o książkach dla dzieci i młodzieży
niedziela, 30 listopada 2014

Odświeżam sobie jedną z ulubionych lektur późnego dzieciństwa "Sceny z życia smoków" Beaty Krupskiej. Czekałam na wznowienie, bo mój egzemplarz przepadł na "cmentarzysku pożyczonych książek".

To tytuł, który bardzo długo pozostawał na szczycie listy najbardziej pożądanych do wznowienia. Myślę, że grono jego fanów jest bardzo szerokie. Na allegro wydanie z roku 1987 osiągało cenę nawet ponad 100 złotych i byli tacy, którzy kupowali, by przypomnieć sobie radość czytania scen.

"Sceny z życia smoków" to dobry wstęp do scenariusza serialu dla dzieci - i taki powstał, myślę, że nowe podejście do tej książki i nowa animacja spotkałaby się z aplauzem publiczności. Siłą książki są błyskotliwe dialogi i wyraziści bohaterowie - smocze indywidualności i ich znajomi z lasu. Łatwo jest mi przypomnieć sobie teraz, dlaczego pamiętałam tę książkę jako wyjątkową.

Po pierwsze poziom absurdu jest absurdalnie wysoki i to cieszy: "Smok Zygmunta usiadł i zagrał na saksofonie. Powietrze wypełniło się pomarańczowymi motylami i zielonymi nietoperzami, za którymi gonił Łysy Pies."

Po drugie ta książka jest doskonała towarzysko - książka imprezowa, można powiedzieć dzisiaj. Siedzieliśmy ze znajomymi i czytaliśmy głośno śmieszne fragmenty. Niektóre cytaty ze smoków utrwaliły się na tyle, że stosowano je w naszej paczce przy najróżniejszych okolicznościach. Jeśli tylko, ktoś skarżył się, że jest nielubiany, dostawał fragmencik: "Nikt w lesie nie lubił Żaby. Żaba była zielona, miała pryszcze na plecach i wyłupiaste oczy. Lubiła mówić o sobie i ciągle się chwaliła. Ale najgorsze było to, nikt nie chciał się z nią ożenić." Bawiliśmy się też prowadząc smocze dialogi: "- To cztery. - Co cztery? - Nic. - Dobra odpowiedź." A pytanie o godzinę często zamienialiśmy na pytanie o gadzinę. "Na polanę wszedł Wincenty Smok - Która gadzina?!!- zaryczał. - Nie gadzina a godzina - poprawił go Smok Zygmunta. - Cicho!!! Powtarzam: która gadzina nadepnęła mi rano na odcisk?! - ryczał Wincenty."

Testuję teraz na moich czwartoklasistach i ich też potrafi rozbawić niejeden smok.

Wydawnictwo Prószyński i ska, 2014, książkę dostałam od wydawcy

piątek, 14 listopada 2014

Lubię ten moment, kiedy świat dowiaduje się, kto otrzymał literacką nagrodę Nobla a ja mogę powiedzieć, że czytałam jego książkę. Tak było w tym roku. Po "Katarzynkę" Modiana  sięgnęłam w dzieciństwie z powodu Sempego i jego ilustracji do "Mikołajka". Miałam nadzieję, że tytułowa bohaterka będzie taką rozrabiarą jak jej francuski koleżka. I chyba byłam lekko rozczarowana na początku. Bo Katarzyna nie rozrabiała. Ani odrobinę. Ale już chwilę później poczułam bratnią duszę w bohaterce tej kameralnej opowieści, bo ona zamyślała się, rozmarzała i nosiła okulary, tak jak ja.  Posłuchajcie fragmentu.

"- Będziesz musiała tańczyć bez okularów - usłyszałam od nauczycielki tańca.

Z początku zazdrościłam koleżankom, które nie nosiły okularów. Dla nich wszystko było proste. Lecz po namyśle doszłam do wniosku, że mam nad nimi przewagę: mogłam żyć w dwóch światach zależnie od tego, czy nosiłam okulary, czy też nie. A świat tańca nie był rzeczywistym życiem, lecz był to świat, w którym zamiast zwyczajnie chodzić tańczyło się albo wykonywało entrechats. Tak, świat z marzeń, taki nieostry i delikatny, który widziałam bez okularów."

Ja zazdrościłam Katarzynce, i Paryża, i Nowego Jorku. Oba miejsca wydawały mi się zupełnie magiczne z perspektywy peerelowskiej Ostrołęki, która, bądźmy szczerzy, nawet gdy zdjęłam okulary, nie wyglądała jak z marzeń

Teraz wróciłam do tej opowieści i odkrywam na nowo, że nie ma w niej wiele jest akcji. Z perspektywy dzisiejszego dziecięcego czytelnika nie dzieje się nic. Ot, wspomnienia z dzieciństwa, kameralna historia, pełna niedopowiedzeń, w której najważniejszą postacią jest ojciec. Podobny do Katarzynki, rozmarzony okularnik dzieli się  z córką swoją prawdą o świecie. Może i wy chcecie ulec jego zapewnieniu, że "świat nie jest taki zły", bo kto by nie chciał?

Wydawnictwo Czuły Barbarzyńca, 2009, kupiona

piątek, 07 listopada 2014

„Hilda i Troll” to były jedynie przedbiegi. Fantastyczna książka, ale jednak przedbiegi. Prawdziwa pełnia to dopiero „Hilda i nocny olbrzym”. Tutaj odsłaniają się wszystkie zakamarki i zawiłości świata otaczającego niebieskowłosą dziewczynkę.W „Olbrzymie" nie ma już zwykłej bajki osadzonej w dość niesamowitej scenerii - teraz otwiera się jakiś wszechświat, rzeczywistość totalna, wprawiająca w osłupienie.

Hilda odkrywa, że wokół jej domu stoją setki, może tysiące maleńkich domków elfów, które wcześniej były dla niej, jako istoty ludzkiej, niewidoczne. Elfy tworzą społeczność ściśle zorganizowaną – z lokalną władzą, premierem i drobiazgową organizacją codziennego życia. Nie chcą obok siebie Hildy i jej mamy – są dla nich zbyt duże i głośne. Nieświadomie istnienia małych sąsiadów brutalnie panoszą się w elfickim świecie. Ten miniaturowy (ale tylko dla ludzi), niewidoczny świat to w zasadzie świat równoległy, rozpoznawalny w swoich formach, ale niezwykły. Aby ocalić własne domostwo, Hilda musi się w nim odnaleźć i dojść do porozumienia z nieustępliwymi władzami elfów.

Ale nasza bohaterka pod osłoną nocy dostrzega istnienie kogoś znacznie bardziej osobnego. To samotny olbrzym, większy od góry, pojawiający się nieopodal domu dziewczynki – zawsze w ciemnościach, na tle rozgwieżdżonego nieba. Podczas gdy rzeczywistość elfów jest dynamiczna, rozedrgana i krzykliwa, olbrzym, cichy i tajemniczy, emanuje jakimś wytrwałym, spokojnym smutkiem.

To, co spotyka Hildę, jest zbyt niesamowite i wielobarwne, by to opisywać. Nagłe pojawienie się obok niej i elfów, i olbrzyma, zmusza ją do dojrzałości i jeszcze większej niż dotąd samodzielności. Szybko musi zrozumieć wiele całkiem dorosłych spraw i podjąć ważne decyzje, wymagające odwagi, ale też i roztropności. Staje przed jakimś ogromem i wie, że aby się w nim odnaleźć, trzeba się z nim zaprzyjaźnić.

Dopóki przygody Hildy koncentrują się na perypetiach z elfami, są to jedynie przygody, niewyrastające ponad poziom tego, co można było wyczytać w pierwszej części komiksu. Kiedy jednak powoli odsłania się przed czytelnikami (i samą Hildą) historia olbrzyma i jego nieustannej wędrówki, opowieść wkracza w dziedzinę dojmującej melancholii, jakiejś kosmicznej tęsknoty. Wymiary się mieszają, światy się nakładają.

Ostatni, wielki krach, stawia małą bohaterkę przed całkiem nowym życiem, w innym miejscu, w innej rzeczywistości. I każe zastanowić się nad trwaniem i trwałością rzeczy. Dawno nie oglądałam i nie czytałam tak obłędnej, wielopoziomowej, pięknie narysowanej i skomponowanej książki o dojrzewaniu, która może przynieść tyle wrażeń i mojej córce, i mnie samej.

 

Wydawnictwo Centrala, 2013, książka kupiona



niedziela, 02 listopada 2014

Wśród uczniów czwartych klas mam takich, którzy pochłaniają z przyjemnością kolejne tomy przygód Harry'ego Pottera, "Baśnioboru", "Magicznego drzewa"  czy nawet "Gry Endera". Wciąż jednak potrzebuję tytułów dla dzieci, które jeszcze się nie rozczytały tak do końca. Potrzebne mi są tytuły lekkie, łatwe w czytaniu, żeby móc zaproponować je dyslektykom i uczniom, którzy zwyczajnie wolą oglądać telewizję i grać w gry komputerowe niż czytać. Oni muszą nabrać wprawy i zapamiętać czystą przyjemność lekturową, żeby potem mogli sięgnąć też po książki trudniejsze i bardziej wymagające.

Dla dziewczyn w ramach książek na rozczytanie świetnie się sprawdzają czytadła o kotach, psiakach, koniach - jest takich serii kilka (Holly Webb i Agnieszka Stelmaszyk napisały tego rodzaju książek już setki, mam wrażenie). Natomiast czytadła skierowanego bardziej do chłopców chyba brakowało (tu podkreślam bardziej do chłopców, bo wiadomo, że dziewczyny czytają typowo chłopackie książki a odwrotnie to już tak nie działa). 

Serii ze świata Minecrafta wróżę powodzenie. Wielu moich uczniów (i chłopcy i dziewczyny) uwielbia tę grę. W pierwszym tomie serii "Herobrine powstaje" poznajemy bohaterów - dziesięcioletnich braci bliźniaków Josha i Andre. Ich ojciec pracuje w laboratorium wirtualnej rzeczywistości, i dzięki jego urządzeniom bliźniakom udaje się dostać do trójwymiarowego świata brył. Minecraft staje bardziej realny niż wirtualny i siłą rzeczy bardziej niebezpieczny. 

Powieść czytadło, zaplanowany komercyjnie serial, zdecydowanie dla młodszych i niewyrobionych czytelników, dla tych, którzy wiedzą, co to Minecraft. Nie zamierzam dowodzić jej walorów literackich. Jeśli pomoże rozczytać kilku moich chłopców,  spełni swoje zadanie.

I jeszcze muszę dorzucić takie przemyślenie: lubię te czasy, w których dziewięcio-dziesięcioletni uczniowie przynoszą do szkoły swoje kolorowe, pluszaki bez skrępowania. Nikt nie posądzi ich o brak męskości za przywiązanie do różowej świni, czerwonej krowy czy żółtego ocelota ze świata gry.

Wydawnictwo ARKADY, 2014, kupiona

poniedziałek, 13 października 2014

Wiecie, co lubię w szwedzkich książkach dla dzieci? To, że dorośli nie wtrącają się za bardzo w sprawy dzieci. Zostawiają im bezpieczny margines, który można zapełnić łażeniem po kałużach, skakaniem przez płoty, wspinaniem się na drzewa i śmiałymi wyprawami na sąsiednie lub podwórka. Takim rodzicem jest mama Billy’ego, która o przygodach swojego synka (Billy jest bohaterem całego cyklu książek) słucha na ogół z lekkim niedowierzaniem, ale bez wyższości; łaskocząc, całując, podając kakao albo zdejmując mokre skarpetki. Nie wiem, czy nie wierzy w historie opowiedziane przez Billy’ego ale nie daje mu tego odczuć, czy wręcz przeciwnie, rozumie, że w dzieciństwie zdarzyć się może więcej, bo wtedy przeżywa się świat głębiej i intensywniej. W każdym razie podoba mi się jej podejście (tak jak i pomarańczowy czub na głowie).

Tym razem Billy i jego koleżanka Lotta zastanawiają się, w co bawią się dzieci w szkole. Dochodzą do wniosku, że są już gotowi, by sami się tam wybrać. Zamiast siedzieć przed domem, ruszają w odwiedziny do sąsiedniej szkoły. Starają się nie złamać przy tym zakazu wychodzenia na ulicę - wybierają drogę przez sąsiednie ogródki. Oczywiście droga pełna jest niespodzianek. Dzieciaki przegania z ogródka pan Sztorm, który wkrótce dołączy do tej wyprawy. Billy i Lotta dotrą w końcu do szkoły, zaspokoją ciekawość i wrócą do domu. Dla mnie to historia o mądrym przyzwoleniu dorosłych na eksplorowanie świata.   

Wydawnictwo EneDueRabe 2014, książka od wydawnictwa

poniedziałek, 06 października 2014

Studium głupoty? Bezradności? Podręcznik manipulatorki? To propozycje interpretacyjne z okładki książki. Po trosze ta książka jest tym wszystkim. Plus jest dobrą powieścią dla gimnazjalistek.

Jedno kłamstewko i zbieg okoliczności (niefortunny) uruchamiają lawinę oszustw. Pierwsze kłamstewko jest skromne i wymuszone przez okoliczności i koleżanki. Żeby się w końcu odczepiły, bohaterka książki - Nina postanawia poudawać przez  chwilę, że ma chłopaka, nic więcej. Żeby uprawdopodobnić historię daje mu na imię Paweł. Przypadkowo kilka dni później lokalna społeczność przeżywa tragiczną śmierć nastolatka - Pawła. Kłamstwo, które było małe i łatwe, nagle rośnie i wymyka się spod kontroli. Ninie wydaje się  kuszące przytaknąć na sugestię, że nie żyje jej ukochany. Może się  pogrążyć się w nieszczęściu i braku zrozumienia i nic nie robić. Nieoczekiwanie okazuje się również, że pojawiają się ludzie, którzy spieszą jej ze wsparciem w trudnej sytuacji. Co przecież jest miłe. Przynajmniej przez chwilę.

Nina brnie dalej i po jakimś czasie dostrzega, że jest zupełnie bezradna wobec wielu warstw kłamstw, które misternie udziergała na potrzeby ciekawskich. I że zupełnie nie ma pomysłu, jak się z tego wyplątać.

To główny wątek powieści. Są też inne, które śledzi się z zaciekawieniem - trudności w dogadaniu się z kolegami, rodzeństwem, rodzicami, nauczycielami, kłopoty niepełnosprawnej kuzynki z nadopiekuńczą matką. 

"Dane wrażliwe" Ewy Nowak nie mogły nie przypomnieć na chwilę "Kłamczuchy" Musierowicz.  Książki Ewy Nowak nie mają tego krzepiącego uroku, co Jeżycjada. To nie są romantyczne komedie. Bohaterki są twardsze, prawdziwsze, bardziej pogubione i bardziej współczesne. 

Wydawnictwo Egmont, drugie wydanie, 2014 rok, z biblioteki.

wtorek, 23 września 2014

Na blogu dziś tekst Ilony o książce dla przedszkolaków:

W życiu wielu czterolatków pojawia się chwila, kiedy fascynują je smoki, rycerze, dinozaury i walka. Przedszkolaki walczą na wyimaginowane miecze z wyimaginowanymi jaszczurami, całkiem naprawdę siłują się z kolegami na dywanie i marzą o tarczy i hełmie. I to jest właśnie ten moment, kiedy w domu może pojawić się książka Christiny BjÖrk i Evy Eriksson „Rycerze i smoki”. 

Niektórych – jak mnie – może skusić nazwisko ilustratorki. Evę Eriksson pamiętamy z książeczek o Maksie i jego piłce, nocniku, aucie, pieluszce (ach, jak to było DAWNO!). Odnajdziemy ślady Maksia w rysach małych rycerzy i kresce sprawnie szkicującej opowiadaną anegdotę. 

Powiedzmy jednak od razu, że „Rycerze i smoki” to całkiem inny etap życia niż niewinny świat Maksia i jego zjedzonych ciastek. Jak mówi czteroletni Janek, „to książka o walczeniu”. Krótkie, dwu-, trzystronicowe opowiadania to historie rycerzy, znanych skądinąd z wielkiej literatury światowej, gdy byli dziećmi. Mały Artur, Hajmdal, Sigurd, Tristan – to jeszcze mali chłopcy, którzy żyją w świecie pełnym smoków . Czasem spotykają je w jamie pod tajemniczym drzewem, czasem trafiają na nie przypadkiem w lesie, czasem – hodują w domu jaszczurkę, która dorasta i staje się zionącym ogniem jaszczurem. I wtedy mali rycerze przystępują do walki ze smokami a ja, czytając wieczorem Jankowi opowiadanie, zastanawiam się, jak sobie wyobraża pewne sceny mój dzielny przedszkolak.

- Skoro tak, to zaraz was wtrącę do lochu – zagroził smok. – Oddawaj miecz!

- Nigdy w życiu! – zawołał Sigurd i przypomniało mu się, jak już raz udało mu się ugodzić smoka prosto w serce. Choć był to tylko Fafnir, jego treningowy smok. Ta myśl dodała mu odwagi. Zamachnął się i zadał Gramem cios w serce zamkowego smoka (Sigurd, Gram i smoki).

Mali rycerze marzą o walce i zabijaniu smoków. Nie wiedzą jeszcze, co oznacza śmierć. Używają tego słowa a najlepiej brzmiące frazy z upodobaniem powtarzają (ugodzę cię prosto w serce, Stefan!).

Nie wiem, jak i kiedy można powiedzieć dziecku, że ludzie czasem zabijają. Mam w związku z tym kłopot z tym fragmentami książki, które walkę pokazują jako przygodę. Wiem jednak, że już wkrótce klosz przestanie działać i Janek zetknie się z bogatym światem przemocy i śmierci w popkulturze. „Rycerze i smoki” są tu łagodnym preludium. Czytamy je więc wieczorami i widzę, że Janek zasypia spokojnie. Poza ciosami w serce, smoki pokonuje się wrzucając im do paszczy worek toffi, które skutecznie sklejają groźną paszczę. Myślę, że wspomnienie ich słodkiego smaku, zaciera ostre rysy walki.

Zakamarki, 2014, kupiona

piątek, 12 września 2014


Najpiękniejsza książka o dojrzewaniu do kobiecości, jaką czytałam. W literaturze dla dzieci takie tematy do tej pory pojawiały się chyba tylko w baśniowej klasyce. Iwona Chmielewska snuje przejmującą, współczesną a jednocześnie odwołującą się do tradycji i wzorców literackich opowieść. Pełną półtonów, wysublimowaną i delikatną jak koronki i hafty, motyw powtarzający się na stronach tej książki. 

Obrazkowa opowieść zaczyna się w momencie, gdy w dziewczynka czuje, że jej życiu zachodzi zmiana. Pewnego dnia usłyszy kilka prostych słów: "Królewno, dziś stałaś się kobietą”. To dzień pierwszej miesiączki, ale przeczytacie o tym wprost - sfera cielesna, choć mocno obecna w książce, przedstawiona została metaforycznie: "Odtąd co miesiąc przez kilka dni była Panią swojego królestwa, a władza ta spadała na nią punktualnie i niezawodnie". W ilustracjach symbolizuje ją czerwień, kontrastująca z dominującymi na stronach odcieniami bieli, barwą ecru, kością słoniową, perłową. Czerwony jest sznur na pranie, owoce jarzębiny, lina huśtawki i mereżka na ubraniu lalki.  

Dziewczynka zaczyna się uczyć panowania nad swoim królestwem. Przymierza role, kluczy po świecie emocji, fizycznych doznań i baśniowych symboli. Pastelowa, koronkowo delikatna opowieść o dojrzewaniu, łączy w sobie intymność i uniwersalizm. Młodsze dzieci mogą czytać "Królestwo dziewczynki" nie wychodząc poza poziom baśniowości - w historii pojawia się smok, zatrute jabłko, ziarnko grochu i królewna zaklęta w żabę. Poza tym to lektura dla matek i córek w każdym wieku. 

"Królestwo dziewczynki" to edytorskie cacuszko. Trudno mi jest się powstrzymać od dotykania grzbietu oprawionego w materiał. Złocone brzegi kartek traktuję jako ukłon w stronę moich córek.

Wydawnictwo Entliczek 2014, kupiona

niedziela, 07 września 2014

Zmiany są dobre. Trzeba wrócić wreszcie z wakacji. Chcę Wam polecić książkę, którą znalazłam latem. Zrobiła na mnie takie wrażenie, że wpisałam ją na listę lektur czwartoklasistów, których uczę w tym roku polskiego  (zmiany są dobre, wróciłam do pracy w szkole podstawowej i już cieszę się na kupowanie książek do biblioteki i książki pożyczane i polecane przez uczniów).

"Cud chłopak" R.J Palacio to niezwykła historia. Myślę, że część mnie szukała od jakiegoś czasu takiej książki. Będzie to dobra opowieść dla osób zaczynających z lekkim stresem nowy etap życia - pierwsze dni nowej szkoły, nowej pracy, nowej życiowej roli.

Bohater powieści  - dziesięcioletni Auggie nigdy wcześniej nie chodził do szkoły. W dzieciństwie przeszedł 27 operacji i wiele czasu spędził w szpitalach i na domowej rekonwalescencji. Za sprawą mutacji genetycznej jest chłopcem z okropnie zdeformowana twarzą. "Nie powiem wam jak wyglądam. - pisze Auggie - Cokolwiek sobie wyobrażacie, w rzeczywistości jest pewnie gorzej". Szczegółowy opis jego twarzy znajdziemy dopiero w połowie książki, dopiero wtedy, gdy już poznamy bohatera całkiem dobrze, spędzimy z nim parę miesięcy w nowej szkole, poznamy reakcje innych ludzi na jego wygląd,  w tym szkolnych kolegów i nauczycieli. Świetny zabieg autorki. Kiedy przychodzi ten moment lektury, możemy skonfrontować wyobrażenie Auggiego, które powstało w naszej głowie wcześniej. Mocne wrażenie.

To rewelacyjna książka o akceptowaniu inności, o dorastaniu do akceptacji, o trudnościach z tym związanych i ich pokonywaniu.

Podoba mi się, a jakże, pozytywny obraz nauczyciela. Jeden z bohaterów powieści Pan Brown daje on swoim uczniom oprócz wiedzy także życiowe rady, jest gotowy do rozmowy, jest też otwarty na życiowe wskazówki od swoich uczniów. Nie podoba mi się tylko tłumaczenie tych życiowych rad jako "wskazań". Czegoś w tym słowie brakuje w moim odczuciu.

Wydawnictwo Albatros, 2014, kupiona

czwartek, 31 lipca 2014

W samym środku wakacyjnej suszy pisze dla nas Ilona, mama czteroletniego Janka: 

Na początek muszę się przyznać: lubię skandynawskie książki dla dzieci. Niezwykle odpowiada mi ich sposób przedstawiania emocji: pozbawiony czułostkowości i infantylizmu a zarazem uczciwy i serio wobec małych czytelników. 

Podoba mi się ich nienachalna równościowość. Światy, w których ojcowie smażą naleśniki (jak w Yeti), dziadek jest wspaniałym towarzyszem wakacji (jak w opowieściach o Stinie) a mamusie nie boją się mieszkać w małym domku w bardzo ciemnym lesie (jak w Duchu, który się bał). 

Nic więc dziwnego, że sięgnęliśmy po cykl książek o Albercie Albertsonie. A raczej - nic więc dziwnego, że Albert Albertson, bohater serii książek Gunilli Bergstrom, dziarsko wkroczył na listę naszych ulubionych lektur.

Albert Albertson jest bohaterem, który żywo nteresuje czteroletniego czytelnika, jakim jest Janek. To, co zdarza się małemu chłopcu, który mieszka z samotnie (?) wychowującym go tatą, idealnie trafia w refleksje przedszkolaka o życiu. 

Co to są wyrzuty sumienia (Albert i potwór)? Co trzeba zrobić, żeby zaczytany tata oderwał się na chwilę od ukochanej gazety i pobawił w wyimaginowaną podróż (Nieźle to sobie wymyślileś, Albercie)? Jak to się dzieje, że rano tak trudno ze wszystkim zdążyć (Pospiesz się, Albercie)? 

Pomoże też trochę skonsternowanym rodzicom, którzy zastanawiają się, jak traktować zupełnie wymyślonych przyjaciół swych dzieci (Albert i tajemniczy Molgan). Tata Alberta radzi sobie z tym bowiem znakomicie.

Lubimy czytać o Albercie, bo ciekawią nas historie, które mu się zdarzają. Janek chce wiedzieć czy Albert odnalazł (i przeprosił) chłopca, którego niesprawiedliwie uderzył pięścią w nos w bezradnej złości (mnie podoba się, że złość w tej książce jest taka silna - na tym w końcu polegają problemy z nią!). Bardzo jest ciekawy, czy i gdzie odnajdzie się, zagubiona w ferworze zabawy, fajka taty. Lubimy też ogladać ilustracje: po skandynawsku czyste, nowoczesne, czasem w formie pomysłowych kolaży. 

Jak już jednak pisałam, Janek chyba najbardziej lubi oddawać się, zaraz po przeczytaniu, rozważaniom o życiu. Dlaczego Albert się tak bardzo zdenerwował? Dlaczego ktoś coś zrobił? Skąd się wziąl wymyślony kolega? I ja, chyba właśnie za tę nienachalną inspirację i brak natarczywego dydaktyzmu, bardzo cenię serię o Albercie.

Każde z opowiadań idealnie nadaje się na wieczorne czytanie - trwają akurat tyle, żeby przedszkolak był usatysfakcjonowany lekturą. Pozwalają dobrze podsumować i zakończyc dzień. I ewentualnie wyjaśnić jakieś trudne sprawy. Polecamy.

ps Tatę Alberta lubimy też za to, że lubi sobie zapalić dla odprężenia kompletnie niepedagogiczną fajkę. I za hasło "jeszcze tylko...". Nas też bardzo śmieszy!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 64
| < Sierpień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi nastolatków o książkach
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione