o książkach dla dzieci i młodzieży
sobota, 01 sierpnia 2015

Gdy moja córka Marysia zaczynała przygodę z czytaniem, wyszukiwałam jej książki z czarodziejami, później ze zwierzakami, by następnie  w odpowiedzi na zawężone zainteresowania przez dwa sezony wyławiać tylko i wyłącznie książki, w których występuje co najmniej jeden koń. To była łatwizna, mogę dziś powiedzieć. Obecnie przede mną - domową poszukiwaczką książek stoi zadanie trudniejsze. Szukam ciekawych powieści dla czternastolatki zafascynowanej kulturami dalekiego wschodu,  zainteresowanej mangą, anime, dramą, Japonią, Koreą, Indiami, K-popem i tańcem Bollywood. 

Marysia ma za sobą pierwszą klasę gimnazjum, wejście w nowe środowisko, obserwacje ustalania klasowej hierarchii. Pomyślałam, że "Nasz skrzywiony bohater" Yi Mun-yola może być książką dla niej.

To historia dwunastolatka, którego marzenia o zostaniu liderem w nowej szkole, zostają rozbite jak bańka mydlana. Wydaje się, że Han Byong-tae  po przeprowadzce z Seulu na prowincję nie ma szans w starciu z zastanym szkolnym systemem i charyzmatycznym, skorumpowanym gospodarzem klasy Om Sok-dae.  Zależności pomiędzy uczniami i nauczycielami narysowane zostały ciekawie a poruszane problemy uniwersalne - walka o władzę i przetrwanie oraz desperacka potrzeba akceptacji nastolatków.

Nie oczekujcie od tej historii typowej powieści dla młodzieży - nie ma tu wartkiej akcji i potocznego, plastycznego języka. Narracja jest raczej chłodna. Za to obcujemy z kulturą odległą od naszej.

Wydawnictwo Kwiaty Orientu, 2015, z biblioteki

12:30, zefi-rynna , nastolatki
Link Komentarze (2) »
niedziela, 07 czerwca 2015

„Bibliotekę pana Lemoncella” Chrisa Grabensteina poleciła mi moja uczennica. (Tak mogę śmiało zaczynać większość recenzji, których nie napisałam w tym roku szkolnym). Przeczytałam tę powieść jednym tchem.

Wiecie, że kocham książki i czytanie, że darzę szczególnymi uczuciami biblioteki i bibliotekarzy, nic więc dziwnego, że książka Chrisa Grabensteina wydała mi się z miejsca zachęcająca. 

Publiczna biblioteka, którą otwierają po dwunastu latach od zamknięcia poprzedniej w amerykańskim miasteczku jest zupełnie niesamowita. Supernowoczesna, w której oprócz książek, czytelni, kawiarni są też pokoje gier planszowych i komputerowych. Jest planetarium i gabinety eksperymentów naukowych. Opis tej biblioteki brzmi dla mnie jak opis spełnienia marzeń. Chciałabym spędzić tam chociaż tydzień wakacji.

Twórcą, pomysłodawcą i fundatorem biblioteki jest niezwykle ciekawy człowiek – bogaty przedsiębiorca, który doszedł do fortuny na wymyślaniu i produkcji znakomitych gier planszowych, w które grają całe amerykańskie rodziny i paczki przyjaciół na całym świecie.

Młodzi bohaterowie książki dostają wraz z miejską biblioteką wielką grę terenową w jej wnętrzu. Grę, w której można korzystać ze swoich umiejętności i książek. Grę, która jest pełna emocji także dla czytelników.

„Biblioteka Pana Lemoncella” to książka, która wybornie pokazuje to, że czytanie jest świetną zabawą, biblioteka magicznym miejscem a ludzie czytający książki to po prostu zwycięzcy.

Moim uczniom polecam jako lekturę na wakacje.

 Wydawnictwo Wilga, 2015, pożyczona od uczennicy

 

 

piątek, 17 kwietnia 2015

Dawno temu Marianna panicznie bała się much. Tłumaczyłam jej, że są mniejsze od jej paznokcia, że to pewnie ona jest ich postrachem, olbrzymem. Nic nie pomagało. W geście pomocy terapeutycznej Zefiryna podarowała nam „Bzyka Brzęka” Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel, opowieść o muchówce Bzyku Brzęku i jego ciotce, Rączycy Czarnonogiej. Książka nie załapała – Marianna trzymała się swoich lektur, a ja jej jakoś nie przekonywałam. „Bzyk Brzęk” trafił na półkę – raz na sto lat czytałyśmy jeden czy dwa rozdziały.

No ale w tym czasie podrosła Marta i zaczęła bać się much. Historie o muchówce powróciły. I zostały z nami.

Tu nie ma fajerwerków czy przygód, nie ma dzikiego humoru (choć bywają zabawne momenty), jest duża prostota i oszczędność fabularna. Ale z każdym kolejnym rozdziałem miałam coraz silniejsze poczucie, że oto mam w rękach książkę, która niepostrzeżenie, w niezwykle subtelny sposób wprowadza w świat dziecka prawdziwą otchłań refleksji egzystencjalnej. Takiej naprawdę dużego kalibru: motyl, który nigdy się nie złości i nie obraża, bo wie, że ma tylko jeden dzień życia, ćma, która musi krążyć wokół rozpalonej żarówki, choć sama nie wie po co, mrówki, opętane przymusem pracy, choćby bezsensownej. No i dramaty wewnętrzne: poczucie winy i kłamstwo, które rosną jak wielki ciężar na plecach; dni, w których pielęgnujemy, nawet wbrew sobie, fatalne samopoczucie; pragnienie bezinteresownej relacji z drugą istotą. No i w końcu finał, od którego przechodzą ciarki po plecach: „lokatorzy”, a więc ludzie mieszkający w domu, w którym zamieszkują też Bzyk i Rączyca, wieszają lep na muchy. Pułapka jest tym bardziej niebezpieczna, że swoim pięknym zapachem pozbawia muchy kontroli nad sobą. Trzeba uciekać. Coś się kończy, ale ten koniec zawsze jest też początkiem.

Mam poczucie lekkości w czytaniu tej książki, bo nie ma tu dydaktyzmu ani wychowawczego tonu. Autorka nie tłumaczy, dlaczego motyle żyją tak krótko i jak się może skończyć pęd ćmy do światła. Zawiesza temat. Każdy rozdział ma swoją wyrazistą anegdotę i jest osadzony w przyziemnej codzienności, bardzo czytelnej. Ale za każdą z tych prostych scenek czai się prawdziwy dramat albo szczęście egzystencji.

Marta nadal boi się much, ale kocha Bzyka Brzęka.

 

Wydawnictwo Bajka 2011, prezent od Zefiryny



piątek, 30 stycznia 2015

Czerwony i zielony to ludziki mieszkające w sygnalizatorze, przy skrzyżowaniu. Każdy je zna – jeden zabrania, drugi pozwala. Ale Gabriel Gay widzi w nich nie tylko znaki, uczłowiecza je, dostrzegając ich cechy charakteru: Czerwony jest stanowczy i zasadniczy, natomiast Zielony ma nieco luźniejszy stosunek do rzeczywistości. I to, jak się okaże, będzie miało fatalne skutki. Po kłótni z Czerwonym (powód: skoro nie nadjeżdża żadne auto, to czy można puścić, „nieprzepisowo”, pieska przez skrzyżowanie?) Zielony zejdzie z posterunku i nagle cały porządek drogowy trafi szlag. W mieście zrobi się gigantyczny korek, a Zielonemu będzie grozić poważne niebezpieczeństwo.

Ostatnio mam kłopot z książkami dla dwulatki, za dużo mamy tych dla czterolatki, trudno się przestawić. I wreszcie coś – rzecz estetyczna, dydaktyczna i rozwojowa. „Czerwony i Zielony” w bardzo czytelny, a jednocześnie wciągający (chwilami nawet dramatyczny!) sposób wyjaśnia o co chodzi nie tylko w sygnalizacji świetlnej, ale i w funkcjonowaniu zasad w ogóle. Na szczęście nie ma tu nawet cienia apoteozy zakazów i nakazów, tylko sugestia, że czasami mają sens, bo mogą być formą współpracy. Można tu natomiast znaleźć nieco anarchistyczne mrugnięcie okiem do czytelnika, bo przecież przez swoje nieposłuszeństwo Zielony miał szansę poznać nowego przyjaciela i zobaczyć świat z nieznanej perspektywy. Jest i pochwała przyjaźni, skoro w obliczu dramatu przyjaciela Czerwony bez namysłu porzucił swoje miejsce w sygnalizatorze (nie zapominając jednak o ciążących na nim obowiązkach).

Pod względem estetycznym książka ta ma jakiś szczególny urok. Ilustracje są bardzo komiksowe i jednocześnie klasyczne, stylowe. Tylko kilka barw, bogata kreska, lekki, choć wyrazisty rysunek. Wielkomiejski zgiełk jest tu rzeczywiście sugestywny, a niebo, ciemnobłękitne, o charakterystycznym przedwieczornym blasku, ma wyjątkowy czar (co widać już na załączonej okładce).

Wielka przyjemność i dla dziecka, i dla mnie.

 

Wydawnictwo Widnokrąg 2014, książka kupiona



poniedziałek, 26 stycznia 2015

Ponieważ nie mamy telewizora, niektóre bajki z kanałów dla dzieci nas omijają. Oczywiście youtube podsuwa nam wiele świetnych rzeczy, ale jakoś tak się stało, że misia Mukiego nie znaliśmy. Ale kupiliśmy książkę. „Muki w podróży dookoła świata”. W zasadzie tata kupił, mama nie znała, ale jak zobaczyła, wiedziała, że to będzie strzał w dziesiątkę. Pewnie trochę wstyd, ale dopiero potem dowiedziałam się, że autor, Marc Boutavant, to właściwie już marka, że jest znany i rozchwytywany na całym świecie. No i wypróbowaliśmy na naszych dziewczynach (wiek: 4,5 oraz 2,4). Oszalały.

Muki jako postać nie jest szczególnie wyrazisty. Wydaje się raczej pretekstowy. Jest trochę jak wehikuł, dzięki któremu możemy znaleźć się nagle w całkiem nowym świecie, i poczuć się dobrze, bezpiecznie. Miś, prując przez świat na swoim rowerze, odwiedza nowe kraje i miejsca: Grecja, Laponia, Sahara, Peru, Nowy Jork, Indie, Japonia, Wyspa Kangura... Uczy się najważniejszych słów, smakuje egzotycznych potraw, poznaje lokalne zwyczaje. Każda z kart to kopalnia wiedzy i dla Mukiego, i dla dzieci, które czytają/oglądają. Nie ma tu żadnej fabuły, są tylko mikroscenki opatrzone mikrodialogami. Ale to wystarczy, żeby rozbudzić wyobraźnię i zachęcić do poznawania nowych rzeczy (dzięki Internetowi za Wikipedię...).

Najmocniejszą stroną są oczywiście przepiękne ilustracje i mocne, wyraziste kolory. To bardzo atrakcyjna, bardzo „pop” książka, a przy tym pełna autorskiego charakteru. Nie ma tu też, co bardzo istotne, dydaktycznego tonu. Każdy z przedstawionych krajów ma niemalże swojski charakter. Każdy może być domem dla dziecka.

Na serial trafiłam dość przypadkowo, dziewczyny oszalały po raz drugi. Odcinki animacji mają oczywiście zgrabnie opracowaną, wciągającą fabułę, no i pozwalają odnajdywać elementy z wersji książkowej, co jest dla moich dziewczyn ogromną frajdą. A po bajkach książka, obowiązkowo. A w ciągu dnia powtarzanie: "konnichiwa", "namaste", "szukran". I wiemy już, jak wygląda moloch straszliwy.

No i wisienka na torcie. Na planszy „kawiarnianej”, na samym początku książki, odnalazłyśmy naszego ukochanego bohatera stworzonego przez innego wspaniałego francuskiego rysownika. Kto znajdzie? Kto zgadnie?

Wydawnictwo "Wytwórnia" 2014, książka kupiona

poniedziałek, 05 stycznia 2015

Jak wielu innych rodziców, od kiedy mam dzieci, sporo mnie kosztuje czytanie książek czy oglądanie filmów, w których jest mowa o krzywdzie wyrządzonej dzieciom lub zwierzętom. Moja odporność na te sprawy znacznie osłabła i nie widzę szansy na zmiany. Dlatego, chcąc nie chcąc, staram się omijać tego rodzaju fabuły. To duży kłopot, mój zawód wymaga ode mnie oglądania bardzo różnych filmów, moje zainteresowania wymagają czytania rozmaitych książek. A ja nie bardzo sobie daję radę nawet z „Królem Lwem”.

Dlatego lektura „Jedynego i Niepowtarzalnego Ivana” była dla mnie doświadczeniem traumatycznym. Niemniej, przeczytałam go jednym ciągiem, w skrajnych nerwach, z poczuciem, że muszę jak najszybciej pochłonąć całość, a jeśli na końcu nie stanie się coś dobrego, to chyba nie dojdę do siebie. I kiedy już dotarłam do końca, zdałam sobie sprawę, że większą tragedią było dla mnie nie to, co przeczytałam o zwierzętach, ale raczej to, co przeczytałam o ludziach. Nawet jeśli nie było to żadnym zaskoczeniem.

Otóż historia jest taka: Ivan jest gorylem, który jako maluch został porwany z rodzinnej dżungli. Kupił go niejaki Mack, wychowywał jak ludzkie dziecko, a kiedy przestał nad nim panować, zamknął go w szklanej klatce jako atrakcję w centrum handlowym, usytuowanym przy zjeździe z autostrady. Ivan przeżył tam wiele lat. Nie myślał już o życiu przed porwaniem, swoją sytuację przyjmował apatycznie, starając się jakoś przeżyć kolejne tygodnie i zabijając czas oglądaniem telewizji. W zachowaniu równowagi pomagali mu przyjaciele: zbłąkany psiak Bob, mieszkająca w sąsiednim boksie chora słonica Stella oraz mała dziewczynka, Julia, córka sprzątacza, który co noc pojawia się w centrum handlowym. Ivan znajduje ukojenie także w rysowaniu, intuicyjnie wie, że sztuka może stanowić ujście nie tylko dla emocji, ale i dla myśli. Mack sprzedaje jego rysunki w pobliskim sklepiku, te oprawione w ramkę drożej.

I tak to się toczy aż do momentu, kiedy w klatce Stelli nie pojawia się nowa, malutka słoniczka, Ruby. To chwila, w której sytuacja się odwraca, a Ivan, nie będąc w stanie pogodzić się z tragedią maleńkiej sąsiadki, podejmuje wyzwanie, które odmieni życie wszystkich zaangażowanych w ten dramat. Na szczęście dla mnie – na lepsze, przynajmniej dla zwierząt.

To historia do pewnego stopnia oparta na faktach, bo autorka, Katherine Applegate, opisała w niej losy prawdziwego goryla, który spędził w klatce prawie 30 lat, nie znając żadnych innych przedstawicieli swego gatunku. Applegate przyjęła dość karkołomną strategię – przedstawiła tę historię z perspektywy samego Ivana. To zabieg niebezpieczny, bo ułatwia pisarzowi szantaż emocjonalny. Taka antropomorfizacja jest mocno dyskusyjna,bo przecież zwierzęta nie są ludźmi, nie czują i nie postrzegają świata tak jak ludzie. Ale mam wrażenie, że autorce udało się jakoś wybrnąć – być może dlatego, że jej książka opowiada w zasadzie nie o tym, co czują i myślą zwierzęta, ale o tym, co straszliwego potrafi zrobić, całkiem bezmyślnie, człowiek. Applegate pisze zresztą w posłowiu, że sytuacja prawdziwego Ivana, pierwowzoru bohatera książki, zmieniła wraz ze stanem wiedzy na temat potrzeb i psychologii naczelnych. Oczywiście, rozmowy między gorylem, psem i słoniami, to efekt pracy wyobraźni autorki, chwyt być może konieczny w książce dla dzieci. Niemniej całość brzmi dla mnie wiarygodnie i bez przesady. Także dlatego, że Applegate znalazła dla tej historii specyficzną formę – krótkie, mocne zdania, jak urywki myśli, rozdzielone pauzą, graficznie oderwane od siebie. Dzięki temu historia ta, przy całym swoim dramatyzmie, staje się lakoniczna i taka mocna.

Na tyle mocna, że nawet nie wiem, jakim dzieciom mogłabym ją polecić. Trzeba ją przeczytać, bo tak radykalne ustawienie wrażliwości na pewno ma sens. Ale ja, która nie potrafię obejrzeć spokojnie „Króla Lwa”, zupełnie nie wiem, co z tym dramatem świata zrobić.

 

Wydawnictwo CzyTam, 2014, książkę dostałam od wydawcy 



piątek, 12 grudnia 2014

Rozmowy z dziećmi o starości do łatwych nie należą. Wiek długo jest pojęciem ze wszech miar abstrakcyjnym. Duży wydaje się starszy o kilka lat brat. Starą nauczycielka po trzydziestce. W pewnym wieku wszyscy poza rówieśnikami są starzy i bardzo starzy.

A jak opowiedzieć im o strachu, który pojawia się w życiu naprawdę starego człowieka i staje się jego najwierniejszym towarzyszem? Jednym z nielicznych, stałych towarzyszy, których nie trzeba odprowadzać na cmentarz w przeciwieństwie do kolejnych przyjaciół? Strachu naprawdę starego człowieka przed wszystkim - pośpiechem, zmęczeniem, nieznanym, obcym, za szybkim, zbyt mocnym. 

Dostaliśmy piękna książkę. Obrazkową, elegancką i oszczędną graficznie. A przy tym mądrą, taką, która może być punktem wyjścia do rozmowy o starości i do lepszego rozumienia starości nawet przez kilkulatków.

Bohaterką jest staruszka Małgorzata, której wigilia nie przypomina tych z reklamy Coca Coli czy barszczu Winiary. Spędza święta samotnie. To jej wybór, którego dokonała ze strachu. Małgorzata boi się otworzyć drzwi obcym ludziom, ale nie przypomina zrzędliwej staruszki, której nic się nie podoba i na wszystko narzeka.  Małgorzata jest łagodną, niezwykłą staruszką, która "tak bardzo bała się śmierci, że w końcu zaczęła się bać życia."

Warto z dziećmi przed świętami przeczytać książkę o Małgorzacie.

Przyznam się, że nie znam w Polsce wielu takich starszych pań. Jest to obraz innego społeczeństwa niż nasze. U  nas, mam wrażenie, rodzina raczej nie uszanowałaby asertywnego postanowienia prababci o spędzaniu Wigilii bez rodziny. Ale jej strach rozpoznaję doskonale, on nieodłącznie towarzyszy starości. Strach, że się nie zdąży do autobusowego wejścia, strach, że ktoś chce oszukać, strach, że będą ciężarem.

2014, Dwie Siostry, dostałam od wydawcy

czwartek, 11 grudnia 2014

- Czego uczę dzieci w szkole?

- Wekowania!

Zadanie domowe, jakie dostali moi czwartoklasisci podczas wspólnego omawiania książki "Bardzo Fajny Olbrzym" Roalda Dahla brzmiało jak następuje: Zapakuj sen do słoika, słoik ma być prawdziwy. To czym go wypełnisz, zależy tylko od Twojej fantazji. Wybierz rodzaj snu. Napisz kartkę, jaką przykleiłby BFO. Przygotuj się, że będziesz musiał zaprezentować przed klasą słoik i sen. Zastanów się nad nazwą dla wypożyczalni snów, nazwą ulicy, przy której ją zbudujemy i nazwą dla miasta. Do zadania podeszli entuzjastycznie. 

W klasach czwartych powstały wypożyczalnie snów. Wzorem Bardzo Fajnego Olbrzyma z powieści Roalda Dahla łapali sny i pakowali w słoiki. Pod pokrywkami migotały cudniki złociste o mleku, pościgach, lataniu, jedzeniu waty cukrowej, złotych plażach i podwodnych zamkach. Zęby natomiast szczerzyły zza szkła zgrozule i ciarkowce, złe sny o byciu mrożonką, zbrodniach i zabieraniu jedzenia.

W „Sentotece”  i "Snypialni" można było wypożyczyć sen na jedną noc. Powiem Wam w sekrecie, że Pani Dyrektor wypożyczyła sen o wdzięcznej nazwie „Balangus” a Pani Beata z sekretariatu sen o życiu szczęśliwej rodziny z piątką dzieci.

 

2003, Zysk i ska, z biblioteki

 

niedziela, 30 listopada 2014

Odświeżam sobie jedną z ulubionych lektur późnego dzieciństwa "Sceny z życia smoków" Beaty Krupskiej. Czekałam na wznowienie, bo mój egzemplarz przepadł na "cmentarzysku pożyczonych książek".

To tytuł, który bardzo długo pozostawał na szczycie listy najbardziej pożądanych do wznowienia. Myślę, że grono jego fanów jest bardzo szerokie. Na allegro wydanie z roku 1987 osiągało cenę nawet ponad 100 złotych i byli tacy, którzy kupowali, by przypomnieć sobie radość czytania scen.

"Sceny z życia smoków" to dobry wstęp do scenariusza serialu dla dzieci - i taki powstał, myślę, że nowe podejście do tej książki i nowa animacja spotkałaby się z aplauzem publiczności. Siłą książki są błyskotliwe dialogi i wyraziści bohaterowie - smocze indywidualności i ich znajomi z lasu. Łatwo jest mi przypomnieć sobie teraz, dlaczego pamiętałam tę książkę jako wyjątkową.

Po pierwsze poziom absurdu jest absurdalnie wysoki i to cieszy: "Smok Zygmunta usiadł i zagrał na saksofonie. Powietrze wypełniło się pomarańczowymi motylami i zielonymi nietoperzami, za którymi gonił Łysy Pies."

Po drugie ta książka jest doskonała towarzysko - książka imprezowa, można powiedzieć dzisiaj. Siedzieliśmy ze znajomymi i czytaliśmy głośno śmieszne fragmenty. Niektóre cytaty ze smoków utrwaliły się na tyle, że stosowano je w naszej paczce przy najróżniejszych okolicznościach. Jeśli tylko, ktoś skarżył się, że jest nielubiany, dostawał fragmencik: "Nikt w lesie nie lubił Żaby. Żaba była zielona, miała pryszcze na plecach i wyłupiaste oczy. Lubiła mówić o sobie i ciągle się chwaliła. Ale najgorsze było to, nikt nie chciał się z nią ożenić." Bawiliśmy się też prowadząc smocze dialogi: "- To cztery. - Co cztery? - Nic. - Dobra odpowiedź." A pytanie o godzinę często zamienialiśmy na pytanie o gadzinę. "Na polanę wszedł Wincenty Smok - Która gadzina?!!- zaryczał. - Nie gadzina a godzina - poprawił go Smok Zygmunta. - Cicho!!! Powtarzam: która gadzina nadepnęła mi rano na odcisk?! - ryczał Wincenty."

Testuję teraz na moich czwartoklasistach i ich też potrafi rozbawić niejeden smok.

Wydawnictwo Prószyński i ska, 2014, książkę dostałam od wydawcy

piątek, 14 listopada 2014

Lubię ten moment, kiedy świat dowiaduje się, kto otrzymał literacką nagrodę Nobla a ja mogę powiedzieć, że czytałam jego książkę. Tak było w tym roku. Po "Katarzynkę" Modiana  sięgnęłam w dzieciństwie z powodu Sempego i jego ilustracji do "Mikołajka". Miałam nadzieję, że tytułowa bohaterka będzie taką rozrabiarą jak jej francuski koleżka. I chyba byłam lekko rozczarowana na początku. Bo Katarzyna nie rozrabiała. Ani odrobinę. Ale już chwilę później poczułam bratnią duszę w bohaterce tej kameralnej opowieści, bo ona zamyślała się, rozmarzała i nosiła okulary, tak jak ja.  Posłuchajcie fragmentu.

"- Będziesz musiała tańczyć bez okularów - usłyszałam od nauczycielki tańca.

Z początku zazdrościłam koleżankom, które nie nosiły okularów. Dla nich wszystko było proste. Lecz po namyśle doszłam do wniosku, że mam nad nimi przewagę: mogłam żyć w dwóch światach zależnie od tego, czy nosiłam okulary, czy też nie. A świat tańca nie był rzeczywistym życiem, lecz był to świat, w którym zamiast zwyczajnie chodzić tańczyło się albo wykonywało entrechats. Tak, świat z marzeń, taki nieostry i delikatny, który widziałam bez okularów."

Ja zazdrościłam Katarzynce, i Paryża, i Nowego Jorku. Oba miejsca wydawały mi się zupełnie magiczne z perspektywy peerelowskiej Ostrołęki, która, bądźmy szczerzy, nawet gdy zdjęłam okulary, nie wyglądała jak z marzeń

Teraz wróciłam do tej opowieści i odkrywam na nowo, że nie ma w niej wiele jest akcji. Z perspektywy dzisiejszego dziecięcego czytelnika nie dzieje się nic. Ot, wspomnienia z dzieciństwa, kameralna historia, pełna niedopowiedzeń, w której najważniejszą postacią jest ojciec. Podobny do Katarzynki, rozmarzony okularnik dzieli się  z córką swoją prawdą o świecie. Może i wy chcecie ulec jego zapewnieniu, że "świat nie jest taki zły", bo kto by nie chciał?

Wydawnictwo Czuły Barbarzyńca, 2009, kupiona

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 64
| < Lipiec 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi nastolatków o książkach
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione