o książkach dla dzieci i młodzieży
poniedziałek, 17 lutego 2014

Lepiej odnajduję się w książkach bardziej „nowoczesnych” pod względem graficznym. Albo tych całkiem wiekowych, dziś już klasycznych, z doskonałą ilustracją. Opowieść o Myszce Trapiszce i rysunki ją ilustrujące z pewnością nie należą do kategorii awangardowych, ale z wdziękiem próbują zaspokoić głód bajek starej daty.

Żałuję, że nie pisałam o tej książce przed Bożym Narodzeniem, bo doskonale wprowadza właśnie w świąteczny nastrój. Czytałyśmy ją jednak w zimowej oprawie, przykryte ciepłym kocykiem, i niech to będzie pewną namiastką właściwej atmosfery.

Myszka Trapiszka i Dom pod Kocią Łapką to trzecia część z cyklu Katarzyny Ewy Kozubskiej o mysiej rodzinie, mieszkającej w starym kredensie i prowadzącej ożywione życie artystyczne, towarzyskie i rodzinne. O czym oczywiście nie wiedzą nic ludzie, gospodarze domu ze starym kredensem – mocno już wiekowa panna Maryla i jej brat Henryk. Gdzieś na styku tych światów rozgrywa się świąteczna historia.

Bohaterów jest kilku: mały Józio, który wraz z ciotką został zaproszony do Maryli i Henryka na Wigilię, biała myszka, która uciekła ze sklepu ze zwierzętami, Myszka Trapiszka, która starała się o tytuł Mysiuli-Mądruli, no i kołatka w kształcie kociej łapki, która w starym domu na powrót zastąpiła elektryczny dzwonek. Losy wszystkich tych bohaterów zapętlają się w historii pełnej zagadek i niespodzianek. I jak to zwykle w opowieściach wigilijnych bywa, wszelkie animozje topnieją w obliczu pierwszej gwiazdki. Niezwykła atmosfera świątecznego wieczoru sprawia, że między światem myszek i ludzi, nieświadomych współistnienia pod jednym dachem z rodziną gryzoni, tworzy się wyjątkowa, choćby nawet chwilowa harmonia.

Pomysł na ten cykl przypomina nieco pomysł na historię rodu Pożyczalskich, choć tam mieliśmy do czynienia z maleńkimi ludzikami, a tu, dość tradycyjnie, z antropomorfizowanymi zwierzętami. W podobny sposób buduje się tu też nastrój zamkniętego, przytulnego światka, w którym toczy się życie równoległe do naszego, ludzkiego. Jest w tym z jednej strony element magii, a z drugiej jakiejś swojskości.

Niewątpliwie na równi z fabułą atmosferę tworzą szczególne ilustracje Aleksandry Kucharskiej-Cybuch – tradycyjne, nawet nieco staroświeckie, co w tym wypadku z pewnością jest zaletą. Miękkim rysunkiem i delikatną kreską, Kucharska-Cybuch kreuje obrazki, które z pewnością mogą się stopić w wyobraźni dziecka z czasem dzieciństwa. To ilustratorka z ogromnym doświadczeniem, kojarząca się głównie z klasyką literatury (bracia Grim, Andersen, Dickens, Hoffmann). Jej bardzo charakterystyczny styl doskonale do takiej klasyki pasuje – nasycone barwy, miękkie kontury, mgliste tła i bardzo tradycyjny rysunek postaci. Przy całym moim zamiłowaniu do nowszych form, brakuje mi czasem w dobrych współczesnych książkach dla dzieci tak zwyczajnie bajkowych ilustracji. Tutaj wigilijna historia zyskuje właśnie dzięki obrazkom, pięknie uzupełniającym tekst, ale i stanowiącym odrębną wartość.

Ezop 2013, książkę dostałam do recenzji od wydawnictwa



wtorek, 11 lutego 2014

Wydawnictwo Dwie Siostry wraz z Muzeum Narodowym w Warszawie zaprasza rodziców z dziećmi w wieku 5-8 lat do Zimowego Klubu Małego Konesera.

W pierwszym tygodniu ferii (18- 21 lutego w godz. 16:30 – 18:00) każde dziecko będzie mogło odkryć w sobie artystę, uczestnicząc w warsztatach plastycznych prowadzonych przez młodych ilustratorów:  Agatę Dudek, Jacka Ambrożewskiego, Mariannę Oklejak, Piotra Karskiego i Olę Cieślak. Inspiracją do zajęć będzie seria książek „Mały Koneser”.

Drugi tydzień ferii (25-28 lutego w godz. 17:00 – 17:45) upłynie pod znakiem dobrej literatury w fachowym wykonaniu: przez cztery popołudnia książki Wydawnictwa Dwie Siostry będą czytali dzieciom znani aktorzy: Jacek Braciak, Grażyna Wolszczak, Agata Kulesza i Maria Seweryn.

MIEJSCE: Muzeum Narodowe w Warszawie,  Al. Jerozolimskie 3

 

 

- Nie wpatruj się w to lusterko, bo ci się Dytko pokaże, Marysiu. - Zdarza mi się tak powiedzieć do córki. Marysia wysłuchała audiobooka z lekturą z mojego dzieciństwa pod tytułem "Małgosia kontra Małgosia" Ewy Nowackiej, stąd jej znajomość z Dytkiem. Przeegzaminowana z wiedzy o innych istotach zaludniających świat wierzeń dawnych Słowian nie wypadła najlepiej. 

Jest okazja, by Wasze dzieci zdały podobny egzamin śpiewająco, wystarczy, że przeczytacie z nimi "Paskudki słowiańskie". W "Paskudkach" twórczynie przedstawiły dzieciom takich bohaterów: Dytka, Błędnika, Gnieciucha, Kłobuka, Mamunę, Jaroszka, Płanetników, Południcę i Północnicę, Świecka i Wietrznicę. Rymowanki mnie nie porwały, brakuje im lekkości, której od rymów zwykłam oczekiwać. Wolę krótkie teksty, które pojawiły się na ostatnich stronach książki z prostymi informacjami, że "Gnieciuch przychodził nocą, żeby się rozpychać w łóżku. Przez tego nicponia trudno było oddychać i nie można było się porządnie wyspać." Brzmi znajomo, prawda?

Ilustracjami Marii Dek jestem zachwycona. Mają urzekający klimat, to dzięki nim taniec z Wietrznicą i spotkanie w lusterku Dytka są przeżyciami artystycznymi. Zobaczcie sami.

W najbliższą sobotę w Badecie spotkanie z autorką i ilustratorką książki

Wydawnictwo Myślanki, Ośrodek Twórczej Edukacji Kangur s.c., 2013, książkę dostałam od wydawcy

środa, 29 stycznia 2014

Dziś na blogu gościnnie recenzja Ilony Iłowieckiej - Tańskiej. 

Och! Jak ja bardzo lubię, kiedy ktoś opowiada o naukowcach, przedsiębiorcach i odkrywcach w taki sposób, że każdy z bohaterów opowieści staje się bohaterem po prostu! Jak bardzo lubię, kiedy ktoś umie opowiadać o niezwykłych Polakach bez patosu, za to wprawiając w prawdziwą dumę! I jakże mi smutno, że tak mało jest książek na ten temat, które trafiałyby w wybredne gusta młodych czytelników! Rozmawiałam o smutku niedostatku takich książek z kolegami z zacnej instytucji edukacyjnej a tu - proszę! Wydawnictwo Dwie Siostry wydało „Pionierów, czyli poczet niewiarygodnie pracowitych Polaków”! 

Zachwyciłam się. Bo w tej książce wszystko jest mądrze pomyślane i pięknie wykonane. Mądry jest dobór bohaterów – od Jana z Kolna (dla niewtajemniczonych – żeglarz, który dotarł do Ameryki przed Kolumbem!), poprzez Ignacego Domeykę (złoża naturalne i reforma edukacji w Chile), Czesława Tańskiego (lotnia!), Helenę Rubinstein (twórczyni przemysłu kosmetycznego), Henryka Arctowskiego (tak, to ten od Antarktydy) po Jacka Karpińskiego (twórcę pierwszego polskiego komputera) i Wandę Rutkiewicz. Dwudziestu trzech bohaterów to dwadzieścia trzy krótkie opowieści o odwadze, pomysłowości, oddaniu marzeniom, pasji – i pracowitości. Marta Dzienkiewicz pisze stąpając po cienkiej granicy między opowieścią a dydaktyzmem, balansując między anegdotą a historią – i granicy tej udaje jej się nie przekroczyć. Mają „Pionierzy” staroświecki wdzięk opowiastki dydaktycznej, w której cnoty prowadzące bohatera do zwycięstwa są nazwane wprost a zasługi – wyliczone. Ale też barwność opowiadanych historii góruje nad moralizatorstwem a poczucie humoru – nad patosem. „Pionierzy” są też wyjątkowo urodziwi. Ilustracje Joanny Rzezak i Piotra Kurskiego wyglądają jak linoryty, które tworząc z tekstem opowieści kolaże, przenoszą czytelnika w przeszłość. Jakie kocie są koty Kazimierza Funka! Jak zimowo-bajkowe renifery Marii Czaplickiej! A jak podejrzliwie patrzy drugi pingwin od prawej Arctowskiego! Mądry prezent dla bystrego ośmiolatka.

Wydawnictwo Dwie Siostry, 2013

Książkę kupiłam najpierw w prezencie dla Ilony a potem dostałam z Wydawnictwa. 

czwartek, 16 stycznia 2014

Zastanawiałam się, dlaczego Hilda jest takim fantastycznym dzieckiem. Myślałam, myślałam i doszłam do wniosku, że właśnie dlatego, że nie dziewczynką, która jest "dziewczyńska" albo dziewczynką wbrew "dziewczyńskości". Jest po prostu dzieckiem – niezależnym, pełnym własnych pomysłów, mocnym i samodzielnym. Hilda mieszka z mamą, uwielbia w deszczowe noce spać w namiocie, niewyspana lubi zjeść porządne śniadanie czy ruszyć w pobliskie góry i pustkowia, żeby szkicować skały, czyta książkę o trollach, choć nie chce jej się doczytać jej do końca. Rządzi swoim światem, bywa nieuprzejma, ma w sobie dzikie zamiłowanie do przygód. I to jest pierwszy z powodów, dla których mogę czytać naszej Mariannie „Hildę i Trolla” raz za razem, wieczór za wieczorem. Bo Hilda to prawdziwy wzór do naśladowania. Dziecko w czystej postaci.

Ale tych powodów jest więcej. Luke Pearson stworzył książkę piękną i pełną fantazji. Nie wiem na ile wiarygodne są tu odniesienia do skandynawskiej mitologii czy bestiariusza, to nie ma zresztą żadnego znaczenia. Ważne, że otoczenie domu Hildy – góry, skaliste przestrzenie i wartkie rzeki tworzą świat, w którym każde dziwaczne stwory, duchy i olbrzymy mają swoją rację bytu: Drewniak – stworzenie z pniaka, które lubi wpaść niezapowiedzianie do domu Hildy i wygrzewać się blisko kominka, Rożek – ukochany „zwierzak” Hildy - coś pomiędzy kotkiem, jelonkiem i wiewiórką, futrzaste krągłe istoty latające nad szczytami gór, wodne duchy, błądzące wśród fiordów. Hilda czuje się wśród nich całkiem swojsko, my w zasadzie też. Tylko trolle budzą w niej grozę. No, ale jak podaje fachowa literatura, rozzłoszczony troll może nawet odgryźć człowiekowi głowę. To nie tak, że Pearson kreuje świat niesamowity – tu nie ma tajemnicy. A dla Hildy to otoczenie naturalne. Jak się okazuje, dla mojej Marianki też.

No i kolejna sprawa: to piękny komiks, pięknie też wprowadzający moją 3,5-letnią córkę w świat komiksu (choć przerobiła po swojemu kilka Tytusów). Pearson nie szarżuje z rysunkiem, jest oszczędny w barwach i kresce, a to lubimy. „Hilda i Troll” to książka konsekwentna kolorystycznie, nasycona złamanymi błękitami i brązami. Tekst na okładce zestawia Pearsona z Hideo Miyazakim. To miłe porównanie, nie odbierające jednak temu pierwszemu autorskiego rysu. Dziwaczne istoty otaczające Hildę rzeczywiście mają w sobie niezwykłą miękkość, a pustkowie klimat pustkowia - być może w duchu japońskiego artysty.

Są tu momenty otwierające fabułę na „coś więcej”. Wyznanie Drewniaka, że zbyt dobrze zna swoją chatkę, by się w niej odprężyć; rozważania Hildy, dokąd trafi Wodny Duch i czy to w ogóle jest ważne. Ale Marianna nie zadaje pytań. Albo nie rozumie, albo nic a nic jej to nie obchodzi, albo to dla niej całkiem naturalne sprawy.

Na ostatnim rysunku widnieje pokój Hildy. Rysunki przyklejone do ściany, rozrzucone ubrania, figurki trolli. Byłoby fajnie, gdyby pokoje moich córek wyglądały kiedyś podobnie.

Centrala (Seria: Centralka. Komiksy dla dzieci mądrych rodziców), 2013

(książkę kupiłam)



wtorek, 24 grudnia 2013

 

Książki spakowane? Jak to pytanie przyjemnie dźwięczy w dniu bez szkoły. To jak?

Książki spakowane i włożone pod choinkę. 

Dobrych Świąt Wam życzymy. I czasu na czytanie, oczywiście.

08:24, zefi-rynna
Link Komentarze (5) »
niedziela, 15 grudnia 2013

 Na ostatniej wywiadówce w klasie Marysi pani od przyrody oburzona wręczyła nam kartki pisane przez nasze dzieci. Były to odpowiedzi na pytanie "Dlaczego notorycznie nie odrabiam prac domowych?". Bo nie zawsze umiem, bo mi się czasem nie chce, bo zapominam, nie odrabiam przypadkiem, nie zawsze mam czas - odpowiadali szóstoklasiści. 

Nie oburzam się, bardziej niepokoi mnie nuda, która wydziera z tych odpowiedzi. Wręczyłam Marysi książkę Davide'a Cali z ilustracjami Benjamina Chauda i posłałam do szkoły.

To jest znakomita książka o potędze wyobraźni. Obowiązkowa lektura dla surowych nauczycielek, wymagających nauczycieli, bimbających sobie uczennic i niepoważnie traktujących swoje obowiązki uczniów. (I odwrotnie: dla bimbających sobie nauczycieli...). W tej książce powody nieodrobienia pracy domowej są  fantastycznie zabawne. "Bo na naszym podwórku wylądował samolot pełen małp. Zbuntowany robot zniszczył nam dom. Krasnoludki pochowały mi wszystkie ołówki. Porwało mnie UFO. Właśnie kiedy usiadłem do lekcji, najechali na nas wikingowie. ...." Do każdego powodu całostronicowa ilustracja Benjamina Chauda. Moja ulubiona: "Lekarz przepisał mi taki jeden syrop, który na mnie dziwnie podziałał." 

Idealna na prezent dla znajomych, którzy tkwią w systemie (nauczycieli i uczniów).

Więcej obrazków ze środka u Pani Zorro.

Moje jedyne zastrzeżenie: książka mogłaby być większa. Format A4 mi się marzy. Albo i plakaty A3 do powieszenia na ścianie. W pracowni przyrodniczej mojej córki.

Wydawnictwo Dwie Siostry, 2013, kupiona.

Tagi: humor
11:38, zefi-rynna , dla wszystkich
Link Komentarze (2) »
sobota, 14 grudnia 2013

W październiku, niedługo po tym, jak pożegnaliśmy nasze panny myszoskoczkówny,  zamieszkała z nami kotka. Dostała imię po hinduskiej bogini i skradła nam serca. Wydaje nam się, że Sita zna sekret bycia zadowoloną z życia. Patrzę na nią i widzę istotę idealnie szczęśliwą, rozmarzoną, najedzoną i mruczącą z zadowolenia. Mogłaby udzielać lekcji.

Książka "Szkoła Kotów" koreańskiego duetu Kim Jin-kyung i Kim Jae-hong zachwyciła mnie. Polecam ją nie tylko wielbicielom mruczących. Może być też pomocna przy żegnaniu ukochanego czworonoga. 

Do ilustracji musiałam się przyzwyczajać powoli, ta estetyka jest mi odległa, jednak po kolejnych przeglądaniach podobały mi się coraz bardziej, coraz mocniej wciągały w świat opowiadanej historii. A historia jest taka. Po śmierci starego kota Saliksa do domu ucznia trzeciej klasy Mindzuna zaczynają przychodzić listy skierowane do jego kotki Sprytki. Chłopiec i jego siostra czytają je z niedowierzaniem, Saliks opowiada w nich swoje przygody w "Kociej Szkole". 

Mikołajom radzę wziąć tę książkę pod uwagę.

Kwiaty Orientu, 2013, kupiona.

PS. A to nasza księżniczka:

 

 

 

poniedziałek, 02 grudnia 2013

Rysowanie drzewa genealogicznego, z odgałęzieniami sięgającymi wieki wstecz, nigdy nie wydawało mi się zajęciem godnym uwagi. Wśród moich przodków brak postaci, które zapisałyby się w rodzinnych przekazach: ekscentryków, szalonych wynalazców albo przynajmniej członków wędrownej cyrkowej trupy. Żyłabym dalej w przekonaniu, że moi praprapra i jeszcze więcej pra- dziadkowie i babcie, nawet jeśli byli osobami interesującymi i niezwykłymi, odeszli w całkowite zapomnienie, gdyby nie Michał Rusinek.

Po co z mozołem wypełniać białe plamy na genealogicznych gałęziach, skoro można pobawić się w domysły i radośnie pofantazjować? Jeśli ktoś ma do tego poczucie humoru oraz lekkość pióra i kreski (jak rodzeństwo, Michał i Joanna Rusinek) wychodzi z tego majstersztyk literatury dla dzieci.

Na najniższej gałęzi drzewa genealogicznego Rusinków siedzi oczywiście małpa, potem jaskiniowiec, pojawia się też Wiking, druid, święta i muszkieter. Trochę późniejsze epoki reprezentują pirat, astronom, połykacz ognia a także porywacz i porywaczka, kinooperator, brydżystka i stewardesa. Wciągnięta do zabawy przez Rusinka, stwierdziłam, że na moim drzewie genealogicznym posadziłabym chętnie rozbójnika, hiszpańską infantkę, szansonistkę i łyżwiarkę figurową.

„Wierszyków rodzinnych” Rusinka nie ma potrzeby zachwalać. Są jak zwykle błyskotliwe, dowcipne, anegdotyczne, kiedy trzeba - z drugim dnem. Ilustracje - chyba jeszcze lepsze niż w „Wierszykach domowych” - humorystyczne, dopowiadające kolejne historie do tekstu. Nie chcę przesadzać w pochwałach, ale na naszej półce książki Rusinka zajmują to samo miejsce co wiersze Tuwima, Brzechwy i Wawiłow.  

Znak 2013, książkę dostałam od wydawnictwa

sobota, 23 listopada 2013

"Niektórzy potrafią wymienić wszystkie gry komputerowe, które wyszły w ciągu ostatniego roku, inni umieją opisać każda bramkę, jaką strzelił Manchester United w bieżącym sezonie. Itch umiał nazwać i opisać pierwiastki, które kolekcjonował. Układ pierwiastków. Układ okresowy. Ktokolwiek wymyślił te nazwy, zdaniem Itcha kompletnie położył sprawę. Brzmiały, jakby ktoś postawił sobie za cel, żeby ukryć genialny temat pod najnudniejszą nazwą świata. Gdyby nazwa brzmiała "Tanieć z pierwiastkami", więcej ludzi by się nimi interesowało. Gdyby hobby Itcha było reklamowane w kiosku hasłem: "Zbierz wszystkie 118! Kto chce złoto i srebro? Pluton do wzięcia!", może sprawy miałyby się inaczej."

No właśnie. Nic dodać, nic ująć. Mimo mojej sympatii do chemii, która jest jedynym przedmiotem ścisłym budzącym moje zainteresowanie od czasów liceum (dzięki świetnej nauczycielce), muszę się zgodzić z narratorem. Od układu okresowego pierwiastków wiszącego w pracowniach nauk przyrodniczych wieje nudą. Ta książka stara się to zmienić.

Bohaterem jest czternastoletni kolekcjoner pierwiastków. A książka jest typową sensacyjną przygodówką dla nastolatków.

Pierwiastki potrafią być zabójczo niebezpieczne. Młodzi ludzie zaplątują się w niezwykle poważne sprawy i czyhają nań  śmiertelne zagrożenia. Sami przez młodzieńczy brak rozwagi potęgują niebezpieczeństwo. Rzecz momentami mocno nieprawdopodobna, acz młodzieży do pewnego wieku mało to przeszkadza.

Wydawnictwo Zielona Sowa, 2012, przyniosłam z biblioteki

15:08, zefi-rynna , nastolatki
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 61
| < Kwiecień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30        
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi nastolatków o książkach
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione