o książkach dla dzieci i młodzieży
niedziela, 07 września 2014

Zmiany są dobre. Trzeba wrócić wreszcie z wakacji. Chcę Wam polecić książkę, którą znalazłam latem. Zrobiła na mnie takie wrażenie, że wpisałam ją na listę lektur czwartoklasistów, których uczę w tym roku polskiego  (zmiany są dobre, wróciłam do pracy w szkole podstawowej i już cieszę się na kupowanie książek do biblioteki i książki pożyczane i polecane przez uczniów).

"Cud chłopak" R.J Palacio to niezwykła historia. Myślę, że część mnie szukała od jakiegoś czasu takiej książki. Będzie to dobra opowieść dla osób zaczynających z lekkim stresem nowy etap życia - pierwsze dni nowej szkoły, nowej pracy, nowej życiowej roli.

Bohater powieści  - dziesięcioletni Auggie nigdy wcześniej nie chodził do szkoły. W dzieciństwie przeszedł 27 operacji i wiele czasu spędził w szpitalach i na domowej rekonwalescencji. Za sprawą mutacji genetycznej jest chłopcem z okropnie zdeformowana twarzą. "Nie powiem wam jak wyglądam. - pisze Auggie - Cokolwiek sobie wyobrażacie, w rzeczywistości jest pewnie gorzej". Szczegółowy opis jego twarzy znajdziemy dopiero w połowie książki, dopiero wtedy, gdy już poznamy bohatera całkiem dobrze, spędzimy z nim parę miesięcy w nowej szkole, poznamy reakcje innych ludzi na jego wygląd,  w tym szkolnych kolegów i nauczycieli. Świetny zabieg autorki. Kiedy przychodzi ten moment lektury, możemy skonfrontować wyobrażenie Auggiego, które powstało w naszej głowie wcześniej. Mocne wrażenie.

To rewelacyjna książka o akceptowaniu inności, o dorastaniu do akceptacji, o trudnościach z tym związanych i ich pokonywaniu.

Podoba mi się, a jakże, pozytywny obraz nauczyciela. Jeden z bohaterów powieści Pan Brown daje on swoim uczniom oprócz wiedzy także życiowe rady, jest gotowy do rozmowy, jest też otwarty na życiowe wskazówki od swoich uczniów. Nie podoba mi się tylko tłumaczenie tych życiowych rad jako "wskazań". Czegoś w tym słowie brakuje w moim odczuciu.

Wydawnictwo Albatros, 2014, kupiona

czwartek, 31 lipca 2014

W samym środku wakacyjnej suszy pisze dla nas Ilona, mama czteroletniego Janka: 

Na początek muszę się przyznać: lubię skandynawskie książki dla dzieci. Niezwykle odpowiada mi ich sposób przedstawiania emocji: pozbawiony czułostkowości i infantylizmu a zarazem uczciwy i serio wobec małych czytelników. 

Podoba mi się ich nienachalna równościowość. Światy, w których ojcowie smażą naleśniki (jak w Yeti), dziadek jest wspaniałym towarzyszem wakacji (jak w opowieściach o Stinie) a mamusie nie boją się mieszkać w małym domku w bardzo ciemnym lesie (jak w Duchu, który się bał). 

Nic więc dziwnego, że sięgnęliśmy po cykl książek o Albercie Albertsonie. A raczej - nic więc dziwnego, że Albert Albertson, bohater serii książek Gunilli Bergstrom, dziarsko wkroczył na listę naszych ulubionych lektur.

Albert Albertson jest bohaterem, który żywo nteresuje czteroletniego czytelnika, jakim jest Janek. To, co zdarza się małemu chłopcu, który mieszka z samotnie (?) wychowującym go tatą, idealnie trafia w refleksje przedszkolaka o życiu. 

Co to są wyrzuty sumienia (Albert i potwór)? Co trzeba zrobić, żeby zaczytany tata oderwał się na chwilę od ukochanej gazety i pobawił w wyimaginowaną podróż (Nieźle to sobie wymyślileś, Albercie)? Jak to się dzieje, że rano tak trudno ze wszystkim zdążyć (Pospiesz się, Albercie)? 

Pomoże też trochę skonsternowanym rodzicom, którzy zastanawiają się, jak traktować zupełnie wymyślonych przyjaciół swych dzieci (Albert i tajemniczy Molgan). Tata Alberta radzi sobie z tym bowiem znakomicie.

Lubimy czytać o Albercie, bo ciekawią nas historie, które mu się zdarzają. Janek chce wiedzieć czy Albert odnalazł (i przeprosił) chłopca, którego niesprawiedliwie uderzył pięścią w nos w bezradnej złości (mnie podoba się, że złość w tej książce jest taka silna - na tym w końcu polegają problemy z nią!). Bardzo jest ciekawy, czy i gdzie odnajdzie się, zagubiona w ferworze zabawy, fajka taty. Lubimy też ogladać ilustracje: po skandynawsku czyste, nowoczesne, czasem w formie pomysłowych kolaży. 

Jak już jednak pisałam, Janek chyba najbardziej lubi oddawać się, zaraz po przeczytaniu, rozważaniom o życiu. Dlaczego Albert się tak bardzo zdenerwował? Dlaczego ktoś coś zrobił? Skąd się wziąl wymyślony kolega? I ja, chyba właśnie za tę nienachalną inspirację i brak natarczywego dydaktyzmu, bardzo cenię serię o Albercie.

Każde z opowiadań idealnie nadaje się na wieczorne czytanie - trwają akurat tyle, żeby przedszkolak był usatysfakcjonowany lekturą. Pozwalają dobrze podsumować i zakończyc dzień. I ewentualnie wyjaśnić jakieś trudne sprawy. Polecamy.

ps Tatę Alberta lubimy też za to, że lubi sobie zapalić dla odprężenia kompletnie niepedagogiczną fajkę. I za hasło "jeszcze tylko...". Nas też bardzo śmieszy!

niedziela, 15 czerwca 2014

Norwegia znów ma kłopoty. Z banku centralnego znika cała krajowa rezerwa złota. Cóż, że to tylko jedna sztabka (reszta została przerobiona na plomby do zębów dla Norwegów, którzy zbytnio objadali się słodyczami). Tajna Służba Jej Królewskiej Mości próbuje szukać pomocy. Niestety, owiany legendą norweski śledczy Harry zniknął w oparach opium Hongkongu (dorośli czytelnicy domyślą się oczywiście, o jakiego Harry’ego chodzi). Wybór pada więc na Bulka, Lisę i Doktora Proktora. Czyli: wygadanego, wyjątkowo bezczelnego rudego chłopca, poukładaną i rozsądną uczennicę oraz szalonego wynalazcę, który skonstruował m.in. wannę do przemieszczania się w czasie, proszek prykonautów (jego działanie może zmienić nawet bieg historii) czy rękawicę do gry w lotki pozwalającą trafić wprost do celu. Bo któż inny zdołałby zmierzyć się z podejrzewanymi o kradzież złota okrutnymi braćmi Crunch, którzy swoich przeciwników zapraszają do gry w bitego pokera i przerabiają na tarty parmezan a drżą tylko przed jedną osobą na świecie: mamą Crunch? Albo inaczej: któż inny byłby tak zadufany w sobie, żeby podjąć się straceńczej misji?

Porównałam kiedyś książki Nesbø dla dzieci do filmów Tarantino i nie wycofuję się z tego porównania. Seria o doktorze Proktorze to mieszanka czarnego humoru, niesmacznych żartów (wasze dzieci je pokochają), zabaw słownych (owacja dla tłumacza) i przenicowanych popkulturowych wątków (Bulek wiszący na wskazówce Big Bena, postać piłkarza Ibranaldoveza i właściciela klubu Chelchester City - Maximusa Rublova). A oprócz tego satyra na polityków, ekonomistów, bizensmenów i celebrytów. Ten nadęty balon przekłuć może tylko niezawodna trójka: bezczelny rudowłosy chłopiec, rozsądna uczennica i szalony wynalazca. Oraz Jo Nesbø. 

Z akcją książki wybornie współgrają epatujące brzydotą, karykaturalne ilustracje Pera Dybviga.

Świetną recenzję książki przeczytałam na blogu W Nieparyżu.

Wydawnictwo Czarna Owca, 2013, książka z biblioteki


Poznajcie Beccę Cooper - uroczą stażystkę w straży miejskiej ze świata fantazy. Szesnastoletnie szczenię w sforze psów.

Bohaterka „Klątwy opali” wychowała się w ubogiej rodzinie. Wraz z czwórką rodzeństwa i matką została wzięta pod opiekuńcze skrzydła księcia Gershoma. Nie interesują jej kobiece zajęcia. Raczej nie zostanie ani krawcową ani pokojówką a przyjęcie do Gwardii Starościńskiej, to spełnienie jej marzeń. Gwardia strzeże porządku w Corus, Becca będzie zgłębiała profesję Psa jako Szczenię, u boku dwóch doświadczonych Policjantów. Z nimi przemierza ulice Niższego Miasta, uczy się zawodu i pracuje nad swoim charakterem. 

W pracy detektywa pomagają jej szczególne zdolności - Becca potrafi skłonić do zwierzeń żywych i zmarłych. Ma doskonałe znajomości w świecie przestępczym i kontakty w wyższych sferach Corus. Pierwsza zagadka kryminalna, którą przyjdzie jej rozwiązać wraz z licznymi przyjaciółmi to tajemnicze porwania dzieci, których życie okazuje się warte kilku drogocennych kamieni. 

Nie sądźcie książki po okładce. Jest myląca - bohaterka jest bardziej pełnokrwistą postacią aniżeli lalką z nożem w ręku. Pierwszy tom "Kronik Tortallu" jest wyborną kryminalną przygodówką z wartką akcją. Mam ochotę na ponowne spotkanie z bohaterami serii.

Wydawnictwo Jaguar, 2013, dostałam od wydawcy

poniedziałek, 02 czerwca 2014

W najnowszym tomie miętowej serii Ewa Nowak wraca do rodziny Gwidoszów, której historię zaczęła opowiadać  w swojej debiutanckiej powieści z 2002 roku "Wszystko tylko nie mięta". Pięcioletnia rezolutna Marysia w "Dwóch Marysiach" ma lat siedemnaście, młodszą siostrę i nastoletnie humory. 

Jedenastoletnia Cecylia, obserwująca  zachowanie swojej starszej siostry mówi do rodziców: "Mam do Was prośbę. Jak mi się zacznie to na "d"[dojrzewanie], to zamknijcie mnie w piwnicy." Pomysł zamykania nastolatków w piwnicach na czas dorastania, jak sądzę, przychodzi do głowy wielu ludziom. Autorka nie odkrywa Ameryki pokazując, jak trudno jest wytrzymać z dorastającą pannicą. Jej samej też jest przecież trudno ze sobą wytrzymać, kto wie, czy nie najbardziej. Jak się odnaleźć, odkryć swe prawdziwe ja, gdy raz jest się miłą, ciepłą osobą, wyrozumiałą i mądrą, a raz budzi się w tobie potwór, meduza, bestia gotowa zabijać wzrokiem, truć jadem, pluć żółcią. Marysia walczy z rodziną, szuka miłości i zrozumienia u przyjaciół. Rodzinę ratuje dystans i poczucie humoru - uniwersalna recepta na kłopoty z dziećmi w każdym wieku. Marysi  pozwala przetrwać to, że jest otoczona kochającymi i pełnymi zrozumienia ludźmi.

Lubię powroty do znajomych bohaterów. Nie mówię, że jest tu jak w "Jeżycjadzie", ale w tym odcinku miętowej serii oprócz Gwidoszów spotkamy ponownie barwne postacie z książki "Niewzruszenie" - rodzinę, którą tworzą wróżka z psychologicznym wykształceniem, muzyk grający na weselach i ich dzieci Marianna i Lew.

Wydawnictwo Egmont, 2014, nowość kupiona na Targach Książki

sobota, 31 maja 2014

 Siri - nowa w Polsce, ale znana na świecie bohaterka serii fińskich książek dla przedszkolaków.

Dziewczynka, która ma szanse się spodobać przedszkolakom-łobuziakom. Nie jest wzorem niesprawiającej kłopotów trusi. Przeciwnie - to mocna osobowość. Jej rodzice zupełnie niewyidealizowani. To charakterystyczne dla literatury skandynawskiej, że nie oczekuje i to zarówno od dzieci, jak i ich rodziców, że będą idealni. Rodzice Siri pozostają sympatyczni i ciepli choć zdarza im się zupełnie nie mieć czasu dla dziecka i nie przejmować się tym, że ich córeczka się nudzi. W pierwszej książce cyklu kilkuletnia Siri zastanawia się czego jej brakuje. Może rodzeństwa? Może zwierzaka? Prosta historia dla młodszych przedszkolaków o szukaniu przyjaciół. Nie ugrzeczniona przesadnie.

Ilustracje też nie są zbyt grzeczne. Wszystkie dzieci i kundle narysowane przez ilustratorkę prześmieszne. Pełna łobuzerka i chochliki w oczach.

Dobra propozycja na Dzień Dziecka. Sirii i jej trzech przyjaciół: Mały Otto, Średni Otto i Duży Otto pojawiają się w kolejnych częściach cyklu "Siri i brudasek", Siri i pies sąsiada" i "Siri strzela gola"

Wydawnictwo Wilga, 2013, książkę dostałam od wydawcy.

poniedziałek, 26 maja 2014

Życie jest opowieścią. Człowiek jest opowieścią. Wszystko kręci się wokół narracji. Jeśli potrafisz opowiadać, potrafisz lepiej zrozumieć siebie i innych. To są umiejętności nie do przecenienia we współczesnym świecie. W każdym innym zresztą też.

Niewielka kartonowa książka "Mali opowiadacze" to zaproszenie do rozwijania tych umiejętności. Autor na ostatniej stronie pisze tak: "Nazywam się Robert Romanowicz. Bardzo lubię malować obrazy i wymyślać do nich różne historie. Chciałbym, żeby moje malarstwo poruszyło też Twoją wyobraźnię i stało się początkiem wyjątkowych opowieści." Czujecie się zaproszeni? Obok obrazów, każda strona sąsiadka zawiera początki opowieści "Pewnego dnia..." "Gdy pojawiło się słońce..." "Pan Lisek...". Książka jest świetnie zaprojektowana, z dbałością o najdrobniejsze szczegóły. Piękne to zaproszenie do narracji.

Powszechne ubóstwo graficzne materiałów dydaktycznych i terapeutycznych sprawia, że gdy patrzę na książeczkę Roberta Romanowicza niemieję z zachwytu, bo wiem, że mogę ją wykorzystać w terapii, na zajęciach z dziećmi z opóźnionym rozwojem mowy i z grupy ryzyka dysleksji. Życzyłabym sobie wydania jej dodatkowo w formie oddzielnych kart a4, gdyż śmiało można ten materiał zaproponować dzieciom ze szkoły podstawowej, a mam wrażenie, że może je deprymować format książeczki wyraźnie wskazujący na młodszego odbiorcę.  Takie kartonowe książeczki są dobre dla maluchów ze żłobka i młodszych przedszkolaków. 

Wydawnictwo Tashka, 2014, kupiona na targach 

sobota, 17 maja 2014

Dziś gościnnie na zaczytanych tekst Ilony - mamy czteroletniego Janka:

Przyznam się: dość podejrzliwe spojrzałam na "Tyranozaura i traktorzystki" Tiny Oziewicz z ilustracjami Oli Woldańskiej-Płocińskiej. Przemknęła mi przez głowę myśl, że ktoś tu próbuje podejść małych chłopaków, którzy, jak wiadomo, wielbią dinozaury i pojazdy z wielkimi kołami, na skróty. Niesłusznie, oj niesłusznie. Niech ciocia, która książkę dała, wybaczy! "Tyranozaur"okazał się dla czterolatka odkrywczą i bardzo inspirującą książką .

Tytułowe traktorzystki to dwie dziewczynki namalowane na porcelanowym talerzu do zupy. Najpierw poznają świat swojego talerza, podróżując motorem i traktorem przez krainę namalowaną na jego rancie. Później, gdy talerz zostaje rozbity, odważnie wkraczają w światy zawarte we wzorach tapet. Na jednej z nich - czy w pokoju jakiegoś małego chłopca?.. - spotykają strasznego tyranozaura. Na innej - czy to pokój mamy czy siostry?.. - wędrują przez sielską krainę pół i łąk pełnych stokrotek, i odpoczywają w bajkowym domku gościnnej babci. Małego Janka zafascynował fragment o poszukiwaniu nowego domu na talerzach w kuchennej szafce. 

No właśnie: co macie namalowane na Waszych domowych kubkach,miskach i talerzykach? Czterolatek skrupulatnie sprawdzi. Będzie zastanawiał się czy macie u siebie taki, który mógłby stać się nowym domem dla dziewczynek. Będzie dociekał, co czuje talerzykowa postać, gdy zalewa ją ciepła pomidorowa czy krupnik. Przyjemnie? Nieprzyjemnie? Dziewczynkom-traktorzystkom było przyjemnie. Prawie tak miło, jak podczas zmywania, gdy zalewała je ciepła piana i świat stawał się jasny i czysty. "Tyranozaur i traktorzystki" sprzyja domowemu fantazjowaniu. Co zrobilibyśmy, gdybyśmy weszli w obraz, który wisi na ścianie? Jakie przygody spotkałyby nas, gdybyśmy wskoczyli do fotografii na półce? 

Ogromna część uroku "Tyranozaura i traktorzystek" to ilustracje. Nowoczesne, czyste, oszczędne, mnie wydały się też bliskie estetyce słynnych porcelanowych figurek z Ćmielowa. Ta, na której groźny tyranozaur łypie na uciekający mu z paszczy traktor z dziewczynkami - mistrzowska!

Jeśli coś budzi w tej książce moje wątpliwości to baaardzo - i niepotrzebnie! - długie zdania. "Przez dolinę na dnie talerza wiła się polna droga, którą przyjemnie przemierzało się motorem, a na wnoszących się nad nią białych stokach namalowano obłoki". W następnym wydaniu poproszę o więcej kropek. Czytający rodzic musi jednak oddychać.

wtorek, 06 maja 2014

„Uśmiech dla żabki” i "Proszę mnie przytulić” to książki bliźniacze, pomyślane, jak rozumiem, jako dyptyk. Być może dlatego, że łatwiej mi się identyfikować z relacją matka-córka, bliższa mi jest jednak historia smutnej żabki, której uśmiech wysyła mama, niż opowieść o misiu i jego tacie, ruszających w las, by przytulić wszystkich jego mieszkańców. Ta sama sceneria, nastrój, no i sama struktura opowiadania - włączanie w łańcuszek powtarzalnych zdarzeń kolejnych postaci, jak w wyliczance.

Mała Żabka jest smutna, zupełnie nie wiadomo dlaczego. Krzątająca się po swoim sklepie Mama Żabki natychmiast ten smutek wyczuwa: dotyka samego jej serca. Wysyła więc – z daleka i przez wielu, jak się okaże, pośredników – uśmiech swojej córeczce. Najpierw przekazuje go Bobrowi. Ten, widząc stertę doskonałych gałęzi na tamę, podaje uśmiech dalej – przechodzącej tamtędy Wydrze. Wydra zaś dzięciołowi, dzięcioł lisowi, lis pieskowi... i tak dalej. W końcu do smutnej Żabki dociera uśmiechnięta kaczka, a w jej uśmiechu mała natychmiast rozpoznaje przesyłkę od mamy. I tak to łagodna radość się rozprzestrzenia, udzielając się każdemu z kolejnych posłańców. To bardzo prosty, ale też i sugestywny pomysł na fabułę, mocno i bezpośrednio przemawiający do dziecka. I tak jak w przypadku „Proszę mnie przytulić”, zakończenie może być doskonałą zachętą do przytulanek.

Po lekturze tej książki, nawet po przeglądaniu samych obrazków, pozostaje wrażenie czułości, którą książki duetu Wechterowicz/Dziubak emanują. Po raz kolejny przekonuję się, że rysunki Emilii Dziubak to dla mnie idealne połączenie wyrazistej, nowoczesnej formy z miękkością i czytelnością, za które lubię bardziej klasyczną ilustrację. Taki mariaż to nie lada sztuka. Patrząc na zielone, pełne bąbelków i kołyszących się roślin wody jeziora wyczarowane przez rysowniczkę, czuję trochę, że wracam do książek własnego dzieciństwa. I mam przekonanie, że to właśnie te ilustracje, nie sama fabuła, mają szansę przetrwać próbę czasu.

Wydawnictwo Ezop 2014, książkę dostałam od wydawnictwa



wtorek, 29 kwietnia 2014

"8+2 i domek w lesie" to druga część przygód wielodzietnej rodziny z Norwegii. Pierwsza ukazała się w Polsce kilka razy pod różnymi tytułami: "Ośmioro małych, dwoje dużych i ciężarówka" (Nasza Księgarnia 1979) "Sekret taty i ciężarówka" (Nasza Księgarnia, 1995), "8+2 i ciężarówka" (Seria Polityki "Cała Polska Czyta Dzieciom, 2008). Druga część ukazała się w tym roku po raz pierwszy. Jeśli chcecie czytać dzieciom dwie części po kolei, przygotujcie się na drobne niedogodności, w kolejnych tłumaczeniach zmieniono niektóre imiona bohaterów. O Morciszku z pierwszego tomu, w kolejnym mówi się mały Morten. A Marcin zostaje Martinem (mówię tu o ostatnich wydaniach). Niby drobiazgi, ale przy czytaniu mieszają, tym bardziej, że dziecięcych bohaterów jest wielu. Rodzina z domku w lesie przebija inne pod tym względem, nawet moją ulubioną wielodzietną rodzinę (też skandynawską) z "Podróży z rondlem" Edith Unnerstad.

Klimat książki jest przyjemnie niedzisiejszy. Trochę tak, jakby wszystkie dzieci z Bullerbyn zamieszkały w jednej zagrodzie i miały tych samych rodziców. "Mama właśnie przygotowywała obiad, tata rąbał drewno w drewutni. Mały Morten wdrapywał się na taboret kuchenny i zeskakiwał z niego, wdrapywał się i zeskakiwał, i wyglądało na to, że nigdy się nie zmęczy i będzie tak skakać aż do wieczora." Mały Morten jest najmłodszym członkiem rodziny, zachowuje się jak typowy dwulatek. Oprócz niego mama i tata mają jeszcze siódemkę dzieci: Maren (12 lat) , Martina (10), Martę (9), Madsa (8), Monę (6), Milly (5), Minę (4) a do domku w lesie wprowadzają się z babcią i psem Rurkiem. 

W mieszkaniu w mieście cała rodzina musiała gnieździć się w jednym pokoju, a odwiedzająca ich babcia musiała spać na szafkach w kuchni. Dlatego też domek w lesie wydaje się dzieciom pałacem. Nawet jeśli brakuje w nim wanny a do wygódki zimą trzeba jechać na nartach. Czym jeszcze zajmują się mieszkańcy domku w lesie? Dzieci i babcia zajmują się przede wszystkim przeżywaniem dzieciństwa, ale wszyscy mają udział w życiu codziennym - sprzedają naleśniki, hodowlą kurczaki, noszą wodę ze studni, rozszczelniają i uszczelniają ściany mchem, trenują skoki narciarskie (babcia jest mistrzynią), bawią się w Indian i rycerzy, budują łaźnię. Można im zazdrościć dobrego, niedzisiejszego życia.

Jest o czym z dziećmi przy tej lekturze porozmawiać. Zdecydowanie.

Wydawnictwo Dwie Siostry 2014, z biblioteki

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 63
| < Grudzień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
AUTORKI BLOGA
Blog zaczytani w sieci
Blogi nastolatków o książkach
Blogi o książkach
Książkowo
Księgarnie
Oto wydawnictwa, które czasem przysyłają nam egzemplarze recenzenckie
Rysunki, ilustracje
Wydawnictwa, które nie przysyłają nam egzemplarzy recenzenckich
Zaprzyjaźnione