|
o książkach dla dzieci i młodzieży
piątek, 08 marca 2013
Seria książek o Billym jest nie do przecenienia. Dbamy o wychowanie, edukację, rozwijamy dodatkowe umiejętności dzieci, ale ich uczucia zostawiamy często na boku. Kilkulatkowi szwedzkie książki pomogą uporządkować wiele spraw a rodzicom pozwolą przyjrzeć się emocjom, których dziecko nie potrafi opisać. Takim jak targająca złość, strach czy zazdrość. „Billy i gwizdek” jest historią o nudzie. Opowieść, jak zwykle, nie jest skomplikowana. Mama chłopca zajęta jest rozmową przez telefon i przeszkadza jej syn, który znalazł w domu gwizdek. Prosi chłopca, żeby wyszedł na dwór. W ciągu krótkiego czasu Billy'ego spotka kilka przygód, jedna z nich dość zatrważająca - spotkanie z ogromnym psem. O czym jest ta krótka, humorystycznie zilustrowana książeczka? Dla mnie - o zetknięciu z życiem. O przygodzie, która czeka za płotem. O tym, że nie wszystko, co spotyka nasze dzieci jest zrozumiałe dla rodziców. A czy musi być? Niekoniecznie. Nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Wydawnictwo EneDueRabe, 2013
środa, 06 marca 2013
I tom przygód Wintera "Pamiętnik grzecznego psa" został nagrodzony w Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren w 2011 roku. Bardzo nam się podobał. "Nowe przygody grzecznego psa" były wyczekiwaną książką w naszym domu. Po przeczytaniu drugiej części mogę stwierdzić, że: Marysia dalej zazdrości dzieciom - Alkowi i Julce takich przygód i takich psów (do stada Wintera dołączył kundel Rudy). Ja z pewnością daleko mniej zazdroszczę Henrykowi i Hance (rodzicom wymienionej wyżej parki), co nie przeszkadza mi czerpać przyjemności z lektury. Książka ma równy rytm - od tarapatów do tarapatów, od przygody do przygody, zawsze ten sam refren (no i czego oni ode mnie chcą, przecież ja jestem zupełnie grzecznym psem). Mnie to jakoś nie nudzi. W tym tomie sporo nowych bohaterów. Nowi są sąsiedzi rodziny, koledzy dzieci i znajomi Wintera. Nowe są też wątki romansowe i pochwała zdrowego stylu życia. Jogging z Winterem - to musi być niezapomniane przeżycie. Dużym plusem książki są ilustracje Joanny Rusinek. Tym razem świetnie jej się udały różne skrzywione ludzkie miny. Są wyrazem złości po tym, co Winter zbroił. Urodą konkurują z nimi miny psiego rozanielonego zadowolenia z tego, co zbroił. To lubię. Wydawnictwo Literatura, 2013, kupiona
sobota, 02 marca 2013
Cztery lata, ponad pięćset książek, parę wyznań, kilka wydarzeń. Urodziny. Zaczynałam sama. Dwa tygodnie później byłyśmy już dwie z Dorotą. Dwa lata później dołączyła do nas Karolina. Łatwiej jest blogować w zespole. Cztery lata temu, gdy napisałam pierwszą blogową recenzję, moja córka Marysia zaczynała czytać samodzielnie. Była w pierwszej klasie i wieczorami czytała (dukała) mi na głos fragmenty książek, a następnie ja jej czytałam na dobranoc, zwykle rozdziały innej trudniejszej lektury. To nie poszło nam wcale jak z płatka, wymagało sporo cierpliwości i uporu, ale w trzeciej klasie Mary już czytała nałogowo. Czasem występowała gościnnie na zaczytanych jako recenzentka swoich ulubionych książek. Mogę jeszcze dodać, że do niedawna miałam pełną kontrolę tego, co czyta moje dziecko, to ja jej wybierałam książki, wyszukiwałam, podsuwałam, czytałam najpierw, by ocenić. Wiadomo, że nie mogło (i nie miało) to trwać wiecznie. Są oczywiście dalej powieści, które lubimy obie, ale są też takie, które ją zachwycają, a ja zupełnie nie mam do nich serca. Od ostatniego roku, wiem na przykład, że jeśli książka dla nastolatków zaczyna nudzić mnie w w pewien określony sposób w okolicach 40 strony, to jest spora szansa, że spodoba się mojej jedenastolatce. Piątoklasistka Maria postanowiła dość dobitnie ogłosić czytelniczą niepodległość. Ma teraz swoje miejsce w blogosferze. Blog czytuczyt. Jestem poszukiwaczem książek, dalej będę pisać recenzje książek dla dzieci i młodzieży, ale po więcej nastolatkowych lektur odsyłam do blogów Marysi (lat 11), Aleksego (12) i Majki (13).
niedziela, 24 lutego 2013
Spośród wszystkich rodzajów książek, powieść kryminalna uruchamia najaktywniejszego czytelnika. Dobrze skonstruowana fabuła wciąga czytającego do rozgrywki intelektualnej i daje mu szansę na działanie - np. na samodzielne zdemaskowania przestępcy. "Pan Jaromir na tropie klejnotów" otwiera kolejną serię powieści kryminalnych dla młodszych czytelników. W nowym cyklu rozwiązujemy fascynujące zagadki z parą detektywów: Lordem Hubertem - eleganckim, dobrze wychowanym, emerytowanym detektywem, gadżeciarzem i jego asystentem- Panem Jaromirem - niezwykle inteligentnym jamnikiem. Para w czytelny sposób nawiązuje do najznakomitszych wzorów (Sherlock Holmes i Doktor Watson) - ale bywa też, że autor przewrotnie odwraca stosunek między bohaterami, do którego jesteśmy przyzwyczajeni - wcale nie łatwo będzie stwierdzić, który z nich jest w danym momencie szefem a który asystentem. Co jest zabawne, bo podwójna dedukcja Lorda i Jamnika jest źródłem śmiesznych sytuacji. Poziom skomplikowania spraw - oczko wyżej niż popularne wśród dzieci kryminały Martina Widmarka. Bardziej wymagający jest też tekst - ta powieść nie sprawdzi się jako książka dla zaczynających przygodę z samodzielnym czytaniem. Wymaga pewnego czytelniczego doświadczenia. Do jej odbioru przyda się też wrażliwość na angielski humor. Wydawnictwo Bona, 2013 Książkę dostałam od wydawnictwa.
sobota, 16 lutego 2013
Hasło słownikowe jest rozbudowane. Ma jedną część z definicją znaczenia przysłowia i drugą, w której znalazło się wyjaśnienie dotyczące jego pochodzenia i używania. Informacje etymologiczne pokazują tradycje, dawne zwyczaje i mentalność Polaków. To barwne kawałki tekstu. Dodatkowo autorka opracowania zgromadziła synonimy i antonimy przysłów. Kłosińska pisze o tym, że przysłowia są zapisem uproszczonej i stereotypowej wizji świata. Funkcje indeksu słownika pełni ostatnia część słownika zatytułowana "Jak mówimy o:" Jest to ponowne uporządkowanie zgromadzonych przysłów w innym porządku niż według słów kluczy. Dostajemy więc zbiór sentencjonalnych wypowiedzi na temat kobiet, bogactwa, miłości czy obowiązku. Taki porządek jeszcze lepiej pokazuje stereotypy, które tkwią w naszej kulturze. Słownik kupiłam jedenastolatce, która przygotowywała się do konkursu o poprawnej polszczyźnie. Nadaje się do podczytywania dla przyjemności po kawałku. Spodobały nam się szczególnie te mniej znane przysłowia. Hitem w naszym domu stało się: Zakochanemu i koza Dianą - bardzo stare (prawdopodobnie średniowieczne) polskie przysłowie, które powstało jako odpowiednik łacińskiego Quisquis amat ranam, ranam putat esse Dianam czyli w dosłownym tłumaczeniu "Kto kocha żabę, żabę uważa za Dianę". Wydawnictwo Publicat, 2012
czwartek, 14 lutego 2013
Z książkami mam podobnie jak z jedzeniem. Czytam dla przyjemności, nie przywiązuję się do konkretnego smaku. Jednego dnia mogę zajadać się wykwintnym tortem czekoladowym, innego wyżerać mleczne draże, takie jak sprzedawali w szkolnym sklepiku. Jeśli mam dalej ciągnąć porównania kulinarne, książki o Elli to świetny, prosty deser. Coś jak lody śmietankowe na letnim spacerze, jedzone pod fontanną.Bohaterką zebranych w dwa tomiki opowiadań jest nie sama Ella, lecz banda niesfornych dzieciaków z pierwszej klasy fińskiej podstawówki (wraz z wychowawcą). Przygody Elli, Patego, Hanny, Samppy i reszty przypominają nieco perypetie Mikołajka i jego kolegów, nie jest to jednak żadne naśladownictwo, raczej swobodne nawiązanie do klasyki (dorośli w "Elli" wypadają o niebo sympatyczniej niż w książkach Sempe i Gościnnego). Humor "Elli" nie jest wymuszony, opiera się na autentycznie śmiesznych sytuacjach wynikających z niezrozumienia dorosłych przez dzieci (i odwrotnie), zabawach słownych, napięciach na linii nauczyciele - dzieci. Szkolne jasełka, problemy wychowawcy, wycieczka do zoo, nocna szkoła - każde z tych wydarzeń rozpoczyna się zwyczajnie, by stać się barwną i nieprzewidywalną przygodą. Książka napisana z werwą, prostym językiem, z przewagą dialogów. Czytanie na głos utrudniają niekontrolowane wybuchy śmiechu. Nasza Księgarnia, 2011
środa, 06 lutego 2013
Jest luty, jest zimno, za nami mrozy i śniegi, przed nami być może też. Ostatnia rzecz, na jaką mam chęć, to zaczytywanie się w książkach o zimie. Ale dla Bangsiego robię wyjątek. Bangsi jest misiem polarnym. Jest mały, ale już nie całkiem mały – mama powoli uczy go samodzielności. Razem zabierają się za łowienie ryb, niedźwiedzica tłumaczy synkowi, jak zrobić przerębel i jak złapać śliską rybę. Ale, jak to zwykle bywa, w drogę wchodzi im człowiek z całym złem, jakie tylko człowiek umie ze sobą przynieść. Wpadają w zasadzkę przygotowaną przez myśliwych polujących na ich futra. Bangsiemu udało się uciec (spokojnie, mamie też, jak się potem dowiemy). Biegł ile sił w łapach, w końcu zmęczony położył się na kawałku białego lodu i zasnął. Nie zdawał sobie sprawy, że śpi na krze, która unosi go dalej i dalej od domu. I tu zaczyna się właściwa opowieść. Miś trafia na wyspę, spotyka ludzi, których najpierw bardzo się boi, a potem zaczyna rozumieć, że nie każdy człowiek jest zły. Poznaje Grimura, Heklę i ich trzy córeczki, dowiaduje się, jak to zły król Norwegii wypędził ich z kraju, jak z innymi wikingami-uciekinierami osiedlili się na tym skrawku ziemi. Bangsi wtapia się w społeczność wyspy, poznaje bolączki jej mieszkańców, a w końcu, czując, że jest im to winien za wszystko, co dla niego zrobili, postanawia rozwiązać ich największy problem – przechytrzyć i pokonać złego trolla pożerającego owce, a tym samym pozbawiającego mieszkańców mleka, sera i wełny. Bangsi zwycięża złego, a jego bronią jest odwaga i spryt. Wdzięczni mieszkańcy wiwatują na jego cześć, ale nawet ich wdzięczność nie może ukoić coraz silniejszego smutku misia. Tęskni za mamą, za domem. Gdy nadchodzą mrozy, zaopatrzony przez mieszkańców wyspy w ciepłe nauszniki i suszone ryby, rusza po zamarzniętej wodzie w stronę Grenlandii. Wraca do siebie już jako mądry, dojrzalszy, silniejszy niedźwiadek. Tylko tu mógłby się czuć naprawdę szczęśliwy. Zimy, lodu i śniegu jest tu aż nadto, ale wcale nie ochładza to ciepła tej bajki. Bo z pewnością jest to bajka, oparta na klasycznym wręcz schemacie, który Klimko-Dobrzaniecki potraktował twórczo i po swojemu. On zna Islandię, rozumie jej klimat i potrafi opowiedzieć o mroźnych wyspach tak, by nie brzmiało to fałszywie. Jednocześnie to bezpretensjonalna, przekonująca i klasyczna właśnie opowieść o dojrzewaniu, o nauce życia, poznawania tego co dobre i złe. Graficznie książka zachwyca. W białej, sztywnej okładce wycięte są literki BANGSI. W tle, na zielonkawym tle widnieją śniegowe kulki. Ten zielonkawy kolor, przypominający kolor cienia na śniegu, to tutaj jedyna barwa prócz bieli. I ilustracje, i czcionka są jej podporządkowane. Rysunki Marcina Dopieralskiego mają w sobie właściwą tej bajce miękkość i krągłość. Wikingowie wydają się przede wszystkim dobroduszni i nawet troll nie przerazi małych czytelników. To się czyta jak stare, dobre bajki. Jak znalazł na zimowe wieczory, nawet jeśli Bangsiego otaczają tylko śniegi, śniegi i śniegi.
Wydawnictwo Format 2012
niedziela, 03 lutego 2013
Thomas widzi rzeczy, których nie dostrzegają inni: rybki akwariowe pływające w kanale i Jezusa, który przypomina ekscentrycznego kolegę z sąsiedztwa. Jezus zajmuje ważne miejsce w życiu 9-letniego Thomasa. "Niedziela to dzień, który trzeba pchać przed siebie jak taczkę”- zapisuje chłopiec w zeszycie zatytułowanym „Książka wszystkich rzeczy”. W niedzielę chodzi się do kościoła na drugi koniec miasta (jazda tramwajem nie podoba się panu Bogu) i śpiewa podczas mszy („Miło siwy panie nie budź nas na pokruszenie”). W niedzielę dostaje się też lanie od ojca drewnianą łyżką za pomylenie słów litanii. Razy dostaje też mama Thomasa. Gdy tata bije mamę albo syna, anioły w niebie zasłaniają oczy skrzydłami a pan Bóg milczy we wszystkich językach. Rodzinę Thomasa zaczynają jednak nękać biblijne plagi egipskie... Chłopiec zmaga się nie tylko z autorytarnym ojcem ale i wizją surowego, starotestamentowego Boga. Nie znalazłam w tej książce krytyki chrześcijaństwa, jedynie pytania chłopca z ortodoksyjnej rodziny o to, dlaczego Bóg pozwala na zło. Ten sam problem próbuje rozwiązać teodycea, gałąź teologii. Nie zgadzam się z zarzutami, że "Książka wszystkich rzeczy" to policzek wymierzony religii. Męskiej przemocy i dominacji stawiają czoła kobiety. Wdowa, uważana w okolicy za czarownicę. 16-letnia Eliza o skórzanej nodze i dłoni z obciętymi czterema palcami, z którą Thomas postanawia się ożenić. Ciotka Pia nosząca spodnie na przekór mężowi. Margot, siostra Thomasa, która wcale nie jest taka głupia jak uważa jej brat i jako jedyna potrafi stawić czoła ojcu. Dopiero gdy spotkają się wszystkie razem, będą w stanie przeciwstawić się mężczyźnie, który uważa, że żona i dzieci są jego własnością. Obraz ojca nie jest zresztą wcale taki jednoznaczny. Jest postacią pękniętą, okrutną i cierpiącą z powodu swego okrucieństwa. Próbowałam spojrzeć na tę książkę oczami dzieci. Kiedy byłam mała, lubiłam takich bohaterów jak Thomas: nadwrażliwych, otwartych na innych, krzywdzonych, ale stawiających czoła krzywdzicielom. Dziesięcioletniej mnie ta historia podobałaby się ogromnie. Mówię tylko za siebie. Poza wszystkim to też jednak kawał świetnej literatury. Kim chcesz zostać jak będziesz dorosłym? - pytają Thomasa. - Szczęśliwym - odpowiada bez wahania. Wydawnictwo Dwie Siostry, 2012
piątek, 01 lutego 2013
Ronja to ikona mojego dzieciństwa. Z tych ikon, o których można nie mówić i nie myśleć przez 20 lat, ale które tkwią gdzieś w zakamarkach świadomości, a raz przypomniane wywołują lawinę przeżyć, emocji, wzruszeń. Tak, opowieść o Ronji, córce zbójnika, to z pewnością jeden z moich mitów założycielskich. Nie chciałam jej poznać, chciałam być jak ona, zbójecka dziewczyna, odważna, mądra, zwinna dzikuska, która potrafi przeskoczyć każdą przepaść, złapać sobie dzikiego konia, obłaskawić cały las. Chciałam, oczywiście, poznać też swojego Birka, przeżyć wszystko tak dogłębnie, mieć ten rodzaj samodzielności, odwagi, oddania. Ostatni raz czytałam tę książkę mając może ze 12 lat, właśnie tyle, ile główna bohaterka. Była córką herszta zbójców, Mattisa, gwałtownego, ale niezwykle mocno i czule kochającego swe dziecko. Jej matka, Lovis, choć szorstka, potrafiła jednak zrozumieć każdą emocję i decyzję Ronji. W Zamku Mattisa żyła jeszcze cała kompania zbójców, a wśród nich najkochańszy, stary Łysy Per, jako jedyny chyba umiał przejrzyście spojrzeć i na zbójeckie życie, i na wybory córki swego herszta. Tej samej, burzliwej nocy, której urodziła się Ronja, przyszedł na świat Birk, syn Borki, przywódcy wrogiej bandy zbójców. Ale Ronja nie znienawidziła Birka, pokochała go jak brata i na zawsze złączyła z nim swoje życie. To odmieniło nie tylko ich samych, ale i cały otaczający ich świat. Nie wiem skąd Astrid Lindgren wiedziała, jak opisać relację dwojga dzieci, która jest jednocześnie tak żywa i zrozumiała dla małych czytelników, jak i dla ich rodziców. I do tego wiarygodna i realistyczna. Są rodzeństwem z wyboru, ale też są już i parą, rozumiałam to nawet jako dziecko. Dziś widzę to jeszcze wyraźniej i tym bardziej jest to dla mnie przejmujące. Ich miłość i sposób, w jaki ją wyrażają, potrafi przeszyć dreszczem. I to jest ten sam dreszcz który zapamiętałam z tamtego dziecięcego czasu. Chyba tylko las Sherwood miał dla mnie tak intensywny koloryt i zapach jak las Ronji. Ze swoimi straszliwymi Wietrzydłami, groźnymi Szaruchami, małymi, pociesznymi Pupiszonkami. Z wszelkimi zakamarkami, grotami, jeziorkami i strumieniami. Na wspomnienie uwodzicielskiej i upiornej pieśni Mgłowców robi mi się zimniej. Ale to nie jest las czarodziejski, Lindgren nie próbuje tworzyć wcale magicznego świata. Tych kilka stworzeń tylko wzbogaca świat, w którym obowiązują zwykłe, twarde prawa przetrwania. Ronja dojrzewa, o tym jest ta opowieść. Ale dojrzewają też jej rodzice, i to jest dla mnie nowe odkrycie. Bardzo chciałam być Ronją, choć pewnie wiedziałam, że jestem jej przeciwieństwem. Teraz chciałabym, żeby moje córki się w nią zapatrzyły. Nie wiem czy będę umiała, jak Lovis, puścić je w świat i zaakceptować ich trudne dla mnie decyzje. Dobrze, że ta książka jest w domu.
Nasza Księgarnia 2004
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Ukazały się ostatnio dwa nowe tłumaczenia mojej ukochanej lektury z dzieciństwa. Oba są reklamowane jako nowe, co w przypadku książki wydanej przez wydawnictwo ALGO (napis na okładce "nowy przekład") jest nadużyciem, bo tłumaczenie Ewy Łozińskiej-Małkiewicz powstało w latach dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku. Ten przekład czytało mi się dużo gorzej niż Pawła Beręsewicza wydany przez Wydawnictwo Skrzat. W wydaniu ALGO widać też niestaranną redakcję, ale to wydanie jest promowane w Empiku, miękkie, tańsze (25 złotych). I od ręki są też następne tomy. Wydanie Skrzata (kupiłam w sklepie wydawnictwa, w innych księgarniach było ostatnio nie do dostania) jest droższe (37 złotych) ładne, porządne, ilustrowane, wydane w twardej okładce i martwię się, że nie dojdzie do tłumaczenia kolejnych tomów. Nie podobają mi się w przekładzie Łozińskiej różne miejsca. To na przykład:
Ania miała bladą i napiętą z przejęcia twarz. - Och Marylo! Maryla też byłaby poirytowana, gdyby miała właśnie spotkać małą dziewczynkę, przyszłą przyjaciółkę od serca, której matce trudno przypaść do gustu." Błędy stylistyczne, brak stylistycznej spójności, słówko 'poirytować' zupełnie nietrafione, 'szokujące mówki' w ustach Maryli też zgrzytają. Kolejne: "Och Marylo! Co za klawe przyjęcie! Klawe - to nowe słowo, którego nauczyłam się dzisiaj od Mary Alice Bell. Czyż nie jest pełne ekspresji? Wszystko było cudne." 'Klawe' to nie jest słowo, którym by się zachwyciła Ania, moim zdaniem. Dla porównania Beręsewicz w tych miejscach: "Opanuj się Aniu. Wolałabym też, żebyś nie używała tych wszystkich wielkich słów. To naprawdę śmiesznie brzmi w ustach małej dziewczynki. O to czy Diana Cię polubi, raczej bym się nie obawiała. To na jej mamę musisz uważać. [...] Musisz być uprzejma i grzeczna. A już na pewno nie wygłaszaj tych swoich przemówień. Zmiłujże się, Aniu, ty się cała trzęsiesz! Ania istotnie się trzęsła. Twarz jej pobladła i stężała. - Och Marylu, też byś to przeżywała, gdybyś miała spotkać przyjaciółkę od serca, ale nie byłoby wiadomo czy jej mama Cię polubi." "Och Marylu, wyśmienicie się bawiłam. To pani Mary Alice Bell powiedziała "wyśmienicie" i od niej się nauczyłam. Świetne słowo, co? Było po prostu cudownie." Wydawnictwo Skrzat, 2012 (okładka wyżej) ALGO, 2013 (okładka niżej) Obie książki kupiłam. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi nastolatków o książkach
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||