istotę idealnie szczęśliwą, rozmarzoną, najedzoną i mruczącą z zadowolenia. Mogłaby udzielać lekcji.

Książka "Szkoła Kotów" koreańskiego duetu Kim Jin-kyung i Kim Jae-hong zachwyciła mnie. Polecam ją nie tylko wielbicielom mruczących. Może być też pomocna przy żegnaniu ukochanego czworonoga. 

Do ilustracji musiałam się przyzwyczajać powoli, ta estetyka jest mi odległa, jednak po kolejnych przeglądaniach podobały mi się coraz bardziej, coraz mocniej wciągały w świat opowiadanej historii. A historia jest taka. Po śmierci starego kota Saliksa do domu ucznia trzeciej klasy Mindzuna zaczynają przychodzić listy skierowane do jego kotki Sprytki. Chłopiec i jego siostra czytają je z niedowierzaniem, Saliks opowiada w nich swoje przygody w "Kociej Szkole". 

Mikołajom radzę wziąć tę książkę pod uwagę.

Kwiaty Orientu, 2013, kupiona.

PS. A to nasza księżniczka:

 

 

 

poniedziałek, 02 grudnia 2013

Rysowanie drzewa genealogicznego, z odgałęzieniami sięgającymi wieki wstecz, nigdy nie wydawało mi się zajęciem godnym uwagi. Wśród moich przodków brak postaci, które zapisałyby się w rodzinnych przekazach: ekscentryków, szalonych wynalazców albo przynajmniej członków wędrownej cyrkowej trupy. Żyłabym dalej w przekonaniu, że moi praprapra i jeszcze więcej pra- dziadkowie i babcie, nawet jeśli byli osobami interesującymi i niezwykłymi, odeszli w całkowite zapomnienie, gdyby nie Michał Rusinek.

Po co z mozołem wypełniać białe plamy na genealogicznych gałęziach, skoro można pobawić się w domysły i radośnie pofantazjować? Jeśli ktoś ma do tego poczucie humoru oraz lekkość pióra i kreski (jak rodzeństwo, Michał i Joanna Rusinek) wychodzi z tego majstersztyk literatury dla dzieci.

Na najniższej gałęzi drzewa genealogicznego Rusinków siedzi oczywiście małpa, potem jaskiniowiec, pojawia się też Wiking, druid, święta i muszkieter. Trochę późniejsze epoki reprezentują pirat, astronom, połykacz ognia a także porywacz i porywaczka, kinooperator, brydżystka i stewardesa. Wciągnięta do zabawy przez Rusinka, stwierdziłam, że na moim drzewie genealogicznym posadziłabym chętnie rozbójnika, hiszpańską infantkę, szansonistkę i łyżwiarkę figurową.

„Wierszyków rodzinnych” Rusinka nie ma potrzeby zachwalać. Są jak zwykle błyskotliwe, dowcipne, anegdotyczne, kiedy trzeba - z drugim dnem. Ilustracje - chyba jeszcze lepsze niż w „Wierszykach domowych” - humorystyczne, dopowiadające kolejne historie do tekstu. Nie chcę przesadzać w pochwałach, ale na naszej półce książki Rusinka zajmują to samo miejsce co wiersze Tuwima, Brzechwy i Wawiłow.  

Znak 2013, książkę dostałam od wydawnictwa

sobota, 23 listopada 2013

"Niektórzy potrafią wymienić wszystkie gry komputerowe, które wyszły w ciągu ostatniego roku, inni umieją opisać każda bramkę, jaką strzelił Manchester United w bieżącym sezonie. Itch umiał nazwać i opisać pierwiastki, które kolekcjonował. Układ pierwiastków. Układ okresowy. Ktokolwiek wymyślił te nazwy, zdaniem Itcha kompletnie położył sprawę. Brzmiały, jakby ktoś postawił sobie za cel, żeby ukryć genialny temat pod najnudniejszą nazwą świata. Gdyby nazwa brzmiała "Tanieć z pierwiastkami", więcej ludzi by się nimi interesowało. Gdyby hobby Itcha było reklamowane w kiosku hasłem: "Zbierz wszystkie 118! Kto chce złoto i srebro? Pluton do wzięcia!", może sprawy miałyby się inaczej."

No właśnie. Nic dodać, nic ująć. Mimo mojej sympatii do chemii, która jest jedynym przedmiotem ścisłym budzącym moje zainteresowanie od czasów liceum (dzięki świetnej nauczycielce), muszę się zgodzić z narratorem. Od układu okresowego pierwiastków wiszącego w pracowniach nauk przyrodniczych wieje nudą. Ta książka stara się to zmienić.

Bohaterem jest czternastoletni kolekcjoner pierwiastków. A książka jest typową sensacyjną przygodówką dla nastolatków.

Pierwiastki potrafią być zabójczo niebezpieczne. Młodzi ludzie zaplątują się w niezwykle poważne sprawy i czyhają nań  śmiertelne zagrożenia. Sami przez młodzieńczy brak rozwagi potęgują niebezpieczeństwo. Rzecz momentami mocno nieprawdopodobna, acz młodzieży do pewnego wieku mało to przeszkadza.

Wydawnictwo Zielona Sowa, 2012, przyniosłam z biblioteki

15:08, zefi-rynna , nastolatki
Link Komentarze (2) »
wtorek, 19 listopada 2013

Czarownica Winnie i jej czarny kocur Wilbur znani są na całym świecie. Czarownica jest sympatyczna i ma baaardzo charakterystyczną urodę (przez niektórych określaną mianem wątpliwej aparycji). Jej towarzysz Wilbur obdarzony jest naturą tchórza.

W tym odcinku (czwartym na polskim rynku) czarownica ze swoim kocurem postanawia wziąć udział w konkursie organizowanym przez miejscowe Muzeum Ziemi. Podczas obchodów Tygodnia Dinozaura należy na podstawie szkieletu stworzyć model prajaszczura lub jego portret. Winnie korzysta ze swych uzdolnień i z pomocą czarów przenosi się w dawne czasy. Potem drobny błąd w sztuce i na ogłoszeniu wyników konkursu czarownica pojawia się na grzbiecie Triceratopsa. Tej sympatycznej historii nie byłoby bez ilustratora. Korky Paul narysował nie tylko bohaterów, on narysował skomplikowane i przebogate wręcz charaktery i to zarówno postaci jak i miejsc.  

Na ostatniej rozkładówce, posłuchajcie, co zmalował - między koślawymi lekko wieżami domostwa Winnie suszą się jej kolorowe rajtuzy w paski i różowe majtasy, sama Winnie leży w przyciasnym i niemodnym kostiumie kąpielowym na leżaku przed domem rozkoszując się odpoczynkiem, świecąc czerwonym nosem i nieogolonymi łydkami. Wilbur i zminiaturyzowany dinozaur zaprzyjaźnieni strzygą trawnik czarownicy paszczami.  Polubicie ich z miejsca. 

Wydawnictwo Papilon, przyniosłam z biblioteki

piątek, 15 listopada 2013

Cieszą mnie wznowienia klasyki w starej oprawie graficznej, dlatego też "Sto bajek" Jana Brzechwy z ilustracjami Srokowskiego powitałam z radością.

Możemy teraz przebierać w wydaniach wierszy Brzechwy. W serii limitowanej Siedmiorogu ukazało się właśnie najnowsze wznowienie pierwszego wydania "Stu bajek"z 1958 roku z Czytelnika. 

Moje zastrzeżenia budzi po pierwsze cena książki - 49,90 złotych to dużo, po drugie papier, na którym ją wydano. Papier jest tak delikatny, że mam wrażenie, iż rozpadnie mi się w dłoniach i mocno pożółkły, a mistrzowskie ilustracje Srokowskiego (jak ja lubię jego zwierzaki z ZOO!) wyglądają na nim jak wyblakłe.  

Sama nie jestem wielbicielką kredowania w książkach dla dzieci, fałszywego błysku, odblaskowych kolorów, ale to co mamy tutaj jest przesadą w drugą stronę. Książka jest jak warzywa w sklepie z żywnością ekologiczną, takie niewyględne, pomarszczone, szarawe. I zdrowo drogie. Może z miłości do literatury będę skłonna przepłacić. Za niedzisiejszość i odmianę. 

Wydawnictwo Siedmioróg, 2013

Do ekologicznej książki przymierzałam się na razie w księgarni. Czytać nie musiałam. Jeszcze się nie zdecydowałam.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Taki dzień, takie święto zobowiązuje. I mimo że łatwo ulegam historycznym sentymentom, tym razem uległam wizji na wskroś nowoczesnej, skupionej na tym, co tu i teraz. Oczywiście chodzi o wizję patriotyzmu, dość mocno (i słusznie) w ostatnich latach promowaną, która opiera się na tym, by odpowiedzialnie, racjonalnie, ale i z pamięcią o tym, co było, dbać o kraj, w którym się żyje. I o nas samych w tym kraju.

Kto ty jesteś?” To pytanie, które znamy wszyscy i wszyscy też potrafimy na nie odpowiedzieć automatycznym „Polak mały” (albo i „Polka mała”, taką wersję też znam). I teraz najtrudniejsze: kim ten mały Polak jest, kim warto, aby był? Co to znaczy „dobry Polak”? Gdybym sama musiała przerobić taki temat z moją trzyletnią córką, mocno musiałabym się napocić, żeby wymyślić coś, w co sama wierzę i w co ona też mogłaby uwierzyć. Nie byłoby to takie złe – być może i  udałoby mi się wreszcie ustalić kilka niepodważalnych dla mnie wartości, ustawić się jakoś wobec tego kraju, moich powinności i oczekiwać wobec niego. A przecież co mam w głowie ja, przejmą – prostolinijnie bądź przewrotnie – moje dzieci.

To są ważne sprawy. I książka Joanny Olech, ilustrowana – doskonale zresztą – przez Edgara Bąka, to jest nasz pierwszy podręcznik patriotyzmu. Nie dlatego, że podaje nam w pigułce przepis na bycie patriotą (patriotką, jak mnie poprawia moja Marianna). Zupełnie nie. Podaje nam zbiór pomysłów na to, od czego zacząć rozmowę na ten temat, w jakim kierunku pójść. Co uważamy za ważne, a co za mniej istotne. Marianka jest mała, nie wszystko rozumie, ale kilka rzeczy na pewno już pojmie, a na resztę przyjdzie czas. Bo książka ta posłuży nam, mam nadzieję, przez dobrych parę lat.

Więc tak, na chybił trafił: „Kasuję bilet w autobusie. Jestem patriotką”. „Jesteśmy równi, choć różni. Każdy ma prawo być patriotą”, „To jest matura mojej prababci. A to pamiętnik dziadka. Zbieram rodzinne pamiątki. Jestem patriotką”, „Umiem przeprosić, jestem patriotą”, „Nie marnuję wody, jestem patriotą”, „Porządkujemy z dziadkiem opuszczony cmentarz. Jesteśmy patriotami”, „Wiem, skąd jestem. Z babcią rozmawiam gwarą. Z omom godom po ślonsku. Jestem patriotą”, „Uczę się, jestem patriotą”. Marianna za każdym razem pyta „dlaczego?” i dopiero wtedy zaczyna się nasza lekcja. Powoli wchodzimy w sprawy pamięci, inności, pracy, szacunku, uczciwości. I, niezależnie od wszystkiego, czułości wobec miejsca, w którym przyszło nam żyć. Na okładce autorka podpowiada, że codzienny sens patriotyzmu zawiera się we współ-uczestniczeniu, współ-trosce, współ-działaniu na rzecz współ-dobra, w końcu we współ-odpowiedzialności za kraj. Nie znam lepszej nauki.

Równorzędnym autorem tej książki jest Edgar Bąk, jeden z najważniejszych współczesnych polskich grafików. To, co zrobił z ilustracjami w tej książce, jest niezwykłe. Każde z tych lapidarnych zdań opatrzone jest skrótowym, bardzo graficznym, mocnym, inteligentnym rysunkiem. To rysunki-plakaty, skupiające w kilku znakach-konkretach ogromne bogactwo znaczeń, będące kwintesencją tego, co przekazują wypisane obok słowa. To ilustracje, które nie tyle wzbogacają tekst, ile same mówią. Dla mnie - prawdziwe graficzne arcydzieło.

Sentymenty dopadają mnie nie tylko za sprawą historycznych rocznic. Kiedy czytałam córeczce tę książkę, też chwilami łamał mi się głos. Nic mnie bardziej nie cieszy, niż tłumaczenie jej, dlaczego tak właśnie jest.

Wytwórnia 2013



| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi nastolatków o książkach
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione