o książkach dla dzieci i młodzieży
wtorek, 06 maja 2014

„Uśmiech dla żabki” i "Proszę mnie przytulić” to książki bliźniacze, pomyślane, jak rozumiem, jako dyptyk. Być może dlatego, że łatwiej mi się identyfikować z relacją matka-córka, bliższa mi jest jednak historia smutnej żabki, której uśmiech wysyła mama, niż opowieść o misiu i jego tacie, ruszających w las, by przytulić wszystkich jego mieszkańców. Ta sama sceneria, nastrój, no i sama struktura opowiadania - włączanie w łańcuszek powtarzalnych zdarzeń kolejnych postaci, jak w wyliczance.

Mała Żabka jest smutna, zupełnie nie wiadomo dlaczego. Krzątająca się po swoim sklepie Mama Żabki natychmiast ten smutek wyczuwa: dotyka samego jej serca. Wysyła więc – z daleka i przez wielu, jak się okaże, pośredników – uśmiech swojej córeczce. Najpierw przekazuje go Bobrowi. Ten, widząc stertę doskonałych gałęzi na tamę, podaje uśmiech dalej – przechodzącej tamtędy Wydrze. Wydra zaś dzięciołowi, dzięcioł lisowi, lis pieskowi... i tak dalej. W końcu do smutnej Żabki dociera uśmiechnięta kaczka, a w jej uśmiechu mała natychmiast rozpoznaje przesyłkę od mamy. I tak to łagodna radość się rozprzestrzenia, udzielając się każdemu z kolejnych posłańców. To bardzo prosty, ale też i sugestywny pomysł na fabułę, mocno i bezpośrednio przemawiający do dziecka. I tak jak w przypadku „Proszę mnie przytulić”, zakończenie może być doskonałą zachętą do przytulanek.

Po lekturze tej książki, nawet po przeglądaniu samych obrazków, pozostaje wrażenie czułości, którą książki duetu Wechterowicz/Dziubak emanują. Po raz kolejny przekonuję się, że rysunki Emilii Dziubak to dla mnie idealne połączenie wyrazistej, nowoczesnej formy z miękkością i czytelnością, za które lubię bardziej klasyczną ilustrację. Taki mariaż to nie lada sztuka. Patrząc na zielone, pełne bąbelków i kołyszących się roślin wody jeziora wyczarowane przez rysowniczkę, czuję trochę, że wracam do książek własnego dzieciństwa. I mam przekonanie, że to właśnie te ilustracje, nie sama fabuła, mają szansę przetrwać próbę czasu.

Wydawnictwo Ezop 2014, książkę dostałam od wydawnictwa



wtorek, 29 kwietnia 2014

"8+2 i domek w lesie" to druga część przygód wielodzietnej rodziny z Norwegii. Pierwsza ukazała się w Polsce kilka razy pod różnymi tytułami: "Ośmioro małych, dwoje dużych i ciężarówka" (Nasza Księgarnia 1979) "Sekret taty i ciężarówka" (Nasza Księgarnia, 1995), "8+2 i ciężarówka" (Seria Polityki "Cała Polska Czyta Dzieciom, 2008). Druga część ukazała się w tym roku po raz pierwszy. Jeśli chcecie czytać dzieciom dwie części po kolei, przygotujcie się na drobne niedogodności, w kolejnych tłumaczeniach zmieniono niektóre imiona bohaterów. O Morciszku z pierwszego tomu, w kolejnym mówi się mały Morten. A Marcin zostaje Martinem (mówię tu o ostatnich wydaniach). Niby drobiazgi, ale przy czytaniu mieszają, tym bardziej, że dziecięcych bohaterów jest wielu. Rodzina z domku w lesie przebija inne pod tym względem, nawet moją ulubioną wielodzietną rodzinę (też skandynawską) z "Podróży z rondlem" Edith Unnerstad.

Klimat książki jest przyjemnie niedzisiejszy. Trochę tak, jakby wszystkie dzieci z Bullerbyn zamieszkały w jednej zagrodzie i miały tych samych rodziców. "Mama właśnie przygotowywała obiad, tata rąbał drewno w drewutni. Mały Morten wdrapywał się na taboret kuchenny i zeskakiwał z niego, wdrapywał się i zeskakiwał, i wyglądało na to, że nigdy się nie zmęczy i będzie tak skakać aż do wieczora." Mały Morten jest najmłodszym członkiem rodziny, zachowuje się jak typowy dwulatek. Oprócz niego mama i tata mają jeszcze siódemkę dzieci: Maren (12 lat) , Martina (10), Martę (9), Madsa (8), Monę (6), Milly (5), Minę (4) a do domku w lesie wprowadzają się z babcią i psem Rurkiem. 

W mieszkaniu w mieście cała rodzina musiała gnieździć się w jednym pokoju, a odwiedzająca ich babcia musiała spać na szafkach w kuchni. Dlatego też domek w lesie wydaje się dzieciom pałacem. Nawet jeśli brakuje w nim wanny a do wygódki zimą trzeba jechać na nartach. Czym jeszcze zajmują się mieszkańcy domku w lesie? Dzieci i babcia zajmują się przede wszystkim przeżywaniem dzieciństwa, ale wszyscy mają udział w życiu codziennym - sprzedają naleśniki, hodowlą kurczaki, noszą wodę ze studni, rozszczelniają i uszczelniają ściany mchem, trenują skoki narciarskie (babcia jest mistrzynią), bawią się w Indian i rycerzy, budują łaźnię. Można im zazdrościć dobrego, niedzisiejszego życia.

Jest o czym z dziećmi przy tej lekturze porozmawiać. Zdecydowanie.

Wydawnictwo Dwie Siostry 2014, z biblioteki

sobota, 26 kwietnia 2014

Punktem wyjścia tej historii jest poczucie winy po śmierci ojca. Niezwykle głębokie i nieopuszczające poczucie winy i uczucie osamotnienia, które nie pozwalają głównej bohaterce książki - Amy - nawiązać kontaktu z matką i bratem bliźniakiem. To wszystko staje się również punktem wyjścia drogi, którą pokonuje bohaterka, by pozbierać siebie i rozsypaną rodzinę.

"Aż po horyzont" Morgan Matson to psychologiczna powieść drogi dla starszych nastolatków. O szalonej podróży przez Stany Zjednoczone. Oprócz wciągającej historii mamy tu bonusowo garść informacji o mijanych przez bohaterów Stanach - dowiemy się, kiedy w Kansas jest sezon na Tornada, co jest dewizą stanu Kalifornia, jakie hamburgery je się Nevadzie i przez jaki stan ciągnie się najsamotniejsza droga świata.

Ostatnio znajomy pokazywał mi amerykańską stronę z opiniami o książkach dla dzieci i młodzieży, ze wskazówkami od rodziców dla rodziców. Mini recenzje o charakterze informacyjnym zawierały odpowiedzi na pytania: czy w książce jest seks, przemoc i narkotyki. Przyznam się, ze czasem brakuje mi takich krótkich wskazówek, szczególnie, gdy szukam filmu do wspólnego oglądania z Marysią. Gdybym pisała na takiej stronie, musiałabym wyznać innym rodzicom, że Amy uprawia seks w powieści dwa razy, pierwszy raz tylko dlatego, że chce uciec od swoich problemów, potem ocenia swoje postępowanie jako bardzo głupie. Że jej brat jest narkomanem, który trafia do ośrodka odwykowego (jest trochę informacji o działaniu takiego ośrodka) i że książka raczej pokazuje negatywne skutki zażywania narkotyków. 

Wydawnictwo Jaguar, 2014, książkę dostałam od wydawcy

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

"Kocia gwiazda" nie jest wybitnym dziełem ani najlepszą książką Rodariego - włoskiego klasyka literatury dziecięcej, o którym już na blogu pisałam. To zbiór miniatur o ludziach i kotach. Adresatem pozycji nie są pierwszoplanowo dzieci, choć to nie znaczy, że niektóre nie polubią czytania "Kociej gwiazdy". Podstawowymi odbiorcami Książki Rodariego są kociarz i Rzymofil. 

"Kocia gwiazda" może być więc świetnym prezentem dla tych, którzy kochają  Rzym i koty. Kocie osobowości odmalowane na ilustracjach Eleny Temporin budzą ciepłe uczucia. Kocie indywidualności opisane w krótkich lirycznych (napisanych prozą i wierszem) tekstach łaszą się do nóg czytelników. Dobry przekład Jarosława Mikołajewskiego. On też musi lubić kotowce.

Spokojna lektura. Nieco rozmarzona i miękka, jak niektóre znajome mi miauczące. 

Wydawnictwo Literackie, 2014, kupiona

08:00, zefi-rynna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 kwietnia 2014

Fragment tej powieści znalazł się w podręczniku do polskiego do szóstej klasy. Marysię wzruszył i była zawiedziona (książka wyglądała jej na staroświecką, podobna do tych, które czasem jej podsuwam z różnym skutkiem), że nie znam ani książki, ani autorki. Ja też byłam sobą rozczarowana, dlatego przeszukałyśmy katalogi internetowe naszych bibliotek i wypożyczyłyśmy "Dziewięć bied i jedno szczęście" natychmiast.

To wzruszająca historia rodziny zastępczej, która pączkuje o kolejne skrzywdzone przez dorosłych albo los dzieci. Swoją historię  opowiada dwunastoletnia Emilia Bogacka, która w wypadku samochodowym straciła mądrego, kochającego ojca i pełną sprawność. W dochodzeniu do siebie nie pomaga to, że jej mama jest młodą, nieradząca sobie z życiem kobietą, rozpieszczoną i nieodpowiedzialną. Dziewczynka po operacji trafia na czas rehabilitacji do domu mamy-Ani i jej adoptowanej córki Dosi. Ta rodzina wkrótce powiększy się o dziadziusia, nastolatka, bliźniaki-przedszkolaki i maleńką potrzebującą pomocy dziewczynkę. Nie ma tu przesadnie łatwych rozwiązań trudnych sytuacji życiowych. Za każdym z tych dzieci i dorosłych, którzy stworzą połataną rodzinę stoi prawdziwa krzywda. Nie ma też przesadnie ostrej czarno-białej charakterystyki bohaterów. Źli są źli, owszem, ale przynajmniej ci dobrzy nie są kryształowi, mają swoje wady.

Maria Kann jest autorka wielu książek dla dzieci i młodzieży, zaczęła publikować przed drugą wojną światową, to jest jedna z jej ostatnich książek. Pisała ją starsza pani. Książka ma rodzaj moralizowania, który dziś nie brzmi czysto. Padają zdania typu "Musiałyśmy się spotkać Emilko, żeby bronić, ratować siebie nawzajem. - Na przekór ciemności." "Teraz już wiem, że ludzie, którzy kochają i starają się zrozumieć innego człowieka, potrafią zwalczyć zły los. Szczęście może powstać nawet z wielkich bied." Byłam zdziwiona trochę, że tak się spodobała współczesnej nastolatce. Zawsze jednak stanę po stronie różnorodności wyborów czytelniczych i ewidentnej potrzeby wzruszeń. 

Na ostatnich stronach czekała na nas niespodzianka, która sprawiła, że do książki Marii Kann poczułyśmy sentyment. Okazało się, że bohaterowie mają działkę w Wildze. Na niej dochodzą do zdrowia i równowagi po nieszczęściach, które ich spotykają. to jest ich oaza. Drogę z Warszawy do Wilgi autorka opisała w najdrobniejszych szczegółach, migają nam znajome nazwy miejscowości, znane doskonale krajobrazy, nazwy uliczek w pociętym na działki lesie w Wildze. Wygląda na to, że trzydzieści lat temu fikcyjna rodzina z książki miała działkę parę kroków od naszej. Od naszego Edenu. 

Zapachniało wakacjami w lesie.

Nasza Księgarnia, 1985, z biblioteki

08:34, zefi-rynna , nastolatki
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 kwietnia 2014

Wierzcie lub nie, ale mój dziadek był najprawdziwszym warszawskim cwaniakiem, czyli ulicznym urwisem. To on nauczył mnie, że Warszawa miała kiedyś swój własny język, czyli gwarę warszawską, swoje piosenki, wierszyki i powiedzonka. Była zupełnie innym miastem niż to, które znamy dzisiaj. Jeśli chcesz, trochę Ci o niej opowiem.

Tak zaczyna swoją książkę Maria „Mroux” Bulikowska, a potem już opowiada. O antkach i andrusach, o sałaciarzach, fiorajach i majdaniarzach, o stołecznej modzie, taksówkarzach, czyli o tym wszystkim, czego już nie ma, a co było istotą klimatu tego miasta.

Jestem z Warszawy, tak jak i moi rodzice, babcie i prababcie, i być może i ich rodzice. Losy miasta były jakie były, losy pamięci też. Nie wiem, gdzie była kawiarnia prowadzona przez moją prababcię, nie wiem gdzie stał szpital, w którym pracowali moi dziadkowie podczas Powstania Warszawskiego. Urodziłam się w 1977 roku, więc ich miasto, a nawet miasto z tuż powojennego dzieciństwa mojej mamy, to dla mnie miejsce tylko opowiedziane. Nigdy go nie widziałam. Gwarę warszawską słyszałam tylko w wykonaniu wujka urodzonego w 1930 roku (głównie niecenzuralne wierszyki). Czasem jeszcze słyszę charakterystyczną miękkość w sposobie mówienia taty. No, ale gwara warszawska to już przeszłość, można o niej opowiadać w bajkach.

„Mała książka o gwarze warszawskiej” była dla mnie lekturą przede wszystkim poruszającą. Nie wiem, kiedy przeczytam ją z córkami (3,5 roku, 1,5 roku), na razie czytałam z mamą. Wylazły z zakamarków pamięci jakieś opowieści cioć i babć o warszawskich ulicach, zwyczajach, kulinariach. Zrobiłam mamie test na znajomość klasycznej warszawskiej kuchni (katolik z cebulką, kawior, cynaderki z kaszą) i tylko patrzyłam, jak coraz bardziej się wzrusza, rozpoznając świat dzieciństwa.

Autorka doskonale to wzruszenie łączy z humorem, jest rzeczowa i powściągliwa, a jednocześnie do swojego tematu podchodzi z czułością. Nie ma tu nachalnej propagandy etosu warszawskiego, jest za to cwaniacki urok. Być może wrażenie to potęgowane jest przez ilustrację przedstawiającą mieszkańców Warszawy jako zwierzęta – koty, króliki, psy czy gęsi, rysowane kreską mocną, ale jednocześnie miękką. Rysunki są tu właściwie czarno-białe, tylko okazjonalnie podkolorowane kredką (przez co mogą nieco przypominać cykl o przygodach Gąski Balbinki). To w sensie dosłownym ilustracje tekstu, bardzo mocno z nim sprzęgnięte, dzięki czemu właściwe proporcje i sens tej książki – jakby nie było edukacyjny – zostały zachowane. To jednak nie leksykon czy encyklopedia. Raczej opowieść kogoś, kto pamięta, w cudownie prosty i komunikatywny sposób tłumacząca rzeczy nie tak znowu oczywiste: jakie są zawiłości i niuanse brzmienia warszawskiej gwary, jaki jest źródłosłów pewnych słówek, też już przecież zapomnianych.

Dla małych Warszawiaków to spora porcja wiedzy o ich małej ojczyźnie i niebanalna lekcja lokalnego patriotyzmu. Może nawet miłości – pobrzmiewającą tak słodko w uczuciu, jaką wszystkie parzygnaty darzyły warszawskich strażaków.

No i rzecz fantastyczna: przepis na pańską skórkę.

 

Babaryba 2013 (książka kupiona przez nas dla nas)



piątek, 04 kwietnia 2014

Po połknięciu pięciu książek o przygodach Ani, Blondi, Liliany, Pauli i Niki moja nastoletnia córka napisała do Katarzyny Majgier mail, kiedy napisze kolejną część.  Nie wiadomo, czy będzie następna. Autorka pracuje teraz nad inną serią. Nie wyklucza jednak powrotu do bohaterek "Trzynastki na karku". Może trzeba jeszcze pare(set) takich listów, jak od mojej Mary.

Marysia przeczytała kolejne tomy pamiętnika nastolatki w piorunującym tempie, z przyjemnością zanurzyła się w typowe nastolatkowe problemy z przyjaciółmi, rodzeństwem (głównie młodszym, którym się trzeba zajmować i które może narobić zdrowego obciachu), szkołą i nic nierozumiejącymi dorosłymi. Powieści napisane zostały lekko i dowcipnie, co można rozpoznać po odgłosach, które towarzyszyły czytaniu. Uwielbiam słyszeć radosne  rżenie Marysi znad książki, a zdarzało się, że młoda przybiegała i dzieliła się zabawnym fragmentem. Zwykle dotyczył Joja - młodszego brata głównej bohaterki. Śmiałyśmy się obie. 

Po przeczytaniu pierwszej książki z serii moje dziecko podeszło do mnie i rzuciło (lekko zdziwione) komplementem: "nie jesteście takimi złymi rodzicami, mogłam trafić gorzej". 

Wydawnictwo Akapit Press, II wydanie z biblioteki

14:26, zefi-rynna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 marca 2014

Cierpią z jej powodu nie tylko nieśmiali. Za jej sprawą rezolutne dziewczynki nagle tracą głos i mną w paluszkach brzeg spódniczki zadzierając ją aż do pępka a wielkie aktorki „sypią” się na scenie. „Kret sam na scenie” opowiada o tremie.

Sześcioletni chłopiec ma wystąpić w szkolnym przedstawieniu. Choć uwielbia występować w domu, przed młodszym bratem, przeraża go myśl o wyjściu na oświetloną reflektorami szkolną scenę. Mówi o swoich obawach nauczycielce, która mądrze nie przekonuje go, że da sobie radę, lecz obsadza w roli kreta, który przez większość przedstawienia chowa się za kopcem. Na zakończenie uroczystości chłopiec ma wyjść na scenę i powiedzieć jedno zdanie. Choć zadanie nie wydaje się trudne, noc przed przedstawieniem bohater mierzy się ze swoimi lękami. A jeśli zapomni tekstu? Lub wygłosi kwestię za cicho? Czy rozzłoszczona publiczność nie zacznie rzucać w niego tortami? Zasypia, gnębiony koszmarami. W dzień występu jest jeszcze gorzej. Chłopiec nie może zjeść śniadania, boli go brzuch.

Do katastrofy oczywiście nie dojdzie, choć tuż przed wyjściem na scenę bohater chowa się w szatni, między kurtkami. Tam, w ostatniej chwili, znajdzie go jednak ktoś, kto wierzy w niego najbardziej na świecie. Nie jest to jednak mama, tata ani nauczycielka. Właśnie za sprawą tej osoby przedstawienie będzie miało nieoczekiwany finał...

"Kret" jest mądrą opowieścią o samodzielnym pokonywaniu strachu. Miękkie, pastelowe ilustracje Evy Eriksson nie tylko doskonale opowiadają przebieg tej prostej i chwytającej za serce historii, ale oddają również emocje bohaterów.

Wydawnictwo EneDueRabe, Gdańsk 2013, książka od wydawnictwa

piątek, 14 marca 2014

Architektka, inżynierka, kosmonautka, pastorka, pilotka, prezydentka, arcymistrzyni szachowa, chemiczka, generałka, mistrzyni Formuły 1, neurochirurżka, prezeska banku – dla jednych słowa absurdalne, wydumane, wciąż nieoswojone, wymyślone pod presją poprawności językowej (komputer podświetla mi większość z nich jako niepoprawne). Dla innych słowa-postulaty, ważne i mocne, efekt mozolnego odzyskiwania języka dla kobiet. Ja jestem gdzieś pośrodku, choć moje ewentualne obiekcje wiążą się raczej z kwestią brzmienia i języka, a nie poglądu na miejsce kobiet w tym języku.

Ale tym razem nie mam problemu z brzmieniem form żeńskich (a robiłam sobie takie ćwiczenia, zastanawiając się, jaka mogłaby być żeńska forma „dobroczyńcy” - przyjmuję wszelkie sugestie). Nawet „pilotka” - słowo oznaczające dotąd czapkę pilota – przestała mi przeszkadzać i zaczyna w moim umyśle funkcjonować jako znacznie zgrabniejsze określenie niż kobieta-pilot. Co tylko dowodzi, że naprawdę zmienia się i język, i nasze podejście do niego.

Książka Kosmonautka, napisana przez Piotra Wawrzeniuka (doktora historii od wielu lat mieszkającego w Szwecji), ma walor głównie edukacyjny, ma promować pozytywne wzorce: nie ma zawodów niekobiecych, kobieta może spełnić się w każdej profesji. I nie musi się posiłkować nazewnictwem w męskiej formie, ma prawo do własnych nazw. Ale, jak to zwykle z edukacyjnymi przedsięwzięciami bywa, takie projekty mają charakter dość życzeniowy. Głęboko wierzę w powinności feminizmu i w wizję równouprawnienia, ale kiedy czytam o prezydentce i generałce i próbuję je sobie zwizualizować w polskiej rzeczywistości, nie bardzo mi to idzie (na szczęście nie mam tego problemu z neurochirurżką, inżynierką czy arcymistrzynią szachów). To oczywiście nie jest wina autorów, ale świata, w jakim żyjemy. Nie mniej mam poczucie, że mówimy o postulatach, a nie o realnej sytuacji. A żeby „prezydentka” zaczęła w Polsce znaczyć coś realnego, trzeba wypełnić lukę między rzeczywistością jaka jest, a tą docelową, pokazać możliwe ścieżki do niej. Potrzeba wielu, bardzo wielu różnych mądrych książek. I ludzi, którzy będą chcieli je czytać. Także tych książek, które będą mówić o tacie, który po powrocie do domu zmywa naczynia i gotuje obiad albo który pracuje w przedszkolu.

Ale niech będzie, język jest przecież niezwykle ważny, kształtuje nas i świat wokół, a kropla drąży skałę. Dodatkową wartością książki są króciutkie teksty odnoszące się do każdego z zawodów - każdy kryje w sobie językowe gry. Mama inżynierka, która pracuje nad projektami samochodów, jest prostolinijna i nie lubi przekrętów. Rodzina mamy architektki, która rysuje mosty i domy, w niedziele buduje dobre wzajemne relacje. Nie wszystkie te gry z językiem mają w sobie równą subtelność, ale sam pomysł żonglowania wieloznacznością i pokazania, jak przenikają się różne porządki, bardzo mi się podoba.

Rysunki Doroty Wojciechowskiej, choć same w sobie ładne, wydają się raczej ornamentami niż ilustracjami. Realistyczne szkice, bardzo oszczędne kolorystycznie, miałyby większą siłę rażenia, gdyby były albo bardziej autonomiczne, działały przez kontrę do tekstu, albo gdyby kryły w sobie jakąś narrację. W takiej formie w zestawieniu ze słowem, wypadają nieco blado.

To, nomen omen, prostolinijna książka, nie wykorzystująca jednak potencjału, jaki stanowi temat językowego równouprawnienia płci. Brakuje mi tu brawury, większego zdecydowania. Jeśli jej misją jest zaproponowanie dzieciom wzorców, by – jak głosi opis na okładce – „w przyszłości odważnie sięgały po swoje marzenia”, powinna te dzieci zawojować. Z odwagą, jakiej dzisiaj potrzebują nie tylko dziewczynki, dziewczyny i kobiety, ale i chłopcy oraz mężczyźni, żeby wyjść poza skostniałe, ale wciąż dominujące schematy.

Poławiacze Pereł 2014 (książka udostępniona w zaprzyjaźnionej księgarni BADET)



czwartek, 13 marca 2014

Dawno nie czytałam tak słabej książki dla nastolatków. Zdecydowanie szkoda czasu. 

Z okładki: "Piętnastoletnia Wisty i siedemnastoletni Whit Wszechdobrzy zostają porwani z domu rodziców przez funkcjonariuszy zbrodniczego reżimu o nazwie Nowy Ład, na czele którego stoi Ten Który Jest Jedyny." Zapowiedź nie brzmi jeszcze tak całkiem źle. Im dalej, tym gorzej. Rodzeństwo zostaje porwane do więzienia o zaostrzonym rygorze, które przypomina szpital psychiatryczny. Cele, paralizatory w ręku monstrualnej siostry przełożonej, tortury, przemoc - treści z pewnością kierowane są do nastolatków, tymczasem sposób konstruowania świata przedstawionego może raczej przemówić do niewyrobionego czytelnika w wieku lat 8-10.

Bohaterowie zostają porwani z rodzinnego domu, bo są podejrzewani o zdolności magiczne. Oboje mają zostać zgładzeni, gdy tylko osiągną pełnoletność. Trudno uwierzyć w potęgę i powagę zbrodniczego reżimu, jako że w więzieniu zamykają ich we wspólnej celi a z domu mogą zabrać ze sobą po jednym pamiątkowym przedmiocie. Wisty dostaje od mamy pałeczkę perkusisty a Whit niezapisaną książkę. Trudno uwierzyć też, że inteligencja bohaterów mieści się w normie. To, do czego służą przedmioty, odkrywają po 100 stronach historii. Średnio rozgarnięty siedmiolatek rozpozna czarodziejską różdżkę i magiczną księgę w kilka sekund. Doprawdy autorzy nie zadbali nawet o skromną dozę prawdopodobieństwa. Świat przedstawiony zbudowany niechlujnie, po łebkach, ledwie z grubsza. Uproszczenia i skróty idą tak daleko, że czytelnik musi poczuć się, jak idiota. A czytelnik nastoletni bardzo tego nie lubi.

Nie wierzę, że książkę napisał James Patterson. Dla mnie wygląda tak, jakby napisał ją kiepski boot. 

Wydawnictwo Albatros, 2014, dostałam od wydawcy

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 62
| < Październik 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi nastolatków o książkach
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione