o książkach dla dzieci i młodzieży
poniedziałek, 14 kwietnia 2014

"Kocia gwiazda" nie jest wybitnym dziełem ani najlepszą książką Rodariego - włoskiego klasyka literatury dziecięcej, o którym już na blogu pisałam. To zbiór miniatur o ludziach i kotach. Adresatem pozycji nie są pierwszoplanowo dzieci, choć to nie znaczy, że niektóre nie polubią czytania "Kociej gwiazdy". Podstawowymi odbiorcami Książki Rodariego są kociarz i Rzymofil. 

"Kocia gwiazda" może być więc świetnym prezentem dla tych, którzy kochają  Rzym i koty. Kocie osobowości odmalowane na ilustracjach Eleny Temporin budzą ciepłe uczucia. Kocie indywidualności opisane w krótkich lirycznych (napisanych prozą i wierszem) tekstach łaszą się do nóg czytelników. Dobry przekład Jarosława Mikołajewskiego. On też musi lubić kotowce.

Spokojna lektura. Nieco rozmarzona i miękka, jak niektóre znajome mi miauczące. 

Wydawnictwo Literackie, 2014, kupiona

08:00, zefi-rynna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 kwietnia 2014

Fragment tej powieści znalazł się w podręczniku do polskiego do szóstej klasy. Marysię wzruszył i była zawiedziona (książka wyglądała jej na staroświecką, podobna do tych, które czasem jej podsuwam z różnym skutkiem), że nie znam ani książki, ani autorki. Ja też byłam sobą rozczarowana, dlatego przeszukałyśmy katalogi internetowe naszych bibliotek i wypożyczyłyśmy "Dziewięć bied i jedno szczęście" natychmiast.

To wzruszająca historia rodziny zastępczej, która pączkuje o kolejne skrzywdzone przez dorosłych albo los dzieci. Swoją historię  opowiada dwunastoletnia Emilia Bogacka, która w wypadku samochodowym straciła mądrego, kochającego ojca i pełną sprawność. W dochodzeniu do siebie nie pomaga to, że jej mama jest młodą, nieradząca sobie z życiem kobietą, rozpieszczoną i nieodpowiedzialną. Dziewczynka po operacji trafia na czas rehabilitacji do domu mamy-Ani i jej adoptowanej córki Dosi. Ta rodzina wkrótce powiększy się o dziadziusia, nastolatka, bliźniaki-przedszkolaki i maleńką potrzebującą pomocy dziewczynkę. Nie ma tu przesadnie łatwych rozwiązań trudnych sytuacji życiowych. Za każdym z tych dzieci i dorosłych, którzy stworzą połataną rodzinę stoi prawdziwa krzywda. Nie ma też przesadnie ostrej czarno-białej charakterystyki bohaterów. Źli są źli, owszem, ale przynajmniej ci dobrzy nie są kryształowi, mają swoje wady.

Maria Kann jest autorka wielu książek dla dzieci i młodzieży, zaczęła publikować przed drugą wojną światową, to jest jedna z jej ostatnich książek. Pisała ją starsza pani. Książka ma rodzaj moralizowania, który dziś nie brzmi czysto. Padają zdania typu "Musiałyśmy się spotkać Emilko, żeby bronić, ratować siebie nawzajem. - Na przekór ciemności." "Teraz już wiem, że ludzie, którzy kochają i starają się zrozumieć innego człowieka, potrafią zwalczyć zły los. Szczęście może powstać nawet z wielkich bied." Byłam zdziwiona trochę, że tak się spodobała współczesnej nastolatce. Zawsze jednak stanę po stronie różnorodności wyborów czytelniczych i ewidentnej potrzeby wzruszeń. 

Na ostatnich stronach czekała na nas niespodzianka, która sprawiła, że do książki Marii Kann poczułyśmy sentyment. Okazało się, że bohaterowie mają działkę w Wildze. Na niej dochodzą do zdrowia i równowagi po nieszczęściach, które ich spotykają. to jest ich oaza. Drogę z Warszawy do Wilgi autorka opisała w najdrobniejszych szczegółach, migają nam znajome nazwy miejscowości, znane doskonale krajobrazy, nazwy uliczek w pociętym na działki lesie w Wildze. Wygląda na to, że trzydzieści lat temu fikcyjna rodzina z książki miała działkę parę kroków od naszej. Od naszego Edenu. 

Zapachniało wakacjami w lesie.

Nasza Księgarnia, 1985, z biblioteki

08:34, zefi-rynna , nastolatki
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 kwietnia 2014

Wierzcie lub nie, ale mój dziadek był najprawdziwszym warszawskim cwaniakiem, czyli ulicznym urwisem. To on nauczył mnie, że Warszawa miała kiedyś swój własny język, czyli gwarę warszawską, swoje piosenki, wierszyki i powiedzonka. Była zupełnie innym miastem niż to, które znamy dzisiaj. Jeśli chcesz, trochę Ci o niej opowiem.

Tak zaczyna swoją książkę Maria „Mroux” Bulikowska, a potem już opowiada. O antkach i andrusach, o sałaciarzach, fiorajach i majdaniarzach, o stołecznej modzie, taksówkarzach, czyli o tym wszystkim, czego już nie ma, a co było istotą klimatu tego miasta.

Jestem z Warszawy, tak jak i moi rodzice, babcie i prababcie, i być może i ich rodzice. Losy miasta były jakie były, losy pamięci też. Nie wiem, gdzie była kawiarnia prowadzona przez moją prababcię, nie wiem gdzie stał szpital, w którym pracowali moi dziadkowie podczas Powstania Warszawskiego. Urodziłam się w 1977 roku, więc ich miasto, a nawet miasto z tuż powojennego dzieciństwa mojej mamy, to dla mnie miejsce tylko opowiedziane. Nigdy go nie widziałam. Gwarę warszawską słyszałam tylko w wykonaniu wujka urodzonego w 1930 roku (głównie niecenzuralne wierszyki). Czasem jeszcze słyszę charakterystyczną miękkość w sposobie mówienia taty. No, ale gwara warszawska to już przeszłość, można o niej opowiadać w bajkach.

„Mała książka o gwarze warszawskiej” była dla mnie lekturą przede wszystkim poruszającą. Nie wiem, kiedy przeczytam ją z córkami (3,5 roku, 1,5 roku), na razie czytałam z mamą. Wylazły z zakamarków pamięci jakieś opowieści cioć i babć o warszawskich ulicach, zwyczajach, kulinariach. Zrobiłam mamie test na znajomość klasycznej warszawskiej kuchni (katolik z cebulką, kawior, cynaderki z kaszą) i tylko patrzyłam, jak coraz bardziej się wzrusza, rozpoznając świat dzieciństwa.

Autorka doskonale to wzruszenie łączy z humorem, jest rzeczowa i powściągliwa, a jednocześnie do swojego tematu podchodzi z czułością. Nie ma tu nachalnej propagandy etosu warszawskiego, jest za to cwaniacki urok. Być może wrażenie to potęgowane jest przez ilustrację przedstawiającą mieszkańców Warszawy jako zwierzęta – koty, króliki, psy czy gęsi, rysowane kreską mocną, ale jednocześnie miękką. Rysunki są tu właściwie czarno-białe, tylko okazjonalnie podkolorowane kredką (przez co mogą nieco przypominać cykl o przygodach Gąski Balbinki). To w sensie dosłownym ilustracje tekstu, bardzo mocno z nim sprzęgnięte, dzięki czemu właściwe proporcje i sens tej książki – jakby nie było edukacyjny – zostały zachowane. To jednak nie leksykon czy encyklopedia. Raczej opowieść kogoś, kto pamięta, w cudownie prosty i komunikatywny sposób tłumacząca rzeczy nie tak znowu oczywiste: jakie są zawiłości i niuanse brzmienia warszawskiej gwary, jaki jest źródłosłów pewnych słówek, też już przecież zapomnianych.

Dla małych Warszawiaków to spora porcja wiedzy o ich małej ojczyźnie i niebanalna lekcja lokalnego patriotyzmu. Może nawet miłości – pobrzmiewającą tak słodko w uczuciu, jaką wszystkie parzygnaty darzyły warszawskich strażaków.

No i rzecz fantastyczna: przepis na pańską skórkę.

 

Babaryba 2013 (książka kupiona przez nas dla nas)



piątek, 04 kwietnia 2014

Po połknięciu pięciu książek o przygodach Ani, Blondi, Liliany, Pauli i Niki moja nastoletnia córka napisała do Katarzyny Majgier mail, kiedy napisze kolejną część.  Nie wiadomo, czy będzie następna. Autorka pracuje teraz nad inną serią. Nie wyklucza jednak powrotu do bohaterek "Trzynastki na karku". Może trzeba jeszcze pare(set) takich listów, jak od mojej Mary.

Marysia przeczytała kolejne tomy pamiętnika nastolatki w piorunującym tempie, z przyjemnością zanurzyła się w typowe nastolatkowe problemy z przyjaciółmi, rodzeństwem (głównie młodszym, którym się trzeba zajmować i które może narobić zdrowego obciachu), szkołą i nic nierozumiejącymi dorosłymi. Powieści napisane zostały lekko i dowcipnie, co można rozpoznać po odgłosach, które towarzyszyły czytaniu. Uwielbiam słyszeć radosne  rżenie Marysi znad książki, a zdarzało się, że młoda przybiegała i dzieliła się zabawnym fragmentem. Zwykle dotyczył Joja - młodszego brata głównej bohaterki. Śmiałyśmy się obie. 

Po przeczytaniu pierwszej książki z serii moje dziecko podeszło do mnie i rzuciło (lekko zdziwione) komplementem: "nie jesteście takimi złymi rodzicami, mogłam trafić gorzej". 

Wydawnictwo Akapit Press, II wydanie z biblioteki

14:26, zefi-rynna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 marca 2014

Cierpią z jej powodu nie tylko nieśmiali. Za jej sprawą rezolutne dziewczynki nagle tracą głos i mną w paluszkach brzeg spódniczki zadzierając ją aż do pępka a wielkie aktorki „sypią” się na scenie. „Kret sam na scenie” opowiada o tremie.

Sześcioletni chłopiec ma wystąpić w szkolnym przedstawieniu. Choć uwielbia występować w domu, przed młodszym bratem, przeraża go myśl o wyjściu na oświetloną reflektorami szkolną scenę. Mówi o swoich obawach nauczycielce, która mądrze nie przekonuje go, że da sobie radę, lecz obsadza w roli kreta, który przez większość przedstawienia chowa się za kopcem. Na zakończenie uroczystości chłopiec ma wyjść na scenę i powiedzieć jedno zdanie. Choć zadanie nie wydaje się trudne, noc przed przedstawieniem bohater mierzy się ze swoimi lękami. A jeśli zapomni tekstu? Lub wygłosi kwestię za cicho? Czy rozzłoszczona publiczność nie zacznie rzucać w niego tortami? Zasypia, gnębiony koszmarami. W dzień występu jest jeszcze gorzej. Chłopiec nie może zjeść śniadania, boli go brzuch.

Do katastrofy oczywiście nie dojdzie, choć tuż przed wyjściem na scenę bohater chowa się w szatni, między kurtkami. Tam, w ostatniej chwili, znajdzie go jednak ktoś, kto wierzy w niego najbardziej na świecie. Nie jest to jednak mama, tata ani nauczycielka. Właśnie za sprawą tej osoby przedstawienie będzie miało nieoczekiwany finał...

"Kret" jest mądrą opowieścią o samodzielnym pokonywaniu strachu. Miękkie, pastelowe ilustracje Evy Eriksson nie tylko doskonale opowiadają przebieg tej prostej i chwytającej za serce historii, ale oddają również emocje bohaterów.

Wydawnictwo EneDueRabe, Gdańsk 2013, książka od wydawnictwa

piątek, 14 marca 2014

Architektka, inżynierka, kosmonautka, pastorka, pilotka, prezydentka, arcymistrzyni szachowa, chemiczka, generałka, mistrzyni Formuły 1, neurochirurżka, prezeska banku – dla jednych słowa absurdalne, wydumane, wciąż nieoswojone, wymyślone pod presją poprawności językowej (komputer podświetla mi większość z nich jako niepoprawne). Dla innych słowa-postulaty, ważne i mocne, efekt mozolnego odzyskiwania języka dla kobiet. Ja jestem gdzieś pośrodku, choć moje ewentualne obiekcje wiążą się raczej z kwestią brzmienia i języka, a nie poglądu na miejsce kobiet w tym języku.

Ale tym razem nie mam problemu z brzmieniem form żeńskich (a robiłam sobie takie ćwiczenia, zastanawiając się, jaka mogłaby być żeńska forma „dobroczyńcy” - przyjmuję wszelkie sugestie). Nawet „pilotka” - słowo oznaczające dotąd czapkę pilota – przestała mi przeszkadzać i zaczyna w moim umyśle funkcjonować jako znacznie zgrabniejsze określenie niż kobieta-pilot. Co tylko dowodzi, że naprawdę zmienia się i język, i nasze podejście do niego.

Książka Kosmonautka, napisana przez Piotra Wawrzeniuka (doktora historii od wielu lat mieszkającego w Szwecji), ma walor głównie edukacyjny, ma promować pozytywne wzorce: nie ma zawodów niekobiecych, kobieta może spełnić się w każdej profesji. I nie musi się posiłkować nazewnictwem w męskiej formie, ma prawo do własnych nazw. Ale, jak to zwykle z edukacyjnymi przedsięwzięciami bywa, takie projekty mają charakter dość życzeniowy. Głęboko wierzę w powinności feminizmu i w wizję równouprawnienia, ale kiedy czytam o prezydentce i generałce i próbuję je sobie zwizualizować w polskiej rzeczywistości, nie bardzo mi to idzie (na szczęście nie mam tego problemu z neurochirurżką, inżynierką czy arcymistrzynią szachów). To oczywiście nie jest wina autorów, ale świata, w jakim żyjemy. Nie mniej mam poczucie, że mówimy o postulatach, a nie o realnej sytuacji. A żeby „prezydentka” zaczęła w Polsce znaczyć coś realnego, trzeba wypełnić lukę między rzeczywistością jaka jest, a tą docelową, pokazać możliwe ścieżki do niej. Potrzeba wielu, bardzo wielu różnych mądrych książek. I ludzi, którzy będą chcieli je czytać. Także tych książek, które będą mówić o tacie, który po powrocie do domu zmywa naczynia i gotuje obiad albo który pracuje w przedszkolu.

Ale niech będzie, język jest przecież niezwykle ważny, kształtuje nas i świat wokół, a kropla drąży skałę. Dodatkową wartością książki są króciutkie teksty odnoszące się do każdego z zawodów - każdy kryje w sobie językowe gry. Mama inżynierka, która pracuje nad projektami samochodów, jest prostolinijna i nie lubi przekrętów. Rodzina mamy architektki, która rysuje mosty i domy, w niedziele buduje dobre wzajemne relacje. Nie wszystkie te gry z językiem mają w sobie równą subtelność, ale sam pomysł żonglowania wieloznacznością i pokazania, jak przenikają się różne porządki, bardzo mi się podoba.

Rysunki Doroty Wojciechowskiej, choć same w sobie ładne, wydają się raczej ornamentami niż ilustracjami. Realistyczne szkice, bardzo oszczędne kolorystycznie, miałyby większą siłę rażenia, gdyby były albo bardziej autonomiczne, działały przez kontrę do tekstu, albo gdyby kryły w sobie jakąś narrację. W takiej formie w zestawieniu ze słowem, wypadają nieco blado.

To, nomen omen, prostolinijna książka, nie wykorzystująca jednak potencjału, jaki stanowi temat językowego równouprawnienia płci. Brakuje mi tu brawury, większego zdecydowania. Jeśli jej misją jest zaproponowanie dzieciom wzorców, by – jak głosi opis na okładce – „w przyszłości odważnie sięgały po swoje marzenia”, powinna te dzieci zawojować. Z odwagą, jakiej dzisiaj potrzebują nie tylko dziewczynki, dziewczyny i kobiety, ale i chłopcy oraz mężczyźni, żeby wyjść poza skostniałe, ale wciąż dominujące schematy.

Poławiacze Pereł 2014 (książka udostępniona w zaprzyjaźnionej księgarni BADET)



czwartek, 13 marca 2014

Dawno nie czytałam tak słabej książki dla nastolatków. Zdecydowanie szkoda czasu. 

Z okładki: "Piętnastoletnia Wisty i siedemnastoletni Whit Wszechdobrzy zostają porwani z domu rodziców przez funkcjonariuszy zbrodniczego reżimu o nazwie Nowy Ład, na czele którego stoi Ten Który Jest Jedyny." Zapowiedź nie brzmi jeszcze tak całkiem źle. Im dalej, tym gorzej. Rodzeństwo zostaje porwane do więzienia o zaostrzonym rygorze, które przypomina szpital psychiatryczny. Cele, paralizatory w ręku monstrualnej siostry przełożonej, tortury, przemoc - treści z pewnością kierowane są do nastolatków, tymczasem sposób konstruowania świata przedstawionego może raczej przemówić do niewyrobionego czytelnika w wieku lat 8-10.

Bohaterowie zostają porwani z rodzinnego domu, bo są podejrzewani o zdolności magiczne. Oboje mają zostać zgładzeni, gdy tylko osiągną pełnoletność. Trudno uwierzyć w potęgę i powagę zbrodniczego reżimu, jako że w więzieniu zamykają ich we wspólnej celi a z domu mogą zabrać ze sobą po jednym pamiątkowym przedmiocie. Wisty dostaje od mamy pałeczkę perkusisty a Whit niezapisaną książkę. Trudno uwierzyć też, że inteligencja bohaterów mieści się w normie. To, do czego służą przedmioty, odkrywają po 100 stronach historii. Średnio rozgarnięty siedmiolatek rozpozna czarodziejską różdżkę i magiczną księgę w kilka sekund. Doprawdy autorzy nie zadbali nawet o skromną dozę prawdopodobieństwa. Świat przedstawiony zbudowany niechlujnie, po łebkach, ledwie z grubsza. Uproszczenia i skróty idą tak daleko, że czytelnik musi poczuć się, jak idiota. A czytelnik nastoletni bardzo tego nie lubi.

Nie wierzę, że książkę napisał James Patterson. Dla mnie wygląda tak, jakby napisał ją kiepski boot. 

Wydawnictwo Albatros, 2014, dostałam od wydawcy

poniedziałek, 10 marca 2014

Społecznościowe seriale dla przedszkolaków typu "Strażak Sam", "Listonosz Pat", "Weterynarz Fred" są przykładami telewizyjnych  historyjek prowincjonalnych . W każdym mamy  małe miasteczko, w którym się wszyscy znają, wszystko o sobie wiedzą, znają swoje wady i zalety. Sympatyczni i wyraziści bohaterowie są życzliwi wobec siebie nawzajem i zawsze są gotowi pomagać innym. "Zagadkowa koperta listonosza Artura" panów Moncomble'a i Pawlaka wpisuje się w ten nurt. To przykład doskonałej książkowej historyjki prowincjonalnej. Świetny duet francusko-polski znany jest już między innymi z książek o Czupieńkach ("Czupieńki. Smok", "Czupieńki. Gwiazdka") wydanych przez Wydawnictwo Media Rodzina.

I tym razem książka o przygodach listonosza ze źle zaadresowaną przesyłką zachwyca i klimatem opowiadanej historii i opracowaniem graficznym. 

Dobrym pomysłem wydaje się dokupienie do lektury kompletu co najmniej 20 kopert, bowiem książka zaprasza do zabawy w pisanie listów, adresowanie, naklejanie znaczków (zestaw naklejek znajdziemy w książce), stemplowanie. Może być też doskonałym punktem wyjścia do tworzenia miasteczka na podłodze, wymyślania historii jego mieszkańców i zabawę w listonosza. 

Miłej lektury i miłej zabawy!

Wydawnictwo Format, 2013, kupiona

niedziela, 09 marca 2014

"Baletowa rodzina" to książka o pasji. Należy do staroświeckiego gatunku powieści dla dziewcząt. Brytyjska autorka Mabel Esther Allan zaczęła publikować powieści (serie powieściowe sz) po drugiej wojnie światowej. Jest autorką ok. 130 powieści dla młodzieży. Znane są jej serie szkolne i baletowe.

Dla mnie ta pozycja jest miłym wspomnieniem z dzieciństwa. Akcja w skrócie: po śmierci rodziców trzynastoletnia Joanna Bradshaw przyjeżdża z ubogiego regionu Anglii do Londynu, by zamieszkać z bogatą rodziną brata mamy - wuja Garlanda. Garlandowie to tytułowa "baletowa rodzina", ich całym światem jest taniec: tata dyrygent,  mama primabalerina i czworo dzieci, z których każde  albo uczęszcza do szkoły baletowej, albo już występuje na scenie. Joanna początkowo czuje się zagubiona w nowej rzeczywistości. Jednak z czasem pozwala, by pasja kuzynostwa ją zauroczyła. Bierze udział w konkursie na przedstawienie baletowe – sama  projektuje kostiumy i scenografię, komponuje muzykę. Stopniowo i ona staje się części baletowej rodziny

Historia o tym, jak uboga dziewczyna z prowincji zaczyna radzić sobie w nowoczesnym, bogatym, pełnym przepychu Londynie. Jak z wycofanej, zamkniętej w sobie sieroty przeistacza się w młodą, pewną siebie dziewczynę, która żyje czerpiąc przyjemność z działań twórczych, z realizowania pomysłów artystycznych. Sporo miejsca poświęciła autorka na pokazanie jak niełatwo jest zaakceptować nową osobę w rodzinie, i jak trudno się odnaleźć w zwartej całości komuś nowemu. 

Rysunki Antoniego Uniechowskiego są doskonale lekkie. Jak baletnice.

Nasza Księgarnia, 1966, książka z biblioteki

czwartek, 20 lutego 2014

 Spóźniony tytuł na Światowy Dzień Kota. Zdążymy na imieniny. (Każda sobota - imieniny kota).

"Pufa i Mufa" przyniosłam z biblioteki dla małej sąsiadki, która bardzo lubi naszą kotkę. To książka,  którą przypominam  sobie z dzieciństwa. Podobno zapytana jak robi kot, odpowiadałam "pufff" i  prychałam -  choć tego nie pamiętam. 

Czeska pisarka napisała koci dziennik. Od poniedziałku do niedzieli koty początkującego ucznia Michasia zapisują, co im się przydarzyło każdego dnia. Po tym jak nauczycielka powiedziała chłopcu, że bazgrze jak kot pazurem, Puf (ten rudy) i Muf (ten czarny) postanawiają udowodnić, że nie wszystkie koty bazgrzą. Tekst dziennika brzmi dziś odrobinę staroświecko, ale ilustracje są zachwycające dalej. Kocia łobuzerka bardzo kolorowa a jednocześnie elegancka i dystyngowana.

Warto się spotkać z tym kotami. Na przykład w sobotę. 

Nasza Księgarnia, 1974, przyniesiona z biblioteki.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 62
| < Sierpień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi nastolatków o książkach
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione