o książkach dla dzieci i młodzieży
sobota, 21 listopada 2009

Bohaterem „Kosmity” jest autystyczny chłopiec. Książka powstała z myślą o rodzeństwie dzieci autystycznych. Roksana Jędrzejewska - Wróbel, zanim siadła do jej pisania, dostała od terapeutów całą listę problemów, które pojawiają się u braci i sióstr autystyków, z prośbą, by je w swojej historii uwzględniła.

Rodzina Kacpra to mama, tata i Ola. Kiedy chłopiec przychodzi na świat, jego siostra nie może się doczekać, kiedy w końcu będzie mogła się z bratem bawić. Kacper rośnie, ale jest inny od rodzeństwa koleżanek Oli: ciągle wpatruje się w swoje odbicie w piekarniku, wącha ludzi, biega goły po mieszkaniu albo zakłada na głowę kominiarkę i zawija się ciasno w koc. Jak Ola ma to wytłumaczyć koleżankom, które ją odwiedzają? Przekonuje siebie, że jej braciszek musi być kosmitą. W dodatku rodzice mają dla niej coraz mniej czasu. Nie zwracają na nią uwagi nawet wtedy, kiedy dziewczynka zaczyna zachowywać się jak Kacper i oświadcza, że zaraziła się autyzmem.

Ola, mama i tata uczą się jak żyć z Kacprem. Choć z Kosmitą nic nie jest proste, rodzina pokonuje wiele trudności, m.in. dzięki pomocy pana Marka, specjalisty od komistów. To znaczy terapeuty. Ciekawie w tej książce przedstawiony jest głos chłopca - nie mówi on wprost, ale pisze listy do Anioła Stróża. Te opowieści, w których chłopiec tłumaczy np., że ubranie, światło i hałas go bolą, powstały na podstawie autentycznych relacji dzieci z autyzmem.

Ogromną zaletą „Kosmity” jest, że tę historię po prostu świetnie się czyta, nie widać w niej realizowania na siłę założeń edukacyjnych czy terapeutycznych. Ilustracje Jony Jung przypominają dziecięce rysunki kredkami - ta konwencja dobrze pasuje do opowieści.

Książka dostała nominację do tegorocznej nagrody IBBY. Nie można jej kupić w księgarniach. Otrzymują ją za darmo rodziny dzieci autystycznych lub osoby zainteresowane tym tematem, po zgłoszeniu mailowym (kosmita@ingbank.pl)

10:31, giraffe
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 listopada 2009

W jednym z październikowych  "New Yorkerów" świetny artykuł Rebecki Mead o fabrykowaniu książek dla nastolatek. Smutno mi się  robi, jak to czytam. Stanowczo wolę książki robione ręcznie niż taśmowo.
A tu tak: badania rynku, praca w zespole, napiszemy dla Ciebie książkę jeszcze lepszą niż możesz sobie wyobrazić. Znaczy nie ty, ale większość.
Takim produktem zeszłego sezonu jest "Plotkara". Książka pop o licealistkach z Manhattanu, dziewczętach żyjących od imprezy do imprezy, taki "Seks w wielkim mieście" dla nastolatek. Badania pokazały, że jest zapotrzebowanie na historie o lekko puszczalskich panienkach.
Ale to zeszły sezon. Nowe produkty muszą mieć domieszkę wampira lub kogoś innego nie z tego świata. Piszę produkty, bo przedsiębiorstwa wydawnicze tworzą nie tylko książki. Produkują wszystko, co da się wycisnąć z kolektywnie tworzonej fabuły - filmy, programy tv, gadżety itp.

wtorek, 17 listopada 2009

Śmiała obyczajowo, poruszająca sporo trudnych tematów i świetnie napisana pierwsza część serii o Tsatsiki – szwedzkim chłopcu, wychowywanym przez lekko ekscentryczną Mamuśkę. Nagromadzenie pozytywnych epitetów w pierwszym zdaniu naprawdę nie bez przyczyny.

Tsatsiki mieszka z mamą, byłą baletnicą, obecnie grającą na basie w zespole muzycznym Buntownicy. Oryginalne imię to pamiątka po greckiej miłości mamy. Tata chłopca, według opowieści Mamuśki, jest poławiaczem ośmiornic. Tsatsiki w to wierzy – przynajmniej do czasu.

Opowieść o pierwszym roku w szkole, dojrzewaniu 7-letniego chłopca, w tle problemy z przemocą wśród uczniów, pierwsza miłość, problem braku ojca, nieakceptowanie partnera Mamuśki, jej chwilowa depresja. Tsatsiki nie jest superbohaterem, tak nie są nimi dorośli występujący w książce. Moni Nilsson wyposaża jednak swoje postacie w zestaw cech, które pomagają im przezwyciężyć wiele problemów. Bynajmniej nie książkowych. Ekscentryczność mamy nie zawsze na dobre wychodzi chłopcu. Ona też nie ma lekko, kiedy chłopiec pokazuje jej swoją listę życzeń na Boże Narodzenie: jest na niej tylko jedno słowo, tata.

Historia o Tsatsiki mówi o ważnych sprawach, ale tryska humorem. Ma wdzięk komedii romantycznej sprzed kilku lat - "Był sobie chłopiec". Podziwiam, z jaką zręcznością szwedzka autorka łamie obyczajowe tabu. Nie czytałam do tej pory książki dla dzieci, której bohater wychodzi w czasie lekcji na kupę (z nerwów), a podczas zabawy w dom z koleżankami zostaje rozebrany na golasa i  kładzie się z dziewczyną do łóżka!

Niektórzy bohaterowie są celowo przerysowani, całość jednak sprawia wrażenie wyjątkowo starannie wycieniowanej.

Serię wydają Zakamarki - czekam na następną część, żeby dowiedzieć się, czy Tsatsiki pozna w końcu Tatę Poławiacza Ośmiornic.

poniedziałek, 16 listopada 2009

Książka o młodym człowieku z pasją. Taka pasja u przedszkolaka, który bazgrze, pisze, maluje na czym popadnie doprowadza do pasji dorosłych, prawda?
A w tym Gryzmole masa wdzięku.
Lekki wiersz Doroty Gellner z pełnymi humoru ilustracjami Ewy Poklewskiej-Koziełło. Jeśli chodzi o gatunek, to mamy do czynienia z wierszowaną przygodówką.   Przygody postrzelonego chłopca i jego zwariowanej rodziny. No bo jak tu zachować zdrowe zmysły przy Gryzmole?
Najbardziej podobała mi się przygoda o tym, jak Gryzmoł poprosił ciotkę o pozowanie do portretu. Ciotka siedzi, Gryzmoł gryzmoli. Trwa to tak długo (trzy dni, wiadomo, pasja), że aż ciotka chudnie. Gryzmoł portretu nie skończył, ale cioteczkę odchudził, dobre i to.
Kolejna książka z rewelacyjnego wejścia na rynek wydawnictwa Bajka. Pod choinkę dla przedszkolaków? Dobry pomysł.

niedziela, 15 listopada 2009

Od początku listopada zaczynam myśleć o książkach, które biorę do rąk, w kategoriach gwiazdkowych prezentów. Czy to dobry prezent? Dla kogo? I od kogo?

"Ogródek" Marii Kownackiej jest wymarzonym prezentem dla przedszkolaka od babci i dziadka. Zarówno autorka, jak również ilustratorka należą do twórców klasycznych. Za kolorową, lakierowaną okładką bogato ilustrowany tomik wierszy dla dzieci. Tomik, w którym (co wcale nie często się zdarza w wierszowanych książkach dla najmłodszych) wiersze tworzą poetycką historię. O dzieciństwie i zabawach w ogrodzie. W wierszach słychać śmiech dzieciaków i szczekanie psa.
Jest staroświecko, ogródek musiał żyć tym życiem ponad pół wieku temu.
W tej książce dzieciństwo jest beztroskie, a poezja bliska przez swojskość opłotków.
Są dzieci, które cenią klasykę. A inne powinny mieć szanse, by sprawdzić czy jej nie polubią.
Książka jest bardzo tania. Wydał ją Zysk-ska.

piątek, 13 listopada 2009

Zagadka, do której rozwiązania przyczynią się tym razem Maja i Lasse, dotyczy zaginionych psów. Ktoś porywa czworonogi i żąda od ich właścicieli okupu w wysokości 5 tysięcy koron.

Nie szkodzi, jeśli nie czytaliście wcześniejszych przygód dwójki uczniów chodzących do tej samej klasy w szwedzkim miasteczku Valleby. Wystarczy spojrzeć na jedną z pierwszych ilustracji i już wiadomo, czym zajmują się Maja i Lasse. W pokoju, w którym siedzą, na ścianie wiszą różne rodzaje okularów oraz sztucznych nosów i wąsów, a na podłodze walają się wycinki z gazet i lupa. Od razu widać, że bohaterowie parają się detektywistycznym fachem nie od dziś.

Tym razem krąg podejrzanych zawęża się do pracowników kina. Czy porywaczem psów okaże się sprzedająca bilety panna Lund? A może bileter Zorban? Maja i Lasse rozwiążą zagadkę korzystając z tradycyjnych metod detektywistycznych: obserwacji i dedukcji.

Historia jest zabawna i wciągająca, lekturę najmłodszym ułatwią duże litery. Świetne są ilustracje, humorystyczne, przerysowane, i jak przystało na gatunek - czarno białe. Jak w porządnym kryminale, znajdziemy tu również plany i mapy, które pomagają razem z bohaterami wciągnąć się w rozwiązywanie zagadki.

wtorek, 10 listopada 2009

Poprzednia książka Blue Balliett "W pogoni za Vermeerem" zachwyciła mnie i zaczarowała na długo. Tak inteligentnie skonstruowanej fabuły kryminału dla nieletnich długo przedtem nie czytałam. Dlatego poprzeczkę dla kolejnej części cyklu postawiłam wysoko.
I teraz nie mogę ukryć małego rozczarowania. Dlaczego tej drugiej nie czytało się tak dobrze? Nie znajduję na to trafnej odpowiedzi.
Podoba mi się temat postawiony w tej książce przed nastolatkami, temat do dyskusji. Czy dom może być dziełem sztuki? Architektura sztuką? Czy można tak po prostu zburzyć dom słynnego architekta Franka Johna Wrighta? Podoba mi się również obraz szkoły, w której odpowiedzi na te pytania są żywo dyskutowane. I nie tylko dyskutowane, tu słowa są dosłownie przekuwane w czyn.
Mamy intrygę i łamigłówkę - wszystko jak należy. I mogę się założyć, że wielu czytelników (podobnie jak ja) w czasie czytania googlowało nazwisko Franka Johna Wrighta i szukało w sieci zdjęć jego budynków.
Książkowa ekipa detektywistyczna została poszerzona i przez to przeżywa poważne nastoletnie tarcia wewnętrzne. To utrudnia nieco śledztwo, za to padają ważne pytania o przyjaźń i przyjacielską lojalność.

Z tych akapitów wynika, że książka jest dobra. Dodam jednak, żeby pozostać w zgodzie ze sobą: Jest odrobinę słabsza od pierwszej o nieuchwytne "coś".
I tak chcę przeczytać kolejną.

11:14, zefi-rynna , nastolatki
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 09 listopada 2009

Po pierwszej lekturze nie mogłam się opędzić od powracających jak refren wersów:

Do boju! Broń w dłoń!

Na koń! Wroga goń!

I bęc go w skroń!

Wbrew temu co można wnioskować po tym cytacie, książka ma wymowę antywojenną. W krainie Tu oraz Tam trwają wieczne niesnaski, przyjaźń kwitnie tylko między dziećmi. Julek i Ninka pokonują strach przed obcym. Kończy się to więzieniem, wojną i pozornym happy endem. Pokój potrwa tylko do chwili, gdy na horyzoncie nie pojawią się kolejni obcy.

Historia konfliktu pomysłowo pokazana jest na ilustracjach. W krainie Tu wszyscy są żółci, Tam - niebiescy. Za sprawą dzieci dochodzi do zazielenienia. Zawieszenie broni nadchodzi, gdy walczący ze sobą prezydenci odkrywają, że ich krew jest tego samego koloru. Niezbyt podoba mi się jednak sposób pokazania bohaterów tej historii - ni to ludzie, ni to króliko - świnki. Dobrze się czyta dowcipny przekład Michała Rusinka, łamiący co chwilę rytm wiersza.

Zdania moich dzieci były podzielone. Ignaś chciał słuchać w kółko. - Fajne, bo trochę straszne - stwierdził. Pola zatykała uszy przy niektórych fragmentach: bo były za straszne.

piątek, 06 listopada 2009

Tak jak wiele dziewczynek i ja i moja Marysia czułyśmy niedosyt przygód Karolci. Nawet o tym rozmawiałyśmy, co jeszcze mogłaby magicznego znaleźć bohaterka oprócz koralika i kredki. Snułyśmy sobie nieprawdopodobne historie o tym, jak dziewczynka znalazła magiczną obrączkę, niebieski guzik i błękitna latarkę. Miło tak sobie snuć na dwa głosy, miło też czytać nowe, wakacyjne przygody Karolci i jej przyjaciela Piotra.
Krzysztof Zięcik nie miał łatwego zadania. Maria Kruger napisała tylko dwie książki o dziewczynce znajdującej magiczne przedmioty, zatem próbka stylu nie była duża. Bez lekceważenia, to nie pisanie czternastego tomu przygód Pana Samochodzika.
Rzadko jestem w stanie docenić kontynuacje, ale o tej myślę: udana. Jest klimat znany czytelnikom z książek autorki pierwowzoru. W poprzednich częściach większy był nacisk na to, jakiego kłopotu mogą narobić nierozsądne i pochopnie wypowiadane życzenia. W tej części więcej jest o tym, jak bardzo można pomóc innym ludziom, dzięki rozważnym pragnieniom wyszeptanym szumiącej muszli.
Jest listopad, czuję, że zaraz spadnie śnieg. Czytam "Karolcię na wakacjach" i robi mi się cieplej.
Ilustracje narysowała 12 letnia córka autora. Są amatorskie, bo jakie mają być.

środa, 04 listopada 2009

 Co ja mogę na to poradzić - biorąc do ręki kolejną książkę obrazkową Astrid Lindgren wydaną przez Zakamarki, czuję się jak 5-letnia dziewczynka rozrywająca z niecierpliwością papier na gwiazdkowej paczce. I tym razem nie odmówiłam sobie więc prezentu.

Ten sam co zazwyczaj w serii szwedzkich książek obrazkowych duet Lindgren/Wikland. Ale tym razem więcej w opowieści fantazji niż realizmu. Pięcioletni Lasse ma problem z zasypianiem. Zawsze ma coś do zrobienia, gdy trzeba się kłaść do łóżka. Jego sprzeczki z mamą o pójście do łóżka słyszy mieszkająca wyżej ciocia Lotten. Pożycza mu okulary, przez które Lasse widzi niesamowite rzeczy: jak układają się do snu mieszkańcy lasu. Okazuje się, że nie tylko on miewa problemy z zaśnięciem.

Moja dwuletnia córka (żadnych problemów z zasypianiem) słucha tej opowieści z otwartymi ustami. Mi najbardziej podobają się ilustracje - przypominają pokazany z czułością i humorem angielski świat zwierzęcych bohaterów Beatrix Potter.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15