o książkach dla dzieci i młodzieży
poniedziałek, 06 października 2014

Studium głupoty? Bezradności? Podręcznik manipulatorki? To propozycje interpretacyjne z okładki książki. Po trosze ta książka jest tym wszystkim. Plus jest dobrą powieścią dla gimnazjalistek.

Jedno kłamstewko i zbieg okoliczności (niefortunny) uruchamiają lawinę oszustw. Pierwsze kłamstewko jest skromne i wymuszone przez okoliczności i koleżanki. Żeby się w końcu odczepiły, bohaterka książki - Nina postanawia poudawać przez  chwilę, że ma chłopaka, nic więcej. Żeby uprawdopodobnić historię daje mu na imię Paweł. Przypadkowo kilka dni później lokalna społeczność przeżywa tragiczną śmierć nastolatka - Pawła. Kłamstwo, które było małe i łatwe, nagle rośnie i wymyka się spod kontroli. Ninie wydaje się  kuszące przytaknąć na sugestię, że nie żyje jej ukochany. Może się  pogrążyć się w nieszczęściu i braku zrozumienia i nic nie robić. Nieoczekiwanie okazuje się również, że pojawiają się ludzie, którzy spieszą jej ze wsparciem w trudnej sytuacji. Co przecież jest miłe. Przynajmniej przez chwilę.

Nina brnie dalej i po jakimś czasie dostrzega, że jest zupełnie bezradna wobec wielu warstw kłamstw, które misternie udziergała na potrzeby ciekawskich. I że zupełnie nie ma pomysłu, jak się z tego wyplątać.

To główny wątek powieści. Są też inne, które śledzi się z zaciekawieniem - trudności w dogadaniu się z kolegami, rodzeństwem, rodzicami, nauczycielami, kłopoty niepełnosprawnej kuzynki z nadopiekuńczą matką. 

"Dane wrażliwe" Ewy Nowak nie mogły nie przypomnieć na chwilę "Kłamczuchy" Musierowicz.  Książki Ewy Nowak nie mają tego krzepiącego uroku, co Jeżycjada. To nie są romantyczne komedie. Bohaterki są twardsze, prawdziwsze, bardziej pogubione i bardziej współczesne. 

Wydawnictwo Egmont, drugie wydanie, 2014 rok, z biblioteki.

wtorek, 23 września 2014

Na blogu dziś tekst Ilony o książce dla przedszkolaków:

W życiu wielu czterolatków pojawia się chwila, kiedy fascynują je smoki, rycerze, dinozaury i walka. Przedszkolaki walczą na wyimaginowane miecze z wyimaginowanymi jaszczurami, całkiem naprawdę siłują się z kolegami na dywanie i marzą o tarczy i hełmie. I to jest właśnie ten moment, kiedy w domu może pojawić się książka Christiny BjÖrk i Evy Eriksson „Rycerze i smoki”. 

Niektórych – jak mnie – może skusić nazwisko ilustratorki. Evę Eriksson pamiętamy z książeczek o Maksie i jego piłce, nocniku, aucie, pieluszce (ach, jak to było DAWNO!). Odnajdziemy ślady Maksia w rysach małych rycerzy i kresce sprawnie szkicującej opowiadaną anegdotę. 

Powiedzmy jednak od razu, że „Rycerze i smoki” to całkiem inny etap życia niż niewinny świat Maksia i jego zjedzonych ciastek. Jak mówi czteroletni Janek, „to książka o walczeniu”. Krótkie, dwu-, trzystronicowe opowiadania to historie rycerzy, znanych skądinąd z wielkiej literatury światowej, gdy byli dziećmi. Mały Artur, Hajmdal, Sigurd, Tristan – to jeszcze mali chłopcy, którzy żyją w świecie pełnym smoków . Czasem spotykają je w jamie pod tajemniczym drzewem, czasem trafiają na nie przypadkiem w lesie, czasem – hodują w domu jaszczurkę, która dorasta i staje się zionącym ogniem jaszczurem. I wtedy mali rycerze przystępują do walki ze smokami a ja, czytając wieczorem Jankowi opowiadanie, zastanawiam się, jak sobie wyobraża pewne sceny mój dzielny przedszkolak.

- Skoro tak, to zaraz was wtrącę do lochu – zagroził smok. – Oddawaj miecz!

- Nigdy w życiu! – zawołał Sigurd i przypomniało mu się, jak już raz udało mu się ugodzić smoka prosto w serce. Choć był to tylko Fafnir, jego treningowy smok. Ta myśl dodała mu odwagi. Zamachnął się i zadał Gramem cios w serce zamkowego smoka (Sigurd, Gram i smoki).

Mali rycerze marzą o walce i zabijaniu smoków. Nie wiedzą jeszcze, co oznacza śmierć. Używają tego słowa a najlepiej brzmiące frazy z upodobaniem powtarzają (ugodzę cię prosto w serce, Stefan!).

Nie wiem, jak i kiedy można powiedzieć dziecku, że ludzie czasem zabijają. Mam w związku z tym kłopot z tym fragmentami książki, które walkę pokazują jako przygodę. Wiem jednak, że już wkrótce klosz przestanie działać i Janek zetknie się z bogatym światem przemocy i śmierci w popkulturze. „Rycerze i smoki” są tu łagodnym preludium. Czytamy je więc wieczorami i widzę, że Janek zasypia spokojnie. Poza ciosami w serce, smoki pokonuje się wrzucając im do paszczy worek toffi, które skutecznie sklejają groźną paszczę. Myślę, że wspomnienie ich słodkiego smaku, zaciera ostre rysy walki.

Zakamarki, 2014, kupiona

piątek, 12 września 2014


Najpiękniejsza książka o dojrzewaniu do kobiecości, jaką czytałam. W literaturze dla dzieci takie tematy do tej pory pojawiały się chyba tylko w baśniowej klasyce. Iwona Chmielewska snuje przejmującą, współczesną a jednocześnie odwołującą się do tradycji i wzorców literackich opowieść. Pełną półtonów, wysublimowaną i delikatną jak koronki i hafty, motyw powtarzający się na stronach tej książki. 

Obrazkowa opowieść zaczyna się w momencie, gdy w dziewczynka czuje, że jej życiu zachodzi zmiana. Pewnego dnia usłyszy kilka prostych słów: "Królewno, dziś stałaś się kobietą”. To dzień pierwszej miesiączki, ale przeczytacie o tym wprost - sfera cielesna, choć mocno obecna w książce, przedstawiona została metaforycznie: "Odtąd co miesiąc przez kilka dni była Panią swojego królestwa, a władza ta spadała na nią punktualnie i niezawodnie". W ilustracjach symbolizuje ją czerwień, kontrastująca z dominującymi na stronach odcieniami bieli, barwą ecru, kością słoniową, perłową. Czerwony jest sznur na pranie, owoce jarzębiny, lina huśtawki i mereżka na ubraniu lalki.  

Dziewczynka zaczyna się uczyć panowania nad swoim królestwem. Przymierza role, kluczy po świecie emocji, fizycznych doznań i baśniowych symboli. Pastelowa, koronkowo delikatna opowieść o dojrzewaniu, łączy w sobie intymność i uniwersalizm. Młodsze dzieci mogą czytać "Królestwo dziewczynki" nie wychodząc poza poziom baśniowości - w historii pojawia się smok, zatrute jabłko, ziarnko grochu i królewna zaklęta w żabę. Poza tym to lektura dla matek i córek w każdym wieku. 

"Królestwo dziewczynki" to edytorskie cacuszko. Trudno mi jest się powstrzymać od dotykania grzbietu oprawionego w materiał. Złocone brzegi kartek traktuję jako ukłon w stronę moich córek.

Wydawnictwo Entliczek 2014, kupiona

niedziela, 07 września 2014

Zmiany są dobre. Trzeba wrócić wreszcie z wakacji. Chcę Wam polecić książkę, którą znalazłam latem. Zrobiła na mnie takie wrażenie, że wpisałam ją na listę lektur czwartoklasistów, których uczę w tym roku polskiego  (zmiany są dobre, wróciłam do pracy w szkole podstawowej i już cieszę się na kupowanie książek do biblioteki i książki pożyczane i polecane przez uczniów).

"Cud chłopak" R.J Palacio to niezwykła historia. Myślę, że część mnie szukała od jakiegoś czasu takiej książki. Będzie to dobra opowieść dla osób zaczynających z lekkim stresem nowy etap życia - pierwsze dni nowej szkoły, nowej pracy, nowej życiowej roli.

Bohater powieści  - dziesięcioletni Auggie nigdy wcześniej nie chodził do szkoły. W dzieciństwie przeszedł 27 operacji i wiele czasu spędził w szpitalach i na domowej rekonwalescencji. Za sprawą mutacji genetycznej jest chłopcem z okropnie zdeformowana twarzą. "Nie powiem wam jak wyglądam. - pisze Auggie - Cokolwiek sobie wyobrażacie, w rzeczywistości jest pewnie gorzej". Szczegółowy opis jego twarzy znajdziemy dopiero w połowie książki, dopiero wtedy, gdy już poznamy bohatera całkiem dobrze, spędzimy z nim parę miesięcy w nowej szkole, poznamy reakcje innych ludzi na jego wygląd,  w tym szkolnych kolegów i nauczycieli. Świetny zabieg autorki. Kiedy przychodzi ten moment lektury, możemy skonfrontować wyobrażenie Auggiego, które powstało w naszej głowie wcześniej. Mocne wrażenie.

To rewelacyjna książka o akceptowaniu inności, o dorastaniu do akceptacji, o trudnościach z tym związanych i ich pokonywaniu.

Podoba mi się, a jakże, pozytywny obraz nauczyciela. Jeden z bohaterów powieści Pan Brown daje on swoim uczniom oprócz wiedzy także życiowe rady, jest gotowy do rozmowy, jest też otwarty na życiowe wskazówki od swoich uczniów. Nie podoba mi się tylko tłumaczenie tych życiowych rad jako "wskazań". Czegoś w tym słowie brakuje w moim odczuciu.

Wydawnictwo Albatros, 2014, kupiona

czwartek, 31 lipca 2014

W samym środku wakacyjnej suszy pisze dla nas Ilona, mama czteroletniego Janka: 

Na początek muszę się przyznać: lubię skandynawskie książki dla dzieci. Niezwykle odpowiada mi ich sposób przedstawiania emocji: pozbawiony czułostkowości i infantylizmu a zarazem uczciwy i serio wobec małych czytelników. 

Podoba mi się ich nienachalna równościowość. Światy, w których ojcowie smażą naleśniki (jak w Yeti), dziadek jest wspaniałym towarzyszem wakacji (jak w opowieściach o Stinie) a mamusie nie boją się mieszkać w małym domku w bardzo ciemnym lesie (jak w Duchu, który się bał). 

Nic więc dziwnego, że sięgnęliśmy po cykl książek o Albercie Albertsonie. A raczej - nic więc dziwnego, że Albert Albertson, bohater serii książek Gunilli Bergstrom, dziarsko wkroczył na listę naszych ulubionych lektur.

Albert Albertson jest bohaterem, który żywo nteresuje czteroletniego czytelnika, jakim jest Janek. To, co zdarza się małemu chłopcu, który mieszka z samotnie (?) wychowującym go tatą, idealnie trafia w refleksje przedszkolaka o życiu. 

Co to są wyrzuty sumienia (Albert i potwór)? Co trzeba zrobić, żeby zaczytany tata oderwał się na chwilę od ukochanej gazety i pobawił w wyimaginowaną podróż (Nieźle to sobie wymyślileś, Albercie)? Jak to się dzieje, że rano tak trudno ze wszystkim zdążyć (Pospiesz się, Albercie)? 

Pomoże też trochę skonsternowanym rodzicom, którzy zastanawiają się, jak traktować zupełnie wymyślonych przyjaciół swych dzieci (Albert i tajemniczy Molgan). Tata Alberta radzi sobie z tym bowiem znakomicie.

Lubimy czytać o Albercie, bo ciekawią nas historie, które mu się zdarzają. Janek chce wiedzieć czy Albert odnalazł (i przeprosił) chłopca, którego niesprawiedliwie uderzył pięścią w nos w bezradnej złości (mnie podoba się, że złość w tej książce jest taka silna - na tym w końcu polegają problemy z nią!). Bardzo jest ciekawy, czy i gdzie odnajdzie się, zagubiona w ferworze zabawy, fajka taty. Lubimy też ogladać ilustracje: po skandynawsku czyste, nowoczesne, czasem w formie pomysłowych kolaży. 

Jak już jednak pisałam, Janek chyba najbardziej lubi oddawać się, zaraz po przeczytaniu, rozważaniom o życiu. Dlaczego Albert się tak bardzo zdenerwował? Dlaczego ktoś coś zrobił? Skąd się wziąl wymyślony kolega? I ja, chyba właśnie za tę nienachalną inspirację i brak natarczywego dydaktyzmu, bardzo cenię serię o Albercie.

Każde z opowiadań idealnie nadaje się na wieczorne czytanie - trwają akurat tyle, żeby przedszkolak był usatysfakcjonowany lekturą. Pozwalają dobrze podsumować i zakończyc dzień. I ewentualnie wyjaśnić jakieś trudne sprawy. Polecamy.

ps Tatę Alberta lubimy też za to, że lubi sobie zapalić dla odprężenia kompletnie niepedagogiczną fajkę. I za hasło "jeszcze tylko...". Nas też bardzo śmieszy!

niedziela, 15 czerwca 2014

Norwegia znów ma kłopoty. Z banku centralnego znika cała krajowa rezerwa złota. Cóż, że to tylko jedna sztabka (reszta została przerobiona na plomby do zębów dla Norwegów, którzy zbytnio objadali się słodyczami). Tajna Służba Jej Królewskiej Mości próbuje szukać pomocy. Niestety, owiany legendą norweski śledczy Harry zniknął w oparach opium Hongkongu (dorośli czytelnicy domyślą się oczywiście, o jakiego Harry’ego chodzi). Wybór pada więc na Bulka, Lisę i Doktora Proktora. Czyli: wygadanego, wyjątkowo bezczelnego rudego chłopca, poukładaną i rozsądną uczennicę oraz szalonego wynalazcę, który skonstruował m.in. wannę do przemieszczania się w czasie, proszek prykonautów (jego działanie może zmienić nawet bieg historii) czy rękawicę do gry w lotki pozwalającą trafić wprost do celu. Bo któż inny zdołałby zmierzyć się z podejrzewanymi o kradzież złota okrutnymi braćmi Crunch, którzy swoich przeciwników zapraszają do gry w bitego pokera i przerabiają na tarty parmezan a drżą tylko przed jedną osobą na świecie: mamą Crunch? Albo inaczej: któż inny byłby tak zadufany w sobie, żeby podjąć się straceńczej misji?

Porównałam kiedyś książki Nesbø dla dzieci do filmów Tarantino i nie wycofuję się z tego porównania. Seria o doktorze Proktorze to mieszanka czarnego humoru, niesmacznych żartów (wasze dzieci je pokochają), zabaw słownych (owacja dla tłumacza) i przenicowanych popkulturowych wątków (Bulek wiszący na wskazówce Big Bena, postać piłkarza Ibranaldoveza i właściciela klubu Chelchester City - Maximusa Rublova). A oprócz tego satyra na polityków, ekonomistów, bizensmenów i celebrytów. Ten nadęty balon przekłuć może tylko niezawodna trójka: bezczelny rudowłosy chłopiec, rozsądna uczennica i szalony wynalazca. Oraz Jo Nesbø. 

Z akcją książki wybornie współgrają epatujące brzydotą, karykaturalne ilustracje Pera Dybviga.

Świetną recenzję książki przeczytałam na blogu W Nieparyżu.

Wydawnictwo Czarna Owca, 2013, książka z biblioteki


Poznajcie Beccę Cooper - uroczą stażystkę w straży miejskiej ze świata fantazy. Szesnastoletnie szczenię w sforze psów.

Bohaterka „Klątwy opali” wychowała się w ubogiej rodzinie. Wraz z czwórką rodzeństwa i matką została wzięta pod opiekuńcze skrzydła księcia Gershoma. Nie interesują jej kobiece zajęcia. Raczej nie zostanie ani krawcową ani pokojówką a przyjęcie do Gwardii Starościńskiej, to spełnienie jej marzeń. Gwardia strzeże porządku w Corus, Becca będzie zgłębiała profesję Psa jako Szczenię, u boku dwóch doświadczonych Policjantów. Z nimi przemierza ulice Niższego Miasta, uczy się zawodu i pracuje nad swoim charakterem. 

W pracy detektywa pomagają jej szczególne zdolności - Becca potrafi skłonić do zwierzeń żywych i zmarłych. Ma doskonałe znajomości w świecie przestępczym i kontakty w wyższych sferach Corus. Pierwsza zagadka kryminalna, którą przyjdzie jej rozwiązać wraz z licznymi przyjaciółmi to tajemnicze porwania dzieci, których życie okazuje się warte kilku drogocennych kamieni. 

Nie sądźcie książki po okładce. Jest myląca - bohaterka jest bardziej pełnokrwistą postacią aniżeli lalką z nożem w ręku. Pierwszy tom "Kronik Tortallu" jest wyborną kryminalną przygodówką z wartką akcją. Mam ochotę na ponowne spotkanie z bohaterami serii.

Wydawnictwo Jaguar, 2013, dostałam od wydawcy

poniedziałek, 02 czerwca 2014

W najnowszym tomie miętowej serii Ewa Nowak wraca do rodziny Gwidoszów, której historię zaczęła opowiadać  w swojej debiutanckiej powieści z 2002 roku "Wszystko tylko nie mięta". Pięcioletnia rezolutna Marysia w "Dwóch Marysiach" ma lat siedemnaście, młodszą siostrę i nastoletnie humory. 

Jedenastoletnia Cecylia, obserwująca  zachowanie swojej starszej siostry mówi do rodziców: "Mam do Was prośbę. Jak mi się zacznie to na "d"[dojrzewanie], to zamknijcie mnie w piwnicy." Pomysł zamykania nastolatków w piwnicach na czas dorastania, jak sądzę, przychodzi do głowy wielu ludziom. Autorka nie odkrywa Ameryki pokazując, jak trudno jest wytrzymać z dorastającą pannicą. Jej samej też jest przecież trudno ze sobą wytrzymać, kto wie, czy nie najbardziej. Jak się odnaleźć, odkryć swe prawdziwe ja, gdy raz jest się miłą, ciepłą osobą, wyrozumiałą i mądrą, a raz budzi się w tobie potwór, meduza, bestia gotowa zabijać wzrokiem, truć jadem, pluć żółcią. Marysia walczy z rodziną, szuka miłości i zrozumienia u przyjaciół. Rodzinę ratuje dystans i poczucie humoru - uniwersalna recepta na kłopoty z dziećmi w każdym wieku. Marysi  pozwala przetrwać to, że jest otoczona kochającymi i pełnymi zrozumienia ludźmi.

Lubię powroty do znajomych bohaterów. Nie mówię, że jest tu jak w "Jeżycjadzie", ale w tym odcinku miętowej serii oprócz Gwidoszów spotkamy ponownie barwne postacie z książki "Niewzruszenie" - rodzinę, którą tworzą wróżka z psychologicznym wykształceniem, muzyk grający na weselach i ich dzieci Marianna i Lew.

Wydawnictwo Egmont, 2014, nowość kupiona na Targach Książki

sobota, 31 maja 2014

 Siri - nowa w Polsce, ale znana na świecie bohaterka serii fińskich książek dla przedszkolaków.

Dziewczynka, która ma szanse się spodobać przedszkolakom-łobuziakom. Nie jest wzorem niesprawiającej kłopotów trusi. Przeciwnie - to mocna osobowość. Jej rodzice zupełnie niewyidealizowani. To charakterystyczne dla literatury skandynawskiej, że nie oczekuje i to zarówno od dzieci, jak i ich rodziców, że będą idealni. Rodzice Siri pozostają sympatyczni i ciepli choć zdarza im się zupełnie nie mieć czasu dla dziecka i nie przejmować się tym, że ich córeczka się nudzi. W pierwszej książce cyklu kilkuletnia Siri zastanawia się czego jej brakuje. Może rodzeństwa? Może zwierzaka? Prosta historia dla młodszych przedszkolaków o szukaniu przyjaciół. Nie ugrzeczniona przesadnie.

Ilustracje też nie są zbyt grzeczne. Wszystkie dzieci i kundle narysowane przez ilustratorkę prześmieszne. Pełna łobuzerka i chochliki w oczach.

Dobra propozycja na Dzień Dziecka. Sirii i jej trzech przyjaciół: Mały Otto, Średni Otto i Duży Otto pojawiają się w kolejnych częściach cyklu "Siri i brudasek", Siri i pies sąsiada" i "Siri strzela gola"

Wydawnictwo Wilga, 2013, książkę dostałam od wydawcy.

poniedziałek, 26 maja 2014

Życie jest opowieścią. Człowiek jest opowieścią. Wszystko kręci się wokół narracji. Jeśli potrafisz opowiadać, potrafisz lepiej zrozumieć siebie i innych. To są umiejętności nie do przecenienia we współczesnym świecie. W każdym innym zresztą też.

Niewielka kartonowa książka "Mali opowiadacze" to zaproszenie do rozwijania tych umiejętności. Autor na ostatniej stronie pisze tak: "Nazywam się Robert Romanowicz. Bardzo lubię malować obrazy i wymyślać do nich różne historie. Chciałbym, żeby moje malarstwo poruszyło też Twoją wyobraźnię i stało się początkiem wyjątkowych opowieści." Czujecie się zaproszeni? Obok obrazów, każda strona sąsiadka zawiera początki opowieści "Pewnego dnia..." "Gdy pojawiło się słońce..." "Pan Lisek...". Książka jest świetnie zaprojektowana, z dbałością o najdrobniejsze szczegóły. Piękne to zaproszenie do narracji.

Powszechne ubóstwo graficzne materiałów dydaktycznych i terapeutycznych sprawia, że gdy patrzę na książeczkę Roberta Romanowicza niemieję z zachwytu, bo wiem, że mogę ją wykorzystać w terapii, na zajęciach z dziećmi z opóźnionym rozwojem mowy i z grupy ryzyka dysleksji. Życzyłabym sobie wydania jej dodatkowo w formie oddzielnych kart a4, gdyż śmiało można ten materiał zaproponować dzieciom ze szkoły podstawowej, a mam wrażenie, że może je deprymować format książeczki wyraźnie wskazujący na młodszego odbiorcę.  Takie kartonowe książeczki są dobre dla maluchów ze żłobka i młodszych przedszkolaków. 

Wydawnictwo Tashka, 2014, kupiona na targach 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 63
| < Marzec 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi nastolatków o książkach
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione