o książkach dla dzieci i młodzieży
piątek, 04 kwietnia 2014

Po połknięciu pięciu książek o przygodach Ani, Blondi, Liliany, Pauli i Niki moja nastoletnia córka napisała do Katarzyny Majgier mail, kiedy napisze kolejną część.  Nie wiadomo, czy będzie następna. Autorka pracuje teraz nad inną serią. Nie wyklucza jednak powrotu do bohaterek "Trzynastki na karku". Może trzeba jeszcze pare(set) takich listów, jak od mojej Mary.

Marysia przeczytała kolejne tomy pamiętnika nastolatki w piorunującym tempie, z przyjemnością zanurzyła się w typowe nastolatkowe problemy z przyjaciółmi, rodzeństwem (głównie młodszym, którym się trzeba zajmować i które może narobić zdrowego obciachu), szkołą i nic nierozumiejącymi dorosłymi. Powieści napisane zostały lekko i dowcipnie, co można rozpoznać po odgłosach, które towarzyszyły czytaniu. Uwielbiam słyszeć radosne  rżenie Marysi znad książki, a zdarzało się, że młoda przybiegała i dzieliła się zabawnym fragmentem. Zwykle dotyczył Joja - młodszego brata głównej bohaterki. Śmiałyśmy się obie. 

Po przeczytaniu pierwszej książki z serii moje dziecko podeszło do mnie i rzuciło (lekko zdziwione) komplementem: "nie jesteście takimi złymi rodzicami, mogłam trafić gorzej". 

Wydawnictwo Akapit Press, II wydanie z biblioteki

14:26, zefi-rynna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 marca 2014

Cierpią z jej powodu nie tylko nieśmiali. Za jej sprawą rezolutne dziewczynki nagle tracą głos i mną w paluszkach brzeg spódniczki zadzierając ją aż do pępka a wielkie aktorki „sypią” się na scenie. „Kret sam na scenie” opowiada o tremie.

Sześcioletni chłopiec ma wystąpić w szkolnym przedstawieniu. Choć uwielbia występować w domu, przed młodszym bratem, przeraża go myśl o wyjściu na oświetloną reflektorami szkolną scenę. Mówi o swoich obawach nauczycielce, która mądrze nie przekonuje go, że da sobie radę, lecz obsadza w roli kreta, który przez większość przedstawienia chowa się za kopcem. Na zakończenie uroczystości chłopiec ma wyjść na scenę i powiedzieć jedno zdanie. Choć zadanie nie wydaje się trudne, noc przed przedstawieniem bohater mierzy się ze swoimi lękami. A jeśli zapomni tekstu? Lub wygłosi kwestię za cicho? Czy rozzłoszczona publiczność nie zacznie rzucać w niego tortami? Zasypia, gnębiony koszmarami. W dzień występu jest jeszcze gorzej. Chłopiec nie może zjeść śniadania, boli go brzuch.

Do katastrofy oczywiście nie dojdzie, choć tuż przed wyjściem na scenę bohater chowa się w szatni, między kurtkami. Tam, w ostatniej chwili, znajdzie go jednak ktoś, kto wierzy w niego najbardziej na świecie. Nie jest to jednak mama, tata ani nauczycielka. Właśnie za sprawą tej osoby przedstawienie będzie miało nieoczekiwany finał...

"Kret" jest mądrą opowieścią o samodzielnym pokonywaniu strachu. Miękkie, pastelowe ilustracje Evy Eriksson nie tylko doskonale opowiadają przebieg tej prostej i chwytającej za serce historii, ale oddają również emocje bohaterów.

Wydawnictwo EneDueRabe, Gdańsk 2013, książka od wydawnictwa

piątek, 14 marca 2014

Architektka, inżynierka, kosmonautka, pastorka, pilotka, prezydentka, arcymistrzyni szachowa, chemiczka, generałka, mistrzyni Formuły 1, neurochirurżka, prezeska banku – dla jednych słowa absurdalne, wydumane, wciąż nieoswojone, wymyślone pod presją poprawności językowej (komputer podświetla mi większość z nich jako niepoprawne). Dla innych słowa-postulaty, ważne i mocne, efekt mozolnego odzyskiwania języka dla kobiet. Ja jestem gdzieś pośrodku, choć moje ewentualne obiekcje wiążą się raczej z kwestią brzmienia i języka, a nie poglądu na miejsce kobiet w tym języku.

Ale tym razem nie mam problemu z brzmieniem form żeńskich (a robiłam sobie takie ćwiczenia, zastanawiając się, jaka mogłaby być żeńska forma „dobroczyńcy” - przyjmuję wszelkie sugestie). Nawet „pilotka” - słowo oznaczające dotąd czapkę pilota – przestała mi przeszkadzać i zaczyna w moim umyśle funkcjonować jako znacznie zgrabniejsze określenie niż kobieta-pilot. Co tylko dowodzi, że naprawdę zmienia się i język, i nasze podejście do niego.

Książka Kosmonautka, napisana przez Piotra Wawrzeniuka (doktora historii od wielu lat mieszkającego w Szwecji), ma walor głównie edukacyjny, ma promować pozytywne wzorce: nie ma zawodów niekobiecych, kobieta może spełnić się w każdej profesji. I nie musi się posiłkować nazewnictwem w męskiej formie, ma prawo do własnych nazw. Ale, jak to zwykle z edukacyjnymi przedsięwzięciami bywa, takie projekty mają charakter dość życzeniowy. Głęboko wierzę w powinności feminizmu i w wizję równouprawnienia, ale kiedy czytam o prezydentce i generałce i próbuję je sobie zwizualizować w polskiej rzeczywistości, nie bardzo mi to idzie (na szczęście nie mam tego problemu z neurochirurżką, inżynierką czy arcymistrzynią szachów). To oczywiście nie jest wina autorów, ale świata, w jakim żyjemy. Nie mniej mam poczucie, że mówimy o postulatach, a nie o realnej sytuacji. A żeby „prezydentka” zaczęła w Polsce znaczyć coś realnego, trzeba wypełnić lukę między rzeczywistością jaka jest, a tą docelową, pokazać możliwe ścieżki do niej. Potrzeba wielu, bardzo wielu różnych mądrych książek. I ludzi, którzy będą chcieli je czytać. Także tych książek, które będą mówić o tacie, który po powrocie do domu zmywa naczynia i gotuje obiad albo który pracuje w przedszkolu.

Ale niech będzie, język jest przecież niezwykle ważny, kształtuje nas i świat wokół, a kropla drąży skałę. Dodatkową wartością książki są króciutkie teksty odnoszące się do każdego z zawodów - każdy kryje w sobie językowe gry. Mama inżynierka, która pracuje nad projektami samochodów, jest prostolinijna i nie lubi przekrętów. Rodzina mamy architektki, która rysuje mosty i domy, w niedziele buduje dobre wzajemne relacje. Nie wszystkie te gry z językiem mają w sobie równą subtelność, ale sam pomysł żonglowania wieloznacznością i pokazania, jak przenikają się różne porządki, bardzo mi się podoba.

Rysunki Doroty Wojciechowskiej, choć same w sobie ładne, wydają się raczej ornamentami niż ilustracjami. Realistyczne szkice, bardzo oszczędne kolorystycznie, miałyby większą siłę rażenia, gdyby były albo bardziej autonomiczne, działały przez kontrę do tekstu, albo gdyby kryły w sobie jakąś narrację. W takiej formie w zestawieniu ze słowem, wypadają nieco blado.

To, nomen omen, prostolinijna książka, nie wykorzystująca jednak potencjału, jaki stanowi temat językowego równouprawnienia płci. Brakuje mi tu brawury, większego zdecydowania. Jeśli jej misją jest zaproponowanie dzieciom wzorców, by – jak głosi opis na okładce – „w przyszłości odważnie sięgały po swoje marzenia”, powinna te dzieci zawojować. Z odwagą, jakiej dzisiaj potrzebują nie tylko dziewczynki, dziewczyny i kobiety, ale i chłopcy oraz mężczyźni, żeby wyjść poza skostniałe, ale wciąż dominujące schematy.

Poławiacze Pereł 2014 (książka udostępniona w zaprzyjaźnionej księgarni BADET)



czwartek, 13 marca 2014

Dawno nie czytałam tak słabej książki dla nastolatków. Zdecydowanie szkoda czasu. 

Z okładki: "Piętnastoletnia Wisty i siedemnastoletni Whit Wszechdobrzy zostają porwani z domu rodziców przez funkcjonariuszy zbrodniczego reżimu o nazwie Nowy Ład, na czele którego stoi Ten Który Jest Jedyny." Zapowiedź nie brzmi jeszcze tak całkiem źle. Im dalej, tym gorzej. Rodzeństwo zostaje porwane do więzienia o zaostrzonym rygorze, które przypomina szpital psychiatryczny. Cele, paralizatory w ręku monstrualnej siostry przełożonej, tortury, przemoc - treści z pewnością kierowane są do nastolatków, tymczasem sposób konstruowania świata przedstawionego może raczej przemówić do niewyrobionego czytelnika w wieku lat 8-10.

Bohaterowie zostają porwani z rodzinnego domu, bo są podejrzewani o zdolności magiczne. Oboje mają zostać zgładzeni, gdy tylko osiągną pełnoletność. Trudno uwierzyć w potęgę i powagę zbrodniczego reżimu, jako że w więzieniu zamykają ich we wspólnej celi a z domu mogą zabrać ze sobą po jednym pamiątkowym przedmiocie. Wisty dostaje od mamy pałeczkę perkusisty a Whit niezapisaną książkę. Trudno uwierzyć też, że inteligencja bohaterów mieści się w normie. To, do czego służą przedmioty, odkrywają po 100 stronach historii. Średnio rozgarnięty siedmiolatek rozpozna czarodziejską różdżkę i magiczną księgę w kilka sekund. Doprawdy autorzy nie zadbali nawet o skromną dozę prawdopodobieństwa. Świat przedstawiony zbudowany niechlujnie, po łebkach, ledwie z grubsza. Uproszczenia i skróty idą tak daleko, że czytelnik musi poczuć się, jak idiota. A czytelnik nastoletni bardzo tego nie lubi.

Nie wierzę, że książkę napisał James Patterson. Dla mnie wygląda tak, jakby napisał ją kiepski boot. 

Wydawnictwo Albatros, 2014, dostałam od wydawcy

poniedziałek, 10 marca 2014

Społecznościowe seriale dla przedszkolaków typu "Strażak Sam", "Listonosz Pat", "Weterynarz Fred" są przykładami telewizyjnych  historyjek prowincjonalnych . W każdym mamy  małe miasteczko, w którym się wszyscy znają, wszystko o sobie wiedzą, znają swoje wady i zalety. Sympatyczni i wyraziści bohaterowie są życzliwi wobec siebie nawzajem i zawsze są gotowi pomagać innym. "Zagadkowa koperta listonosza Artura" panów Moncomble'a i Pawlaka wpisuje się w ten nurt. To przykład doskonałej książkowej historyjki prowincjonalnej. Świetny duet francusko-polski znany jest już między innymi z książek o Czupieńkach ("Czupieńki. Smok", "Czupieńki. Gwiazdka") wydanych przez Wydawnictwo Media Rodzina.

I tym razem książka o przygodach listonosza ze źle zaadresowaną przesyłką zachwyca i klimatem opowiadanej historii i opracowaniem graficznym. 

Dobrym pomysłem wydaje się dokupienie do lektury kompletu co najmniej 20 kopert, bowiem książka zaprasza do zabawy w pisanie listów, adresowanie, naklejanie znaczków (zestaw naklejek znajdziemy w książce), stemplowanie. Może być też doskonałym punktem wyjścia do tworzenia miasteczka na podłodze, wymyślania historii jego mieszkańców i zabawę w listonosza. 

Miłej lektury i miłej zabawy!

Wydawnictwo Format, 2013, kupiona

niedziela, 09 marca 2014

"Baletowa rodzina" to książka o pasji. Należy do staroświeckiego gatunku powieści dla dziewcząt. Brytyjska autorka Mabel Esther Allan zaczęła publikować powieści (serie powieściowe sz) po drugiej wojnie światowej. Jest autorką ok. 130 powieści dla młodzieży. Znane są jej serie szkolne i baletowe.

Dla mnie ta pozycja jest miłym wspomnieniem z dzieciństwa. Akcja w skrócie: po śmierci rodziców trzynastoletnia Joanna Bradshaw przyjeżdża z ubogiego regionu Anglii do Londynu, by zamieszkać z bogatą rodziną brata mamy - wuja Garlanda. Garlandowie to tytułowa "baletowa rodzina", ich całym światem jest taniec: tata dyrygent,  mama primabalerina i czworo dzieci, z których każde  albo uczęszcza do szkoły baletowej, albo już występuje na scenie. Joanna początkowo czuje się zagubiona w nowej rzeczywistości. Jednak z czasem pozwala, by pasja kuzynostwa ją zauroczyła. Bierze udział w konkursie na przedstawienie baletowe – sama  projektuje kostiumy i scenografię, komponuje muzykę. Stopniowo i ona staje się części baletowej rodziny

Historia o tym, jak uboga dziewczyna z prowincji zaczyna radzić sobie w nowoczesnym, bogatym, pełnym przepychu Londynie. Jak z wycofanej, zamkniętej w sobie sieroty przeistacza się w młodą, pewną siebie dziewczynę, która żyje czerpiąc przyjemność z działań twórczych, z realizowania pomysłów artystycznych. Sporo miejsca poświęciła autorka na pokazanie jak niełatwo jest zaakceptować nową osobę w rodzinie, i jak trudno się odnaleźć w zwartej całości komuś nowemu. 

Rysunki Antoniego Uniechowskiego są doskonale lekkie. Jak baletnice.

Nasza Księgarnia, 1966, książka z biblioteki

czwartek, 20 lutego 2014

 Spóźniony tytuł na Światowy Dzień Kota. Zdążymy na imieniny. (Każda sobota - imieniny kota).

"Pufa i Mufa" przyniosłam z biblioteki dla małej sąsiadki, która bardzo lubi naszą kotkę. To książka,  którą przypominam  sobie z dzieciństwa. Podobno zapytana jak robi kot, odpowiadałam "pufff" i  prychałam -  choć tego nie pamiętam. 

Czeska pisarka napisała koci dziennik. Od poniedziałku do niedzieli koty początkującego ucznia Michasia zapisują, co im się przydarzyło każdego dnia. Po tym jak nauczycielka powiedziała chłopcu, że bazgrze jak kot pazurem, Puf (ten rudy) i Muf (ten czarny) postanawiają udowodnić, że nie wszystkie koty bazgrzą. Tekst dziennika brzmi dziś odrobinę staroświecko, ale ilustracje są zachwycające dalej. Kocia łobuzerka bardzo kolorowa a jednocześnie elegancka i dystyngowana.

Warto się spotkać z tym kotami. Na przykład w sobotę. 

Nasza Księgarnia, 1974, przyniesiona z biblioteki.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Lepiej odnajduję się w książkach bardziej „nowoczesnych” pod względem graficznym. Albo tych całkiem wiekowych, dziś już klasycznych, z doskonałą ilustracją. Opowieść o Myszce Trapiszce i rysunki ją ilustrujące z pewnością nie należą do kategorii awangardowych, ale z wdziękiem próbują zaspokoić głód bajek starej daty.

Żałuję, że nie pisałam o tej książce przed Bożym Narodzeniem, bo doskonale wprowadza właśnie w świąteczny nastrój. Czytałyśmy ją jednak w zimowej oprawie, przykryte ciepłym kocykiem, i niech to będzie pewną namiastką właściwej atmosfery.

Myszka Trapiszka i Dom pod Kocią Łapką to trzecia część z cyklu Katarzyny Ewy Kozubskiej o mysiej rodzinie, mieszkającej w starym kredensie i prowadzącej ożywione życie artystyczne, towarzyskie i rodzinne. O czym oczywiście nie wiedzą nic ludzie, gospodarze domu ze starym kredensem – mocno już wiekowa panna Maryla i jej brat Henryk. Gdzieś na styku tych światów rozgrywa się świąteczna historia.

Bohaterów jest kilku: mały Józio, który wraz z ciotką został zaproszony do Maryli i Henryka na Wigilię, biała myszka, która uciekła ze sklepu ze zwierzętami, Myszka Trapiszka, która starała się o tytuł Mysiuli-Mądruli, no i kołatka w kształcie kociej łapki, która w starym domu na powrót zastąpiła elektryczny dzwonek. Losy wszystkich tych bohaterów zapętlają się w historii pełnej zagadek i niespodzianek. I jak to zwykle w opowieściach wigilijnych bywa, wszelkie animozje topnieją w obliczu pierwszej gwiazdki. Niezwykła atmosfera świątecznego wieczoru sprawia, że między światem myszek i ludzi, nieświadomych współistnienia pod jednym dachem z rodziną gryzoni, tworzy się wyjątkowa, choćby nawet chwilowa harmonia.

Pomysł na ten cykl przypomina nieco pomysł na historię rodu Pożyczalskich, choć tam mieliśmy do czynienia z maleńkimi ludzikami, a tu, dość tradycyjnie, z antropomorfizowanymi zwierzętami. W podobny sposób buduje się tu też nastrój zamkniętego, przytulnego światka, w którym toczy się życie równoległe do naszego, ludzkiego. Jest w tym z jednej strony element magii, a z drugiej jakiejś swojskości.

Niewątpliwie na równi z fabułą atmosferę tworzą szczególne ilustracje Aleksandry Kucharskiej-Cybuch – tradycyjne, nawet nieco staroświeckie, co w tym wypadku z pewnością jest zaletą. Miękkim rysunkiem i delikatną kreską, Kucharska-Cybuch kreuje obrazki, które z pewnością mogą się stopić w wyobraźni dziecka z czasem dzieciństwa. To ilustratorka z ogromnym doświadczeniem, kojarząca się głównie z klasyką literatury (bracia Grim, Andersen, Dickens, Hoffmann). Jej bardzo charakterystyczny styl doskonale do takiej klasyki pasuje – nasycone barwy, miękkie kontury, mgliste tła i bardzo tradycyjny rysunek postaci. Przy całym moim zamiłowaniu do nowszych form, brakuje mi czasem w dobrych współczesnych książkach dla dzieci tak zwyczajnie bajkowych ilustracji. Tutaj wigilijna historia zyskuje właśnie dzięki obrazkom, pięknie uzupełniającym tekst, ale i stanowiącym odrębną wartość.

Ezop 2013, książkę dostałam do recenzji od wydawnictwa



wtorek, 11 lutego 2014

Wydawnictwo Dwie Siostry wraz z Muzeum Narodowym w Warszawie zaprasza rodziców z dziećmi w wieku 5-8 lat do Zimowego Klubu Małego Konesera.

W pierwszym tygodniu ferii (18- 21 lutego w godz. 16:30 – 18:00) każde dziecko będzie mogło odkryć w sobie artystę, uczestnicząc w warsztatach plastycznych prowadzonych przez młodych ilustratorów:  Agatę Dudek, Jacka Ambrożewskiego, Mariannę Oklejak, Piotra Karskiego i Olę Cieślak. Inspiracją do zajęć będzie seria książek „Mały Koneser”.

Drugi tydzień ferii (25-28 lutego w godz. 17:00 – 17:45) upłynie pod znakiem dobrej literatury w fachowym wykonaniu: przez cztery popołudnia książki Wydawnictwa Dwie Siostry będą czytali dzieciom znani aktorzy: Jacek Braciak, Grażyna Wolszczak, Agata Kulesza i Maria Seweryn.

MIEJSCE: Muzeum Narodowe w Warszawie,  Al. Jerozolimskie 3

 

 

- Nie wpatruj się w to lusterko, bo ci się Dytko pokaże, Marysiu. - Zdarza mi się tak powiedzieć do córki. Marysia wysłuchała audiobooka z lekturą z mojego dzieciństwa pod tytułem "Małgosia kontra Małgosia" Ewy Nowackiej, stąd jej znajomość z Dytkiem. Przeegzaminowana z wiedzy o innych istotach zaludniających świat wierzeń dawnych Słowian nie wypadła najlepiej. 

Jest okazja, by Wasze dzieci zdały podobny egzamin śpiewająco, wystarczy, że przeczytacie z nimi "Paskudki słowiańskie". W "Paskudkach" twórczynie przedstawiły dzieciom takich bohaterów: Dytka, Błędnika, Gnieciucha, Kłobuka, Mamunę, Jaroszka, Płanetników, Południcę i Północnicę, Świecka i Wietrznicę. Rymowanki mnie nie porwały, brakuje im lekkości, której od rymów zwykłam oczekiwać. Wolę krótkie teksty, które pojawiły się na ostatnich stronach książki z prostymi informacjami, że "Gnieciuch przychodził nocą, żeby się rozpychać w łóżku. Przez tego nicponia trudno było oddychać i nie można było się porządnie wyspać." Brzmi znajomo, prawda?

Ilustracjami Marii Dek jestem zachwycona. Mają urzekający klimat, to dzięki nim taniec z Wietrznicą i spotkanie w lusterku Dytka są przeżyciami artystycznymi. Zobaczcie sami.

W najbliższą sobotę w Badecie spotkanie z autorką i ilustratorką książki

Wydawnictwo Myślanki, Ośrodek Twórczej Edukacji Kangur s.c., 2013, książkę dostałam od wydawcy

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 64
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi nastolatków o książkach
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione